Czasem trzeba wspiąć się na wyżyny, podążyć drogą smoka, iść wzdłuż światła, rzucić gestem Kozakiewicza w stronę Lenina, spróbować najgorszej pizzy świata by spotkać Majestatyczną, Socjalistyczną Kozę.
Citybreak od citybreaku
Mając już opanowanie zmniejszanie bagażu spakowaliśmy się w jeden średni plecak i zrobiliśmy sobie przerwę w zwiedzaniu Hanoi (ach, człowiek czasem potrzebuje przerwy od rutyny, nie?), by odwiedzić Ninh Bình. Jest to prowincja w północnej części delty Czerwonej Rzeki oraz rzeki Mã. Położona jest niedaleko od stolicy, więc podróż pociągiem trwała około 2 godzin, co jest czasem bardzo komfortowym, jeśli chodzi o podróż z naszym stadem (tutaj zastosowaliśmy rozwiązanie wykupienia kuszetek, by nie być ograniczonym układem podłokietników – wszak podzielenie 4 miejsc na 6 osób tworzy podstawy do pośladkowych wojen).




Dojechaliśmy do Hoa Lư – takiej miejscowości w centrum tego wszystkiego, co oferuje ten rejon (a oferuje sporo, sami się przekonacie).
#TravelTip: Tutaj trzeba zrobić pauzę i mocno zaznaczyć – pod nazwą Hoa Lư kryją się dwa miejsca, położone blisko siebie. Google pokazuje je zamiennie więc wpisując tę nazwę trzeba się upewnić do którego Hoa Lư się kierujecie bo w innym wypadku można nadrobić kilkanaście kilometrów.
Mamy zatem „Nowe” Hoa Lư – stolicę rejonu Ninh Binh – od 1 stycznia 2025 nastąpiło połączenie z miastem Ninh Binh, by pozostać przy Hoa Lư właśnie.
Jest też „Stare” Hoa Lư Ancient City – Starożytne miasto Hoa Lư, o którym jeszcze więcej wspomnimy, ale jest to osobny byt.
Dworzec Kolejowy w Hoa Lư nosi nazwę Ninh Binh więc kupując bilety do Hoa Lu trzeba w wyszukiwarce wpisać Ninh Binh . Logiczne, prawda?

To wszystko byleby zmylić turystę i wspomóc środowisko taksówkarzy najwyraźniej. Do miejsca docierają tylko najbardziej wytrwali gracze (i wycieczki zorganizowane którymi My rzadko się posiłkujemy).
Hoa Lư – nowe

Miasto Hoa Lư ma dzielnicę, którą nazywają „starym miastem”, ale jest to raczej współczesne odtworzenie tradycyjnych budowli i nawiązujących do tradycji świątyń. Wszystko położone jest wzdłuż kanału (górnolotnie nazwanego Jeziorem Jednorożca bo ani to jezioro ani rożec).
Odwiedziliśmy to miejsce w tym samym dniu w którym przyjechaliśmy do Ninh Binh… znaczy się do Hoa Lư.






Zanim Niebieska się połapała, w które miejsce chcemy jechać, dzień zaczął się chylić ku końcowi, więc mieliśmy możliwość podziwiania iluminacji, co zdecydowanie dodawało charakteru temu miejscu. Zaczęliśmy od samego szczytu jeziora, gdzie znaleźć można malutkie wzgórze (czy naturalne, czy też nie – nie będziemy wnikać), z tunelem zaadaptowanym na świątynię. Na szczycie tegoż „wzgórza” znajduje się wielki, mosiężny dzwon – jak się zapali kadzidełko i zadzwoni (z czystym sercem), to spełni życzenia! My niestety nie mieliśmy ze sobą składników, więc tylko zadzwoniliśmy (nie da się przejść obok obojętnie) i wdrapaliśmy się do samej góry, by podziwiać widoczki.
Tamara przyjechała do Ninh Binh bez butów (nie spakowaliśmy do wózka), więc ku jej ciągłemu sprzeciwowi, nosiliśmy ją w nosidle. A wiecie jak się wchodzi po schodach z wyrywającym się dzieckiem przytwierdzonym do torsu? Otóż normalnie, krok po kroku – chociaż trzeba uważać by twarz nie została za bardzo podrapana malutkimi pazurkami.






Schodzi się z drugiej strony „wzgórza” do małej przystani i i przejścia do pagody oraz wieży położonych pośrodku jeziora. Przejście pomiędzy zorganizowane jest chodnikami bez poręczy, więc byliśmy tak na 70% pewni, że któreś dziecko skończy w wodzie (Baltazar ma historię wpadania do różnych akwenów wodnych, raz w Portugalii, dwa razy w Czechach). Szczęśliwie nikt nie zażył planowanej kąpieli, więc mogliśmy rzucić okiem do środka, a następnie kontynuować spacer już wzdłuż nabrzeża.
Ciekawostką są malunki na ścianach akwenu, które są częściowo pokryte farbą fluorescencyjną, więc mury naprawdę świecą w ciemności! Do tego wszystko dookoła jest obwieszone lampionami, chociaż zdecydowanie zbyt blisko zasięgu małych rączek. Ale jak tam jest pięknie w nocy!






Ta dzielnica jest też znana z cowieczornych pokazów wiejskich gier i zabaw (które znajdują się na liście niematerialnego dziedzictwa UNESCO), które bardzo chcieliśmy zobaczyć. Niestety informacje które znaleźliśmy okazały się nieaktualne, więc nie jesteśmy w stanie potwierdzić ani w jakich godzinach ani gdzie dokładnie można je oglądać. A może to tylko przypada na sezon turystyczny? Może wypowie się ktoś z potwierdzonymi informacjami.
A wzdłuż całej ścieżki nabrzeżnej można było znaleźć ogrom sklepików z pamiątkami, przekąskami rękodziełem i innymi, klasycznymi bibelotami. Na tym etapie już wszyscy byliśmy głodni i rozglądaliśmy się za czymś co można zjeść. Pierwsza napotkana pizzeria sprawiała wrażenie ekskluzywnej, a już na pewno ceny były jak z europejskiej restauracji, więc ruszyliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się w końcu przy budce z wielkim napisem Fast Food i tam złożyliśmy zamówienie – dla każdego podług preferencji: Makary burgera, Aurora spaghetti, zaś Baltazarowi pizzę. I niestety wybrane miejsce było, delikatnie mówiąc, nietrafione. Nie dość, że jedzenie nie było podane szybko (not fast), to do tego było małe i niesmaczne (więc wątpliwa część Food). Najgorzej z pizzą, bo zamówiliśmy jedną z kurczakiem, by po pół godziny się dowiedzieć, że nie ma z kurczakiem a jest „z mięsem”. Po kolejnych 15 minutach dostaliśmy danie, którego się nie dało zjeść. Było to tak niedobre, że nawet wygłodniałe dziecko nie było w stanie przełknąć kawałka. W ramach pocieszenia kupiliśmy Baltazarowi kurczaka w panierce, ale to już na innym stanowisku. Nie polecamy pizzy w Azji – piszemy to już chyba z 10. raz (nota bene nie polecamy także pizzy w Kazachstanie, tam ją jadają z wszechobecną mortadelą, byliśmy, jedliśmy, wolelibyśmy zapomnieć).










Mua Cave
Jaskinia w języku angielskim to właśnie Cave, zatem planując wypad do Ninh Binh można się nastawić na podziemne eksploracje, nie?
NIE
Mua Cave to góra. To jeden z najbardziej malowniczych punktów widokowych, który przyciąga rzesze turystów złaknionych pięknych scenerii. Hang Múa, zwane również Tańczącymi Jaskiniami (Dancing Cave) znajduje się po sąsiedzku z miastem Hoa Lư. Legenda głosi, że za czasów jak Ancien Hoa Lư (to inne, o którym jeszcze będziemy wspominać) było stolicą, władca miał pewien obraz rozrywki – wysyłał tancerki na Mua Cave i je sobie obserwował. Nie do końca jestem pewien w jaki sposób miałby cokolwiek widzieć, szczyt jest całkiem wysoki, ale nie po to się jest królem by mieć sensowne zachcianki, nie?

Mua Cave jest zasadniczo całym rozplanowanym kompleksem turystycznym, płatnym na wejście (niestety niemało), z ogromem miejsc gdzie można coś zjeść, zrelaksować się, porobić zdjęcia zanim się zaatakuje szczyt. Chociaż najwyraźniej tylko za dnia, nocą przypomina opuszczony park atrakcji.
Nasza baza noclegowa znajdowała się niemal po sąsiedzku z bramą wejściową, więc wyszedłszy na poranne bieganie dojrzałem fragmenty góry (szczyt ukrył się w chmurach) nie wiedząc jeszcze na co patrzę. Swoją drogą w trakcie naszej podróży sypialiśmy głównie w ośrodkach miejskich, więc poranne odgłosy kurzo-kogucie były niespodziewanym budzikiem (i to zdecydowanie niezsynchronizowanym z podróżą słońca po nieboskłonie).
Do Mua Cave dotarliśmy już pod koniec dnia. Jest to sugerowany zabieg, gdy się chce uniknąć tłumów, ale raczej w sezonie (kwiecień – październik), nie w lutym, w porze deszczowej. Wahaliśmy się, czy w ogóle warto płacić takie pieniądze, by „przebiec” przez obiekt, ale znów – żałuje się tych rzeczy, których się nie zrobiło – więc wygrzebaliśmy wszystko co było w portfelu (brak płatności kartą…) i zaniżyliśmy trochę wiek Makarego, by się zmieścić w dostępnym budżecie.




O tej porze większość przybytków była już zamknięta, lub się zamykała, my zaś przemierzyliśmy kompleks szybkim krokiem, by dotrzeć do podnóża góry. Jak się okazuje jeśli byśmy przyszli trochę później to wejście jest niebiletowane. Po drodze mijaliśmy malownicze pola ryżowe, które miały ustawione kilka platform które okupowali inni podróżnicy.
Na szczyt prowadzą oświetlone schody, więc mimo zapadającego już zmroku spokojnie ruszyliśmy do góry. W pewnym momencie ścieżka rozdzielała się, jedna ścieżka prowadziła w stronę pagody (zwanej Check-in, z racji tego, że każdy chce odhaczyć zdjęcie z tą pagodą), zaś druga nazwana była smoczą ścieżką. Nie trzeba chyba mówić, że wybraliśmy tę drugą – smoki są bardziej ekscytujące od pagód (jeśli ktoś się zastanawia jak się odmienia słowo „pagoda” w l.mn. to proszę bardzo: pagody, pagód, pagodom, pagody, pagodami, pagodach, pagody).
Im wyżej, tym stopnie stawały się bardziej strome, więc trzeba było ostrożnie stawiać kroki, na szczęście kondycyjnie wszyscy dawali radę – dzieci zaprawione w boju wiedziały, że na szczycie czekać ich będą smakołyki – cudownie odkryte w jednym ze sklepów POLSKIE kabanosy. Wierzcie nam, żadne słodycze nie byłyby w stanie wygrać z kabanosami w tamtym momencie.






Na szczycie znaleźć można było mały ołtarz (albo altanę, co kto woli), a także taką skałę na 4-5 metrów, na szczycie której znaleźć można było figurę smoka (smok prawdziwy ale zamieniony obecnie w kamień). Ostatniego odcinka już się z Tamarą nie pchałem, bo tam stopni już było niewiele i trzeba było sobie pomagać rękami we wspinaczce, ale Niebieska z Baltazarem i Aurorą ruszyli dzielnie na sam szczyt szczytów.
W tym momencie można powiedzieć, że była już noc, więc z widoków niewiele pozostało do podziwiania, ale fakt wejścia na górę dał bardzo dużo satysfakcji. Z innej strony cały nasz pobyt w Ninh Binh cechował się wątpliwą jakością powietrza która dodatkowo ograniczała widoczność.
Najbardziej jednak zapadła nam w pamięć droga powrotna, a to dlatego, że po drodze napotkaliśmy Majestatyczną, Socjalistyczną Kozę, która dumnie pozowała do zdjęć przy powiewającej na wietrze, czerwonej, wietnamskiej fladze.




Socjalizm
Kóz na tym wzgórzu były więcej – dużych, małych – zdecydowanie nie bojących się rzeszy turystów, a zapewne chętnie korzystających ze szczodrości gatunku ludzkiego.
Niech jednak nam ta Majestatyczna, Socjalistyczna Koza posłuży jako powód by poruszyć ten temat.
Oficjalna nazwa tego kraju to Socjalistyczna Republika Wietnamu, wskazuje ona zatem ustrój panujący w tym kraju.

Opowiadaliśmy po krótce historię kraju we wpisie Trochę Francji, trochę Ameryki, więc nie będziemy się wdawać w szczegóły, ale można to podsumować: Po II Wojnie Światowej Wietnam został podzielony na północną i południową część. Północna rządzona była przez rządy niepodległościowe z komunistyczną partią i Ho Chi Minhem na czele, zaś południe rządzone było marionetkowym rządem sterowanym z USA. Wojnę w Wietnamie USA przegrało i doktryna północy rozciągnęła się na cały kraj.
I chociaż trudna sytuacja gospodarcza zmusiła do liberalizacji rządów – zlikwidowanie rolnictwa kolektywistycznego, uznanie własności prywatnej, dopuszczenie biznesu i współpracy międzynarodowych, to wciąż w sferze światopoglądowych i ustrojowych jest to kraj komunistyczny. Nie ma wolności zgromadzeń, opozycja jest represjonowana, zaś wolność słowa jest mocno ograniczona i niebezpieczna.
Z perspektywy turysty tych represji nie widać, ale za to rzuca się w oczy klasyczna socjalistyczna sztuka – posągi robotnicze, postumenty z Leninem, czy flagi z sierpem i młotem. Wszechobecna jest także sztuka plakaciarska przywodząca na myśl słynne hasła „Pomożecie? Pomożemy!”. Wszędzie można tez znaleźć kolorowanki z charakterystyczną stylistyką socjalistyczną – więc można się spodziewać nadmiarowego zużycia czerwonej i żółtej kredki. Ale jest to wystarczające by pokolorować flagę Wietnamu: pięcioramienną, żółtą gwiazdę (żółty – symbol koloru skóry. Serio) na czerwonym tle (czerwony to klasycznie krew, poświęcenie i walkę o niepodległość). Swoją drogą każde ramię gwiazdy symbolizuje jedną grupę zawodową: Intelektualistów, farmerów, pracowników , biznesmenów i żołnierzy.
Warto mieć to wszystko gdzieś z tyłu głowy, gdy przyjdzie Wam odwiedzić kiedyś ten piękny kraj.









Dodaj komentarz