Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet… aj, to nie ten motyw – ale gdyby tak dokonać nielegalnego abordażu na port (ludzie z Trójmiasta, proszę o podpowiedź jakie słowo tu można zastosować), przybić do brzegu w poszukiwaniu skarbów i dać pływać osobom nieuprawnionym? Zainteresowani? To zapraszam do lektury.
Pałac Letni po raz pierwszy
Ulubione miejsce Blu w Pekinie. Chyba więcej nie trzeba pisać, nie?


No dobrze, może coś więcej naskrobiemy.
Kojarzycie jak to każdy Hiszpan ma swój domek na plaży by latem sobie poodpoczywać? Chińskim cesarzom się ten koncept spodobał i chociaż nie ma tutaj morza, to letnią rezydencję kazali sobie zbudować. I to jaką!
Pałac Letni 頤和園 (Yíhéyuán) – Centralnym punktem Yiheyuanu jest Wzgórze Długowieczności (Wanshoushan, 60 m wysokości) oraz sztuczne jezioro Kunming, które zajmuje powierzchnię 2,2 km² (ok. 2/3 całego parku). Nazwa Yiheyuan oznacza Ogród Pielęgnowania Harmonii (dzięki Wikipedia za informację!).
Naszą wyprawę do Pałacu Letniego zaczęliśmy od batata. Tak, takiego słodkiego ziemniaka – właśnie wyszliśmy z metra, a odległość nie jest mała (zapraszam do znalezienia informacji o tym we wpisie Cesarz Pierścieni), a jak zwykle nie zebraliśmy się co świt, wiec trafiliśmy na głód pory obiadowej. I tak idziemy i widzimy, że ludzie coś wcinają, przysiadłszy sobie na pobliskich murkach, zapach był bardzo zachęcający. Kilka kroków dalej znaleźliśmy źródło pocieszenia – panią z kuchnią na rowerze, która właśnie sprzedawała pieczone bataty. Cały batat, w środku mięciutka konsystencja – no nie szło się oprzeć, więc zakupiliśmy dwa.
Konsumpcję zaczęliśmy dopiero po przekroczeniu bram Pałacu Letniego i smak był tak dobry, jak zapach – wszyscy, z Tamarą włącznie, z przyjemnością konsumowali tego ziemniaka!
Za pierwszym razem nie ruszyliśmy w stronę wspominanego Wzgórza Długowieczności, lecz ruszyliśmy za keszami. Po drodze zdobyliśmy wachlarze, które towarzyszyły nam już do końca dnia (tyle wytrzymują w rękach biegających kilkulatków).
Jednym z pierwszych miejsc, gdzie przystanęliśmy na dłużej był Ogród Harmonii – niewielki, ale jakże uroczy zakątek na skraju parku. Po środku mały staw, dookoła wierzby i urocze zabudowania – aż się prosi by tworzyć wiersze i poematy.




Następnie ruszyliśmy (dalej za keszami) w kierunku mostu dziewiętnastu łuków – konstrukcja kamienna łącząca z jedną z wysp w środkowej części jeziora.
Po zwiedzeniu wysepki zorientowaliśmy się, że czas nam ucieka, a chcielibyśmy zobaczyć jeszcze pewien szczególny statek. Uznaliśmy zatem, że najszybszą drogą będzie droga wodna. Już wcześniej zobaczyliśmy, że jest możliwość wynajęcia stateczka – jedynym problemem było to, że należy zwrócić statek w do tego samego miejsca, które się wypożyczyło (jakby nie można było zawiązać koalicji tych kilku kompanii wynajmujących te łodzie, by zrobić kilka przystani).


I wtedy uknuliśmy sprytny plan – dokonamy abordażu innego portu (znów, Trójmiasto, pomóżcie!). Plan zakładał, że Blu z dziećmi zostanie odstawiona na brzeg po drugiej stronie jeziora, zaś ja odstawię łajbę do portu i wrócę (wszak bez dzieci, prędkość spaceru wzrasta dziesięciokrotnie).
Zanim jednak zaczęliśmy wprowadzać plan w życie, zrobiliśmy wersję próbną – przybiliśmy do brzegu przy jednym z urokliwych mostków (przy którym, całkiem przypadkowo, znajdował się kesz). Ku ogólnej radości innych zwiedzających plan się powiódł, aczkolwiek jestem pewien, że radość byłaby wielokrotnie większa, gdyby próba przejścia z łodzi na brzeg się nie powiodła.
Port, do którego planowaliśmy przybić jest w samym centralnym punkcie parku – to znaczy, że od głównego wzgórza, najkrótsza droga do jeziora prowadzi do tegoż portu (porty to tutaj po prostu statkowe miejsca parkingowe). Do tego samego brzegu przybijają większe wycieczkowe jednostki, więc jak tylko zaczęliśmy wyglądać jakbyśmy planowali do tego miejsca przybyć, obsługa zaczęła dziwnie machać rękami, robić jakieś krzyże i inne niezrozumiałe (pewnie chińskie) znaki. My, udając nieświadomych turystów jedynie odmachiwaliśmy im i nie zmienialiśmy kursu. Gdy już dopłynęliśmy do brzegu i Blu zaczęła wychodzić ze starszakami, publiczność zaczęła bić nam brawo, zaś gdy przerzuciłem Tamarę i odpłynąłem w stronę zachodzącego słońca wybuchła ogólna wrzawa radości. Chyba udało nam się poprawić komuś humor tego dnia.
Gdy już wróciłem do docelowego portu, to złapałem zostawiony w przechowaniu wózek i ruszyłem w stronę reszty rodziny. Musicie wiedzieć, że mieszkańcy Kraju Środka lubią zaglądać do wózka, by znaleźć tam Tamarę – więc wyobraźcie sobie ich zdziwienie, gdy biały (no nie tak do końca) mężczyzna pcha pusty wózek i przedziera się przez tłumy. Możemy zgadywać co sobie wtedy myśleli – moja propozycja to 我的佛啊!這個白人失去了孩子,也失去理智了嗎?白人,想想他腦子裡在想什麼就很可怕。我想吃點東西。也許是米飯?
Gdy już z BATMNa zrobił się BATMAN, ruszyliśmy w kierunku kolejnego ciekawego obiektu – marmurowego statku.

Tak, to jest statek zrobiony cały z marmuru! Pewna cesarzowa miała taką zachciankę i dostała pieniądze na zbudowanie floty, ale to jak z wysłaniem dziecka na zakupy – kupi cukierki, a na chleb już nie wystarczy – kazała zbudować marmurowy statek, zaś na flotę już nie starczyło. Audio przewodnik nawet wspomina o tym, jako o przykładzie odklejenia się od rzeczywistości rządzących.
I jak wygląda taka łódź? Zasadniczo, to tak, jak sobie możecie ją wyobrazić – marmurowa i niepływająca. No ale wyjątkowa, to trzeba oddać. Czy warta przegranej bitwy z braku armii? Z perspektywy wojujących najpewniej nie, ale wiecie jak to jest – tamtych już nie ma, a łódź dalej jest.







Strefa 758
Ktoś pamięta o wpisie (Kaczka po pekińsku) z jedzeniem wspomnienie najlepszej ryby na świecie? Zdarzyło nam się to po wyjściu z tak zwanej strefy 758. Jest to obszar przeznaczony dla sztuki i ogólnie pojętego artyzmu.

758 bierze się z nazwy ulicy, która miała właśnie nadany ten numer – był to wszak obszar przemysłowy, więc nazwanie ulicy Piłsudskiego nie miało tu za bardzo sensu. Jedocześnie jest to obszar, a nie jedna ulica, więc na zdjęciach znajdziecie motywy odwołujące się do liczb bliskich 758.
Czym zatem jest ten obszar? Jest to taka strefa alternatywna, na szczęście zamknięta dla ruchu samochodowego (co wcale nie jest zbyt częste w Pekinie), gdzie można znaleźć sklepy z rękodziełem, ubraniami, zakłady tatuażystów, sporo galerii sztuki, barów i restauracji. Ogólnie można to nazwać przestrzenią do przebywania, aczkolwiek gdy my tam dotarliśmy (okolice 17:00) niewiele było tam ludzi. W prawdzie tłum gęstniał gdy się zbieraliśmy do wyjścia, aczkolwiek spodziewaliśmy się o wiele więcej ludzi – szczególnie młodych, bo to ich takie przestrzenie przyciągają po podobnych tworach w Europie.
Teren warty zobaczenia, chociażby z powodu sposobu w jaki przestrzeń przemysłowa może zostać zaadaptowana dla zwykłych ludzi. Tutaj fantastycznym przykładem jest zajezdnia kolejowa, gdzie zaparkowane wagony stanowiły lokale dla barów i restauracji, oraz kilku sklepów, a wszystko pomalowane na srebrny kolor – czyż nie brzmi interesująco?
Z takich ciekawostek, to widzieliśmy, po raz pierwszy – w pełni zautomatyzowane samochody, które stanowiły samoobsługowe sklepy z przekąskami – takie coś przypominające taksówkę, ale bez miejsca dla kierowcy, za to wypełnione półkami z jedzeniem.
Warto się tam wybrać, choćby po to, by zobaczyć jak młodzież w Chinach reaguje na adaptacje pomysłów przekształcania stref przemysłowych w przestrzeń dla ludzi.







Pałac Letni – podejście drugie
Jak już wspomnieliśmy – Pałac Letni miał dwie szanse. Jeden na początku naszej wyprawy, drugi na sam koniec. Różnica, którą przede wszystkim było wyczuć to temperatura. Miesiąc czasu i 15 stopni różnicy.
Tym razem ruszyliśmy bezpośrednio na centralne wzgórze. Nauczeni doświadczeniem wzięliśmy nosidło, wózek został w domu. Na szczycie wzgórza spotkaliśmy kobietę, która doświadczała tejże lekcji w męczący sposób, jednocześnie dziecko było na tyle duże, że spokojnie mogłoby użyć swoich małych nóżek do chodzenia (wiek około Makarego). Ogólnie w Pekinie jak kogoś widzieliśmy z wózkiem, to większość tych dzieci już dawno powinno zostawić wózek za sobą.

Ze szczytu rozpościerał się widok na okoliczne wzgórza i miasto pokryte warstwą smogu. Gdyby się człowiek postarał, mógłby uznać to za mgłę, a Aurora – na widok gór – stwierdziła, że to Bieszczady. Dobry mają wzrok te dzieciaki.
Po wejściu na wzgórze człowiek mógłby uznać, że teraz wejście do świątyni na tym wzgórzu to prosta droga, ale nie! Okazuje się, że należy w pierwszej kolejności zejść do samego dołu z drugiej strony wzgórza, by przejść przez bramki (ekstra płatne), a następnie zacząć całą wspinaczkę od początku. Naliczyliśmy około 320 stopni, ale żelkowa motywacja potrafi uleczyć nawet najbardziej zmęczone nóżki, chociaż Makarego już trzeba było wziąć na ręce pod koniec wspinaczki.





Po szybkiej wizycie na szczycie (mroźny wiatr przyspieszył powrót) ruszyliśmy w kierunku, który można określić jako Aleja Wierzb. Jest to taki wąski pas ziemi idący przez całą długoś jeziora, dzieląc go na dwa zbiorniki. Odcinki tego pasa łączone są małymi, choć wysokimi mostkami – jedne bardziej, inne mniej ozdobnymi.
Plan był, by przejść całą długość jeziora, lecz nadchodzący deszcz (a przypominam, że było już mroźnie) skutecznie wyleczył nas z tego pomysłu.
I choć widzieliśmy dużą część tego parku, to wciąż duża jego część czeka, aż się znów wybierzemy do Pekinu. Ale to nie nastąpi przez przynajmniej dwa lata, bo tyle ma potrwać remont najbardziej malowniczej jego części – takiej ulicy wzdłuż kanału, który bez dodatkowych prac mógłby służyć wielu filmom, chcących oddać klimat lat minionych.








Dodaj komentarz