[073] Kto panu tak zafugował?

Kto tam się zdecyduje z 4 dzieci ruszyć w poszukiwaniu kesza znajdującego się na środku stalowego, zardzewiałego mostu kolejowego, z ciągłym ruchem skuterowym i ledwo szerokim chodnikiem na jednodziecęcy wózek? No kto? Chętni?

Majaczy groźnie z oddala

Ściana mozaiki

A może najpierw odwiedzimy miejsce, co do którego mam najbardziej mieszane uczucia, jeśli chodzi o stolicę.

Bo takie odczucia daje rekordowo długa mozaika (około 6,5 km) zbudowana na wale przeciwpowodziowym na rzece Czerwonej (Red River – odpowiedź na pytanie w 1 z 10, które musi kiedyś tam paść) w Hanoi.

Mozaika została „otwarta” na święto milenijne miasta stołecznego. Mural zaprojektowany przez ponad 100 artystów różnych narodowości (zaś rękami studentów i wolontariuszy wykonany), cieszy różnorodną scenerią i tematyką obrazów. Trafiła do Księgi Rekordów Guinnessa jako największa powierzchniowo mozaika na świecie, jednocześnie ten rekord został „uznany” przez UNESCO (nie jest to tożsame z wpisaniem na ich listę, to raczej takie facebookowe polubienie).

I taką faktycznie jest. Turystyczne zwiedzanie tutaj musi przybrać inną formę aniżeli spacer wzdłużmozaiki, który jest jednocześnie niepraktyczny jak i niebezpieczny. Całość nasypu wiedzie z przylegającą doń drogą wielopasmową, więc oglądać można ją z bardzo bliska, niczym siedzenie w kinie w pierwszym rzędzie, lub zza mijających nas samochodów, autobusów i skuterów. Z kolei przejazd spokojnym tempem, by móc podziwiać poszczególne odcinki, jest niewykonalnym. Do tego należy dorzucić ogrom autobusów zaparkowanych przy chodniku i niestety niemałe ilości nieczystości pozostawionych przez kierowców tychże, a także przez czworonogów prowadzony tamtędy na spacer.

My zdecydowaliśmy się na opcję „pierwsze rzędy w kinie” i przeszliśmy około dwóch kilometrów. Po drodze mijaliśmy zdecydowanie fajnie fragmenty, przy których porobiliśmy sobie zdjęcia, ale całości nie było nam dane zobaczyć.

Widać należy poczekać na wydarzenie zamykające tamtą drogę (maraton, protest, remont) i skorzystać z okazji ograniczonego ruchu ulicznego

Najdłuższy most w Azji (jeśli byśmy publikowali wpis w 1903 roku)

Most Long Biên, to stalowy most łączący dwie dzielnice Hanoi rozdzielone Wisłą1. Zbudowany przez francuskich kolonistów (zaprojektowany przez kompanię Eiffel – tak, tego Ajfla od wieży w Paryżu) trwa do dzisiaj i służy transportowi kolejowemu, motocyklowemu i pieszemu. Ma długość 1.6 km, co za czasów jego konstrukcji czyniło go najdłuższym mostem w Azji (obecnie najdłuższym jest most w Chinach, długości 164 km!). Był kluczową konstrukcją przez wiele dziesięcioleci, dlatego też stawał się pierwszym celem ataku lotnictwa Stanów Zjednoczonych podczas wojny Wietnamskiej. Z tego też powodu był gęsto obsadzony systemami przeciwlotniczymi, mimo to co jakiś czas był „wykluczany z przestrzeni użytkowej”.

Obecnie konstrukcja jest tworem noszącym ślady remontów z różnych okresów – wraz z oryginalnymi fragmentami z początku XIX wieku. No i tak wygląda – pokryta rdzą, z chodnikiem będącym zawieszonymi na dwóch szynach płytami chodnikowymi (z nieuniknionymi, przypominającymi nam o kruchości naszego żywota Jezus, przerwami).

Ruszyliśmy spacerować po nim z przewidzianymi dwoma postojami, jeden na poszukiwania kesza, zaś druga na zstąpienie na wysepkę poniżej i odnalezienie oznaczonego na mapie placu zabaw. Pierwsza misja nam się powiodła, zaś z drugiej zrezygnowaliśmy ze względu na widoczny poziom ubłocenia podłoża (i ponieważ ciągle zadawaliśmy sobie pytanie, czy to na pewno dobry pomysł poszukiwać placu zabaw tak bardzo pośrodku niczego).

Dotarliśmy wtedy do połowy i zdecydowaliśmy, że czas zdecydować. I mimo wybrzmiewającej w głowie frazy Osła ze Shreka „ale ja już znam tamtą połowę!”, postanowiliśmy ruszyć dalej i zobaczyć, co ta druga strona Hanoi ma do zaoferowania. Wszak po czasie żałujemy decyzji, których nie podjęliśmy. Okazało się, że druga połowa była szersza, lepiej zabezpieczona i ogólnie łatwiejsza do pokonania. Generalnie dzieci się dobrze bawiły, Baltazara ciągle nie mógł się nadziwić konstrukcją, inni obserwowali statki, wszyscy za to walczyli o pozycję lidera w naszym pochodzie gęsiego.

Czy wspominaliśmy, że szerokość chodnika była około 1 wózka i co 30-50 metrów była ukośna belka trzymająca poręcz, blokująca przejazd wózka?

  1. Czerwoną Rzeką, ale dla ułatwienia orientacji w terenie, każdą główną rzekę w mieście nazywamy Wisłą. Praska Wisła-Wełtawa też na to cierpiała, gdy tam mieszkaliśmy. ↩︎

Po drugiej stronie Hanoi

Po drugiej stronie Hanoi poszukiwaliśmy jedzenia (i toalety! Przy takiej ilości dzieci czasem mamy wrażenie, że to jedyna rzecz jaką robimy w ciągu dnia). Wypadła dla nas pora późnego obiadu, więc zaczęliśmy się rozglądać za rozstawionymi stanowiskami z Pho, lub innymi zupami, ale… nic nie mogliśmy znaleźć! To była tragedia, szczególnie, że poziom głodu zaczynał doskwierać wszystkim (a ojciec głodny, to ojciec zły). Niestety ilość przygotowanej zupy definiuje czas zamknięcia przybytków, zaś okolice godziny 15. najwyraźniej są tą krytyczną godziną pomiędzy poranną i wieczorną porcją zupy.

Ruszyliśmy w głąb lądu w poszukiwaniu strawy i wybraliśmy restaurację, gdzie totalnie nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. Zamawialiśmy jedzenie pokazując palcem zdjęcia na ścianie. Dostaliśmy je, ale mimo bardzo ciekawych (i pysznych) smaków, żadne z dań nie było na ciepło. I w sumie to nie do końca było nawet przygotowane w naszym rozumieniu posiłku. Dali nam papier ryżowy, pocięte elementy i sos a resztę musieliśmy sobie sami ogarnąć (ot taki wietnamski gołąbek).  Zatem nie był to do końca obiadek, ale na to już nic nie mogliśmy poradzić.

Obiad zrób to sam

Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po okolicy, zahaczyliśmy o plac zabaw który przylegał do budynku mieszkalnego/galerii handlowej (dwa w jednym) który wyłożony był sztuczną trawą. Miejscowe dzieciaki biegały po nim na bosaka i to też próbował na nas wymusić tamtejszy stróż. Ale tego dnia było naprawdę chłodno i mokro i już widzieliśmy te katarki, które się rozwiną po takiej zabawie. Dozorca zatem gadał do Niebieskiej, że dzieci mają ściągnąć obuwie, a Ona kategorycznie odmawiała. Każdy w swoim języku, idąc w zaparte. Koniec końców mężczyzna tylko dobrodusznie pokiwał głową w stylu „ach Ci Europejczycy, tacy delikatni”.

Potem ruszyliśmy w drogę powrotną – tym razem autobusem. Dojechaliśmy do przystanku autobusowego, spod którego ruszyliśmy wzdłuż wspomnianej na początku ściany z mozaiką. Dzieci nabijały kilometry, zaś my, wyrodni rodzice, odhaczaliśmy kolejne punkty z naszej listy do zwiedzenia w Hanoi.

Skoro o kilometrach mowa…

To muszę tutaj dodać mały przerywnik, by wspomnieć o mojej małej, biegowej wyprawie dookoła jeziora Hồ Tây (Zachodnie Jezioro). Już wjeżdżając do Hanoi przeszło mi przez myśl, że może jest ono akurat rozmiarowo, bym był w stanie zrobić trasę treningową. I faktycznie się to sprawdziło – około 17 km w obwodzie było idealnym dystansem, więc zarezerwowałem jedne popołudnie bezdzieciowe i ruszyłem w tan. Mam dwie ulubione formy biegania – bieganie po górach, oraz zwiedzanie poprzez bieganie. To drugie pozwala na poznanie zakątków, do których z dziećmi byśmy nie trafili. Daje to możliwość poczuć energię miasta, lepiej przyglądnąć się architekturze i mijanym ludziom i być może, znaleźć jakieś ciekawe zakamarki, do których można by wrócić.

Wspomniane jezioro jest przecięte mostkiem tak w 1/8 długości, wydzielając z jeziora taką małą wodną dupeczkę (albo jak kto woli „piętkę”). Na środku zaś znaleźć można całkiem uroczą pagodę. W ramach geocachingowego spaceru przeszliśmy tym mostem z zamiarem zaglądnięcia do środka.

Tutaj trochę uprzedzimy wydarzenia i zwierzając się, że nasz blog nie jest do końca chronologicznym zestawieniem wydarzeń, wspomnimy o tym, że widzieliśmy chyba największą pagodę w całej Azji. Dlatego to, co zobaczyliśmy było jedynie miniaturową wersją, uroczą – owszem, ale wciąż malutką. I z tego też powodu, zobaczywszy kolejkę przed wejściem, zdecydowaliśmy, że tym razem oszczędzimy grosza i nie wykupimy biletu, a jedynie zrobimy sobie zdjęcie przed wejściem i ruszymy dalej po moście obserwując wędkujących ludzi w wodzie, w której sporo z ryb już sobie odpoczywało brzuszkiem do góry…

Stara, a nowa architektura wnętrz

Przy ulicy Mã Mây 87 znajduje się dom, który zachował swoją oryginalną strukturę z XIX wieku. Zbudowany w powszechnym stylu „tubowym” – tj stosunkowo wąski dom, ale długi. Ten ma front szeroki na 5 metrów, tył powyżej 6 metrów, zaś głębokość domu to 28 metrów! Trapezoidowość domu ma według tradycji przynieść szczęście domostwu i prowadzonego na jego terenie biznesu. Bo tak też został zaprojektowany – do mieszkania i do interesów. Pod koniec lat 90. dom został przekształcony na muzeum pokazujące właśnie życie w tradycyjnej architekturze.

I musimy przyznać – domek ma bardzo dobrą energię. Po środku znajduje się mały dziedziniec, ma dwa piętra i rzecz jasna dowody na to, że dzieci kiedyś były chyba bardziej odporne na upadki (albo ich było więcej więc jedno w tę czy drugą stronę nie robiło różnicy), bo barierki były bardziej duchem niż ciałem. Kręcąc się po centrum, zachęcamy do zaglądnięcia do środka.

Wspominamy o tym miejscu, ponieważ rzuciła nam się w oczy pewna dziwna, azjatycka maniera projektowania i urządzania domów. Maniera, którą określić może jedynie słowo – niewygoda.

Wystarczy sobie wyobrazić wąski dom, który ma praktycznie przeszklony front – drzwi jak ze sklepu spożywczego z wielkim oknem – zatem widać wszystko co jest w środku. A w środku jest wielki telewizor w centrum, podłoga z płytek, drewniane, nieobite, kanciaste meble (wybitnie niewygodne – sama deska) – ława i krzesła. I to wszystko wyeksponowane. Nie rozumiemy w ogóle tego sposobu urządzania mieszkania – jest on powszechny, nie tylko w Wietnamie – i stanowi antytezę wygodnego mieszkania. O co chodzi?

Świątynia  Literatury

Văn Miếu, to świątynia (tak, wiemy – ile można gadać o świątyniach!) z roku 1070, zbudowana na zlecenie ówczesnego króla, miała być miejscem szkolenia urzędników państwowych zgodnie z zasadami konfucjanizmu. Trafiliśmy tam trochę przez przypadek na spacerze podczas którego chcieliśmy pokręcić się po okolicy bez przemęczania dzieci. Zupełnie niespodziewanie naszym oczom ukazało się „coś ładnego” więc szkoda było nie skorzystać. Co prawda Niebieska sporządziła zawczasu listę „miejsca do odwiedzenia w stolicy” ale nie skojarzyła początkowo ze sobą tych dwóch faktów.  No ale jak już podeszliśmy (poszukiwaliśmy keszy i placów zabaw), to szkoda nie wejść. Ostatni zwiedzający są wpuszczani o godzinie 17, my weszliśmy jakieś 10 minut wcześniej więc czasu nie mieliśmy za dużo.

Kompleks jest w kształcie prostokąta, z pięcioma dziedzińcami, otoczone jest murem zaś przejścia pomiędzy dziedzińcami umożliwiają zdobione portale (a może to już brama? Gdzie jest granica pomiędzy tymi pojęciami?). Przez to, że jest ona otoczona murem, tworzy swoją enklawę – z ogrodami, budowlami i wszechobecnymi rzeźbieniami. No i mają tam swój plac zabaw! Na terenie świątyni! Ciężko nam wyobrazić by podczas modłów w kościele dzieci mogłyby się swobodnie bawić na placu zabaw z widokiem na ołtarz.

Podzieliliśmy się na klasyczne zwiedzające i opiekuńcze grupy i każdy miał okazję sobie pooglądać świątynię. Mi szczególnie zapadła w pamięć wielka dzwonnica, do której można było wejść zaś na piętrze był również mały ołtarz (ale tych to jest wszędzie pełno).

Znajduje się tam także sale typowo wystawiennicze, akurat jak my byliśmy to eksponowano dzieła współczesne młodych artystów, motywem przewodnim było światło.

Przy najdalszym (względem wejścia) budynku znajduje się również ogromny dzwon (największy jaki dzieci widziały w swoim życiu) więc urządziły sobie dookoła niego zawody w bieganiu.  Trwało to do czasu jak przyszedł pan ochroniarz by nas wygonić. Tym razem nie miało to jednak związku z niewłaściwym zachowaniem (bo przecież każdy człowiek wie, że dzieci musza się przemieszczać bieganiem, inaczej to się nie liczy) ale z faktem, że nas czas dobiegł końca (a raczej czas zwiedzania).

Sumarycznie to świątynia jest niewielka ale kompleks jest całkiem spory. Zdecydowanie jest to najczęściej odwiedzanie miejsce w stolicy, widzieliśmy dużo wycieczek i mnóstwo autobusów wypełnionych pielgrzymami. Ma bardzo fajny klimacik – warto zaglądnąć, szczególnie jeśli ktoś nie był w świątyni konfucjonalnej (konfucjonistycznej?) – mają w swoim układzie dużo spokoju, być może by skłonić do myśli filozoficznych, oderwanych od rzeczywistości? Tego nie wiem, ale się domyślam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *