[074] Zatoka Zstępującego Smoka

Nie ustajemy w naszej misji odwiedzania kolejnych punktów na liście UNESCO. Jest to rozsądne podejście (w końcu my jesteśmy tacy rozsądni), bo pomaga skupić się na wyjątkowych punktach, a takim zdecydowanie jest zatoka Hạ Long. Wsiądźmy zatem razem do autobusu i za 3 godziny (z Hanoi) będziemy na miejscu…

Niebiesko mi!

Zatoka Zstępującego Smoka

Zatoka Hạ Long (ta kropeczka pod 'a’, to nie jest brudny ekran – to wietnamski znak) położna jest jedynie 3-4 godziny drogi od Hanoi (albo aż 3-4 godziny, gdy podróżuje się z 4 małych dzieci). Ta odnoga zatoki Tonkińskiej zajmuje powierzchnię 1500 km2 i składa się z około 1969 wapiennych wysp i wysepek (z których jedynie 989 jest nazwanych – czyżby skończyły się sensowne nazwy? A może (nie morze) można nazwać swoją wyspę za odpowiednią opłatą – taki pomysł dla bogatszej części naszych czytelników). Wapienność tychże sprzyja powstawaniu grot i jaskiń, zatem jest co odwiedzać. Kiedyś to był płaskowyż, ale go zalało – głębokość wody oscyluje pomiędzy 6-10m, zaś liczne wyspy uspokajają prądy wodne, więc jest to spokojny basen, no chyba, że występuje tajfun, wtedy niekoniecznie.

Wybraliśmy się tam wraz z drugim biurem podróży, któremu zapłaciliśmy. Pierwsze z nas… zrezygnowało. Najwyraźniej niektórzy organizatorzy wycieczek nie są przyzwyczajeni do wychowanych pośród unijnych standardów turystów i na naszą prośbę o zapewnienie pasów bezpieczeństwa padła kontrpropozycja, by trzymać najmniejsze dzieci na kolanach przez całą podróż. Wiemy, że nie ma lepiej jak u mamy, ale gwałtowne hamowanie może być niekiedy silniejsze. Z drugiej strony chcieliśmy mieć wygodną podróż bez konieczności trzymania czterolatka na kolanach przez wiele godzin. Szczęśliwie drugi organizator przyjął nas z otwartymi ramionami i dodatkowymi siedzeniami.

Ruszyliśmy spod budynku biura podróży, a czekając natrafiliśmy na bardzo ekscentrycznego człowieka, a właściwie jego jednoślad – rower przystrojony taką ilością bibelotów, że samo jego podziwianie i odkrywanie kolejnych smaczków było zabawą na porządny kwadrans. Widząc naszą fascynację, właściciel się zmaterializował i podarował dzieciakom część ze swojego pojazdu – spokojnie, to były figurki, a nie piasty, czy dynama. Koniec końców znaleźliśmy się w autobusie i jak te fajne dzieciaki z gimnazjum, zajęliśmy ostatni rząd.

Nie jest to nasze pierwsze autobusowe rodeo, więc byliśmy przygotowani na dłuższą podroż. Plecak wypełniony jedzeniem, każde z dzieci wyposażone w odpowiedni zestaw zabawkowy (w tym bardzo nam się sprawdziło coś, co dzieci nazywają „wigelsy” – od angielskiego słowa wiggle, czyli gibać się – jest to taka sylikonowa podstawa z wypustkami, pomiędzy które wciska się sylikonowe „spaghetti”, tworząc przeróżne rysunki), a do tego wszystkiego odpowiednio wcześnie wstaliśmy, by większość dzieci chętnie poszła w drzemkę. Podróż do Ha Long Bay przebiegła szybko i bez krzyków. W autobusie nawet przybył nam jeden pasażer, bo na postoju jakaś turystyka pomyliła wycieczki i się do nas przysiadła. Przewodnik zorientował się już w momencie jak autobus był w ruchu ale udało się ją odstawić do jej grupy.

Perły

Naszym pierwszym przystankiem (zaskakującym – przynajmniej dla mnie, ale to Niebieska wszystko organizuje, a ja nie zapoznałem się z rozpiską naszej wyprawy wystarczająco dokładnie) była ferma pereł. Zasadniczo był to budynek przy tej fermie, gdzie zostaliśmy zapoznani z procesem wytwarzania pereł, ich rodzajami, metodą obróbki, by następnie przejść do części sprzedażowej, gdzie można było sobie zakupić przeróżne błyskotki z perłami.

Z ciekawostek, to nauczyliśmy się o trzech rodzajach pereł, które są tam hodowane – Akoya (takie klasyczne), Tahitiańskie (koloru grafitowego) oraz Południowego Morza (największe, dochodzące do 2cm średnicy), a także, że małże można używać wielokrotnie do wytwarzania pereł (niby oczywista oczywistość, ale czasem ktoś musi powiedzieć takie rzeczy na głos).

Spędziliśmy tam blisko godzinę i była to raczej strata czasu – żadne z nas nie jest pasjonatem biżuterii, zaś utrzymanie tej czwórki bez dokonywania zniszczeń było wyzwaniem. Nie jest to jednak coś co można ominąć, ten przystanek znajduje się chyba w każdej ofercie zorganizowanej wycieczki do Ha Long Bay. Z informacji naprawdę ważnych: Była tam toaleta 😉

Dużym statkiem w  wiosenny rejs

W planie wyjazdu była wycieczka łodzią po różnych punktach wartych odwiedzenia w Zatoce Zstępującego Smoka. Nie będziemy jednak ukrywać: bywa tak, że burczenie żołądka zagłuszy nawet najbardziej porywającego przewodnika. Widać, wieloletnie doświadczenie, bo pierwszym faktycznym punktem wycieczki był obiad na łodzi. Do naszego stolika dołączono jednego, biednego turystę, więc musieliśmy hamować towarzystwo od rzucenia się na półmiski. Udało się każdego nakarmić, chociaż trwało to dłużej niż byśmy chcieli – niedługo po obiedzie na górnym pokładzie rozlewano wino, rozdawano słodycze i puszczano taneczną muzykę, więc nasz stół – ostatni ze wszystkich – załapał się jedynie na końcówkę poczęstunku. Aczkolwiek wiatr na pokładzie mocno dawał się we znaki zatem mimo chęci pozostania, udaliśmy się niebawem znów do osłoniętej od wiatru części łodzi.

Podróż nie trwała długo i dotarliśmy do pierwszego postoju – przesiadki na mniejsze łódki.

Te zabrały nas na małą wyprawę „ulicami” Ha Long Bay. Jak wspominaliśmy tak z połowa wysp jest nazwanych. Mają nawet swoje tabliczki – jak na ulicach. Ponoć najsławniejszą wyspą (albo parą wysp) jest zwana „wojną kogutów”. Nie widzieliśmy jej (a może widzieliśmy? Wiecie jak to jest, chmura każdemu inna jest), ale przepływaliśmy pod takim tunelem, niemalże eskapadą z ruchem „ulicznym” gęstym jak na A4 przy zjeździe na Balice… Niektóre barki pływały szybciej, napędzane śpiewem różnych grup, które to zaczęły wyśpiewywać odpowiednik chińskich „Sokołów”.

Na pokładzie było nas z 10-15 osób, my prędko zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie, więc niskie głowy dzieci nie ograniczały widoku ludziom za nami, a trzeba było patrzeć, bo stalaktyty zwisały nisko nad łodziami.

Eskapadą tą przekroczyliśmy do takiej małej zatoczki w zatoce (zatokocepcja), gdzie po pooglądaniu sobie pięknych widoków, wracaliśmy zaraz obok „skały małp”. Czy tak się nazywała? Nie wiem, ale były małpy i to takie małe. Wiecie, odpowiedniki tych małych, szczekających, miniaturowych psów. Zdecydowanie odmówiliśmy rzucania im czegokolwiek, co inne łodzie z ochoczą czyniły. Myśmy trzymali strategiczną odległość, bo po doświadczeniach z małpami, zdecydowanie unikamy kontaktu z tym gatunkiem.

Potem nastąpił szybki powrót do naszego jachtu o wdzięcznym numerze 69. A to nie wspomniałem…?

Teraz w dół

Ale tyćkę do góry. Odwiedziliśmy Jaskinię Sung Sot (sung sot cave) – największą i najsłynniejszą jaskinię w Ha Long Bay.

Tyćkę do góry – oznacza to, że trzeba wspiąć się na wysokość 25 metrów, by wejść do jaskini. Są schody, ale zanim je zamontowano, jaskinia trwała nieodkryta do 1901 roku, gdy wpadli na nią Francuzi. Ma ponad 10 tyś m2, trzy wielkie sale i tysiące stalagmitów, stalaktytów i stalagmitów. Obecnie wejście polega na poruszaniu się w jednej wielkiej kolejce (która na szczęście porusza się całkiem żwawo), ale są miejsca, gdzie można przystanąć i się przegrupować.

Zaraz to przystroimy! Tu obrazek, a tam kwiatuszek!

Ścieżki są równe i szerokie, więc zwiedzanie wnętrza nie jest aż takie niedogodne przez nadmiar ludzi.

Jaskinia Zdumienia, bo tak jest nazywaną, zachwyca przede wszystkim swoimi formacjami skalnymi. Jedną z najsłynniejszą są stalaktyty przypominające konia oraz miecz – atrybuty Thánh Gióng – bohatera legend, jednego z 4 nieśmiertelnych, którzy walczyli z najedźcą (z Chin). Ale spacerując widzieliśmy o wiele więcej figur – UFO, tygrysy, twarze i inne. Rzecz jasna na zdjęciach tego nie widać ale może Wam się uda dojrzeć coś ciekawego? Śladów praludzi w tej jaskini nie znaleziono, ale były za to kości miśkowi! Kiedy poziom wody był wyższy, wyprawa niedźwiedzich eksploratorów zapuściła się tutaj i najwyraźniej już tu została.

W jaskini znaleźć można krystalicznie czyste jezioro i liczne erozyjne otwory w sklepieniu, dające wrażenie rozgwieżdżonego nieba (ale możliwe, że mylimy niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu).

Mimo tłumu można faktycznie popaść w zadumę – jaskinia definitywnie zapracowała na swoją nazwę.

Bo ktoś Cię ukradnie

Wybiegając już trochę w przyszłość (ale pamiętając o przeszłości) chcieliśmy przetestować asertywność Makarego. Trzeba przyznać, że On to może pójść z każdym i wszędzie. W dodatku bardzo polubił zabawę w „wycieczkę do innego kraju”, więc nabrał zwyczaju znikania na chwilę (przy akompaniamencie naszej paniki) by po chwili znaleźć się obok nas dodając „Ja tylko byłem w Singapurze/Malezji/Bangkoku”. Doszło nawet do tego, że jak je liczymy to wygląda to tak: „Raz, Dwa, Trzy, Makary”. Jak każdy rodzic oczywiście uczymy nasze potworki, że NIE WOLNO rozmawiać z obcymi, a z drugiej strony takie małe dzieciaczki często są konfrontowane z naszymi znajomymi (chociaż dzieci ich nie znają) i oczekuje się od nich interakcji („powiedz cześć”, „przybij piątkę” itp).

Zęby zdrowe, może być!

Po Wietnamie mieliśmy w planach Indie, więc trzeba było jakoś wyegzekwować nierozmawianie z obcymi. Zaznajomiliśmy się już z ludźmi z naszej wycieczki i szliśmy grupą i obserwowaliśmy jak młody się w tym odnajdzie. Okazało się, że trzykrotnie poszedł za rękę z przypadkowymi ludźmi! Oczywiście tuż pod naszym nosem, za naszym przyzwoleniem i pod pełną kontrolą. Z każdym kolejnym razem tłumaczyliśmy, jak zdarta płyta, że nie wolno iść z obcymi, a On na to „ale ten Pan/Pani chciał/a”. Za trzecim razem mieliśmy nadzieję, że coś już do niego dotarło i pełni nadziei (i niepewności) liczyliśmy, że nie będzie już powtórki. Niby to jest taki klasyk, niby się powtarza to dzieciom ale – jak widać – wcale nie jest to oczywiste. Mamy pewność przynajmniej, że Baltazara nikt nie ukradnie – On ma już wbudowane w system, ze ma ugryźć, kopnąć, krzyczeć i uciekać jak najszybciej się da (Do tego tematu wrócimy przy okazji Indii).

A teraz do góry

Następnym przystankiem była wysepka Ti Top (Hòn Ti Tốp). Ma dosyć charakterystyczny kształt – dla mnie wygląda jak wynurzająca się z wody głowa wieloryba – z jednej strony ma plażę i stosunkowo strome zbocze, zaś z drugiej strony szczyt „wisi” nad wodą, zaś ściana jest pochylona pod ujemnym kątem. Na szczycie wyspy był punkt widokowy – uczestnicy wyprawy mogli wejść do góry, albo pobyczyć się na plaży. Chyba już wystarczająco dobrze nas znacie, że stojąc przed takim wyborem przywdziewamy chustę, pakujemy Tamarę i ruszamy do wspinaczki (Baltazar zagrzewał wszystkich do boju).

Nazwa wyspy pochodzi od rosyjskiego astronauty – Giermana Titowa, który jako pierwszy człowiek spędził pełną dobę na orbicie, a także odwiedził tę wyspę wraz z prezydentem Ho Chi Minhem (chyba w tej kolejności).

Na szczyt prowadzą schody, zaś po drodze można złapać kesza – przyjemności tej sobie nie odmówiliśmy. Wspinając zbieraliśmy dużo ochów i achów, jak to z takimi małymi się wspinamy i jak to takie małe dzieci dają radę tak się wspinać.

Widok z góry był robiący wrażenie – otoczenie tymi małymi, malowniczymi wyspami było niejako utwierdzeniem słuszności decyzji UNESCO o wpisaniu Ha Long Bay na Listę Światowego Dziedzictwa. Zaś ilość statków potwierdzał fakt, że jest to bardzo popularna destynacja, zarówna wśród Wietnamczyków, jak i turystów zza granicy.

Na koniec na płasko

Ostatnim przystankiem było plażowanie na tej samej wyspie. Obiecaliśmy dzieciakom, że przynajmniej stopy zanurzą (woda była chłodna), więc spieszyliśmy się schodząc. Wyprzedzając ludzi bez kondycji (czy naprawdę schodzenie jej wymaga?) byleby zdążyć przed odpłynięciem łodzi. Owszem, to my byliśmy tymi turystami, na których wszyscy muszą poczekać, no ale mieliśmy w głowie tę godzinę straconą na próbie wciśnięcia nam pereł, więc uznaliśmy, że te kilka minut będzie wyrównaniem rachunków.

Zatoka Ha Long Bay jest piękna. Ogromny obszar pełen fascynujących miejsc do odwiedzenia, na które pół dnia to zdecydowanie za mało. Jeśli będziecie mieli możliwość dłuższej eksploracji okolic, nie będziecie żałowali wyboru (chociaż to polecajka dla bezdzietnych). Nasze potworki dalej mają we wspomnieniach ten dzień jako jedno z ulubionych wietnamskich wspomnień chociaż o tym przesądził fakt restauracji na statku.

P.S. Makary wrócił cały i zmęczony.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *