Czym jest praca zdalna? To praca z poza biura, zakładu, czy fabryki. Niektóre profesje na to pozwalają, inne niekoniecznie. Ale zaskoczę was, gdy do tych pierwszych zaliczę fryzjerów. A przynajmniej tych Wietnamskich, którzy pracują poza lokalem fryzjerskim (i nie chodzi wcale o fryzjerskie podziemie post-covidowe)…

Uliczny fryzjer
A to dlatego, że go nie mają (zakładu, nie covida). Albo inaczej – ich lokalem jest ulica, miasto, cały świat (to trochę jak mówienie, że dom jest tam, gdzie jesteśmy razem… dlaczego brzmi to znajomo?). Przechadzając się ulicami Hanoi natrafialiśmy właśnie na takie stanowiska fryzjerskie w wielu zaskakujących miejscach – a to przy placu z pomnikami, a to na chodniku przy skrzyżowaniach. Składały się one z powieszonego lustra na sztachecie, narzędzi rozłożonych na murku i taboretu. I wcale nie były to miejsca ukryte – najwyraźniej instytucja straży miejskiej jeszcze nie dotarła do tych krajów, albo nie mają wytycznych do łapania ulicznych sprzedawców (bo ich jest tu na pączki) czy fryzjerów.


Nie są to lokalizacje fancy barberów, którzy nie tylko robią fryzurę, przycinają i wcierają kosmetyki odżywcze w brodę ale oferują masaż głowy, twarzy i ramion. Nie, tutaj sytuacja jest, jakby to określić… bardziej prozaiczna: masz za dużo włosów, trochę gotówki, a ja mam nożyczki, maszynkę i doświadczenie.
Nie trzeba chyba najbystrzejszego oka, by się domyśleć, że w całym naszym BATMANowym towarzystwie, jedynie ja wymagam (a przynajmniej korzystam) z niejako regularnego strzyżenia. Nie mogłem zatem nie spróbować, szczególnie, że spodziewałem się raczej niedużych kosztów, zaś ostatnia wizyta w takim przybytku miała miejsce prawie dwa miesiące wcześniej w Laosie. Tego dnia spacerowaliśmy się niespiesznie, akurat przechodziliśmy obok jakiejś – chciałoby się rzec – „franczyzy” (na ulicy stało aż dwóch dżentelmenów obok siebie) i wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Wystarczyła sekunda intensywnego męskiego spojrzenia, jeden na drugiego. Fryzjer delikatnie skinął głową (w tłumaczeniu „będziesz się strzygł”?) ja przytaknąłem („w sumie to czemu nie”) i zasiadłem na krześle. Nie padło ani jedno słowo, rzemieślnik zabrał się do roboty i 10 minut później było po wszystkim. Najwyraźniej istnieje jeden sposób ścinania, po prostu „po męsku” i tak taśmowo obrabia się tam klientów.




Zapłaciłem o wiele więcej aniżeli lokalni (klasyczny błąd nieustalenia ceny przed skorzystaniem z usługi), ale efekt był bardzo zadowalający – nie dość, że zadanie wykonane ekspresowo, bez kolejki i wcześniejszego się umawiania, to dzieci miały okazję się pośmiać, że w międzyczasie wyglądałem jak grzyb. Z wietnamskich ciekawostek – bardzo często porozumienie płatności następuje w ten sposób: My pytamy po angielsku pytamy o cenę, a On wygrzebuje z portfela odpowiedni banknot by pokazać, że chciałby mieć takich więcej.
Oferta zawierała również golenie twarzy, ale miałem już wystarczająco emocji jak na jedną usługę, by skorzystać ze – zdecydowanie zbyt brudnej – brzytwy na mojej szyi, a do tego ogolona twarz nie pasuje do mojego imidżu – tak jak jest podoba się mojej żonie, a to wystarczy (a przynajmniej tak mi mówi).
Jak siedziałem i delektowałem się absolutnym brakiem rozmowy z fryzjerem, to Niebieska (w charakterystycznym dla siebie stylu) już uprawiała small talk z jakimiś ludźmi. Okazało się, że para Polaków przechodząc zafascynowała się tym, że jakiś Europejczyk się zdecydował na tego typu usługę. Widać, że ich też hipnotyzowali uliczni rzemieślnicy.
Jedyne, nieodpowiedziane pytanie pozostaje – co oni robią z tymi ściętymi włosami?


Moda na Graba
Skoro już o imidżu mowa zauważyliśmy ciekawy… trend na ulicach Hanoi. Pojawiło się tam sporo ludzi ubranych w ubrania ze stylistyką i logo marki GRAB (o której niejednokrotnie wspominaliśmy na naszym blogu – to taka platforma oferująca przewozy osób, dowóz jedzenia z restauracji i sklepów, przewóz paczek i wiele innych usług). Czasami w LIDLu można spotkać klapki, koszulki, torby czy inne gadżety z logiem sklepu, ale raczej niewiele osób nosi się tak na co dzień. A w stolicy owszem. Zdaję sobie sprawę, że część z tych osób to mogą być kierowcy, czy kurierzy, którzy akurat zeszli ze skutera i poruszają się sposobem niezmotoryzowanym, ale odniosłem wrażenie, że jest za tym coś więcej… Ot taka ciekawa obserwacja.
Ogniem i Mieczem
Rzuciłem raz przy mojej żonie, że brakuje mi takich manualnych zajęć, jak robienie w drewnie, elektronice, czy naprawianie czegoś (co nie jest zamkiem w torbie do wózka). A ta, zamiast po kobiecemu wysłuchać, poczęła po męsku – rozwiązywać problem, i zorganizowała mi wyjście na kurs robienia noży.

Kowalstwo rzeczywiście nie było przeze mnie praktykowanym, więc okazja do nauczenia się czegoś nowego była zdecydowanie trafiona. Aczkolwiek myślę, że mogło za tym stać długofalowe rozbudowywanie zdolności survivalowych na wypadek gdyby ziemię… no trafił szlag i przyszłoby nam zaczynać od nowa (ekscytująca perspektywa wypadów do lasu, dzieci w sumie by się ucieszyły).
Znaleźliśmy zatem pasujący nam kurs, termin i dostałem wolne-bezdzieciowe (juhu!).
Kuźnia znajdowała się jakieś 40 minut drogi od centrum (o tutaj https://mapy.com/s/bokazetezo ) i była ulokowana na podwórku jakiejś kamieniczki. Kolejny przykład zakładu przydomowego, w którym pracowała cała rodzinna. Za towarzyszy miałem… dwie kobiety – matkę z córką z Australii (może takie noże są im potrzebne do samoobrony przed pająkami i wężami?). Znalazły sobie zajęcie przed wylotem powrotnym (raczej miały bagaż rejestrowany, bo inaczej będą miały nieciekawy czas na lotnisku).
Na „dzień dobry” mieliśmy zdecydować jaki kształt nożna nas interesuje – specjalizacja zakładu to noże kuchenne, co nie powinno mnie dziwić (chociaż zdziwiło), wszakże ile potrzeba noży bojowych czy innej białej broni w dzisiejszych czasach? Toż to nie Kraków by biegać z maczetą. Wybrałem coś, co nie wyglądało na przesadnie duże, by nie powodować paniki na lotnisku (czy jest jakiś limit co do rozmiaru noża, który można przewieźć w bagażu rejestrowanym?).
Nasz przewodnik, którego poznaliśmy na miejscu zbiórki (ale nie jechał z nami – nas wysłał uberem, a sam przejechał skuterem i przez to był wcześniej na miejscu), opisywał nam proces powstawania ostrza. Nasz udział zaczął się wraz ze wstępnym kształtowaniem – przycięte do kształtu płytki blaszane dostaliśmy podług naszego wybranego kształtu. Tych blaszek leżały całe sterty, zaś docinanie do kształtu przez przypadkowego turystę jeszcze bardziej blokowałoby proces produkcyjny zakładu.



Wstępnemu szlifowaniu przyglądał się i pomagał jeden z pracowników, który nieszczególnie starał się ukryć rozbawienie nieporadnością uczestników. Ja szczęśliwie uniknąłem szyderczych uśmiechów, albo ich nie dojrzałem, bo za bardzo skupiłem się na procesie.
Następnie zostaliśmy przekierowani do robienia rączki. Wstępnie ociosany kawałek drewna mieliśmy sobie dociosać i doszlifować. Obróbka drewna jest o wiele łatwiejsza, ze względu na jego miękkość, więc udało mi się szybko osiągnąć w miarę zbliżony kształt do oczekiwanego. Niestety rączka mocowana jest na wcisk, więc nie będzie na niej charakterystycznych kółeczek, na których mi zależało. Trudno!
Z tak obrobionym kawałkiem drewna i oszlifowaną blaszką zostaliśmy (w końcu) skierowani do pieca kowalskiego. Tutaj przyszedł czas na chwycenie za młotek i rytmiczne uderzanie. Skoordynowanie uderzeń i odpowiednie ustawienie rozgrzanego metalu wymagało chwili do wyczucia, ale w pewnym momencie nawet udawało mi się trafić tam, gdzie miałem. Niestety był to raczej krótszy proces – ot takie by sobie spróbować – szybko musieliśmy oddać noże by to pracownik dopracował profil do końca. Nam pozostało opalenie drewna, ponieważ to była jedyna metoda wykończenia rączki jaką przybytek oferował.
Ostrze zostało podgrzane od drugiego końca i nabite na rączkę.



Ostatnim etapem było ostrzenie. Wstępne ostrzenie na kamieniu, później noże zniknęły nam z widoku, by za kulisami zostać naostrzone przez pracownika. Wróciły do nas na ostatnie ostrzenie na bardzo kamieniu na mokro.
Zwieńczeniem procesu był test ostrości – klasyczne golenie przedramienia i ciachanie kartek.
Przygoda zrobiona pod turystów, więc dużo było tutaj dróg na skróty (tj. z użyciem pracownika), co mi osobiście nie bardzo się podobało, ale rozumiem logistykę takiego procesu, wszak zakład zarabiał też na produkcji noży, zaś przeciętnego uczestnika tych zajęć raczej nie interesowałby wielogodzinny proces – ot żyjemy w dobie krótkiego okresu skupienia.
Moja końcowa ocena – 4/5, mam wszak swój pierwszy zrobiony nóż, a to jest coś!
P.S. Taki nóż bez problemu może lecieć w bagażu rejestrowanym.

Cytadela
Dawno nie pojawiło się słowo UNESCO w naszych opowieściach. W Wietnamie (spoiler alert!) odwiedziliśmy 85.7% wszystkich obiektów na tej liście (6/7), trochę więcej niż w Kambodży i Laosie, gdzie miesiliśmy skuteczność 33% (1/3) ale mniej niż w Singapurze gdzie odwiedziliśmy 100% wszystkich „uneskowych” obiektów (1/1). Rozpoczniemy zatem z przytupem – siedzibą rotacyjną władców, cesarzów i wojska.

Cytadela Cesarska w Hanoi (Hoàng thành Thăng Long) powstała już w VIII w. zbudowana dla gubernatora chińskiego (Chiny natenczas okupowały kraj, albo jak to ładnie się określa – obejmowały protektoratem Annan), zaś po upadku chińskiej dynastii Tang, stanowiła ośrodek militarny mający bronić od najazdów z północy. Potem nastąpił okres zwany Anarchią 12 Władców (ang. Anarchy of 12 Warlords – swoją droga ciekawe, że te 12 się przewija przez historie ludzkości – a to 12 apostołów, a tu 12 jaj w tuzinie) i dopiero wraz z nastaniem dynastii Lý, cytadela zmieniła znów charakter na pałacowo-administracyjny. W 1010 roku została rozbudowana i jej struktura zyskała 3 warstwy, z czego środkowa nazwana była Purpurowym Zakazanym Miastem (ta purpura jeszcze wróci w Wietnamie, więc bądźcie czujni) – brzmi znajomo, nie (Cesarz Pierścieni)? Do czasu przeniesienia stolicy do Huế na przełomie XVIII i XIX wieku, stanowiło siedzibę cesarską. Pod koniec została poważnie zniszczona podczas działań wojennych, zaś dewastacji dokończyli Francuzi pod koniec XIX wieku, by stworzyć miejsce dla budynków urzędowych, zaś po wyzwoleniu kraju powstały tam koszary wojskowe.
W 2010 roku została wpisana na listę UNESCO i to właśnie nas tam przygnało, chociaż pierwszy raz zobaczyliśmy tamtejsze zabudowy już podczas pierwszego spaceru po stolicy.




Zwiedzanie rozpoczyna muzeum pokazujące różne etapy życia cytadeli, my zaś przezeń przelecieliśmy (albo inaczej – dzieci przefrunęły, my zaś próbowaliśmy to stado trzymać w razem), chociaż mieliśmy mały przystanek przy pustym stanowisku (najpewniej do sprzedaży pamiątek), gdzie dzieci wymyśliły, że będą prezenterami informacji telewizyjnych – Baltazar zapowiedział tornada i trzęsienia ziemi… na szczęście nie sprawdziły się jego zapowiedzi.
Po wyjściu z muzeum skierowaliśmy się w stronę ośmiobocznej wieży z zatkniętą flagą na czubku – widzieliśmy ją już z poziomu ulicy i ja, nie wiedząc na co patrzę, zgadywałem, że to jakaś pozostałość kominowa, ale moja bardziej rozgarnięta żona szybko wyprowadziła mnie z błędu.




Następnie skierowaliśmy się do drugiej bramy (jak to wcześniej wspominaliśmy – cytadela miała 3 dziedzińce otoczone murami, wchodziliśmy zatem do tej drugiej). Można było wejść na jej szczyt, z czego skorzystaliśmy. Tamara już od dłuższego czasu uznała, że poruszanie się dwunożne jest bardzo atrakcyjne, szczególnie jak jest możliwość pójścia w innym kierunki aniżeli rodzice wskazują. Zabrana na szczyt tej bramy (spokojnie spanikowani, mury są wystarczająco wysokie, by krasnale potrzebowały pudła aby widzieć najeżdżające uruk-hai, tj. orki) zdecydowała, że najatrakcyjniejszą z aktywności będzie próba wyrwania się z rodzicielskich ramion i samopas ruszenie w dół po schodach. Jest to osóbka z niesamowitym poziomem upartości, więc wszelkie próby utemperowania jej zamiarów kończą się głośnym krzykiem i obitą twarzą trzymającego (podczas wicia się i wyrywania niejednokrotnie robi obroty o 360 stopni w każdej z osi). Od tego czasu wózek był jedynie towarzyszem podróży, zaś mała, bezbuta osoba jedynie chodziła zygzakiem, zbierając pełne zachwytu uśmiechy przechodniów i doprowadzając rodziców do rozpaczy.
Za bramą otwierał się deptak. Wiódł on do centrum cytadeli, udekorowany był lampionami i był całkiem gęsto zaludniony – zarówno ludźmi jak i budynkami przeznaczenia wszelakiego. Część została przerobiona na przestrzenie wystawiennicze – m.in. prezentujące ubrania z różnych epok, gry i rozrywki dziecięce (notabene wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO, ale za to sobie punktu nie liczymy), a także interaktywna. Ta ostatnia szczególnie przyciągnęła nasze dzieci, ponieważ była wyświetlana animacja złotego smoka, głośno ryczącego, a to najwyraźniej wybrzmiało rezonansem w ich duszach. Zgodni z zasadami wychowania małych czarodziejów, uparcie przytakiwaliśmy na pytania „czy ten smok jest prawdziwy”. I tak, wierzą także w Mikołaja i wróżki, a my będziemy stawać na głowie by nigdy nie przestawały wierzyć w magię.













Z innych ciekawych obiektów była bardziej współczesna stacja dowodzenia – z czasów wojny wietnamskiej – zatem sporo analogowych urządzeń do komunikacji, wielki stół z mapami świata i pozaznaczanymi strzałkami, a także schronami z zapasami jedzenia. Możliwość przepięcia kabla w stacji nadawczej może nie zapadła dzieciakom w pamięć, ale dała jako takie pojęcie o rozmiarach ówczesnych urządzeń do podstawowej komunikacji. Dobra, to był żarcik – dzieci biegały od pomieszczenia do pomieszczenia, totalnie nieświadome otaczających ich obiektów – ale były na takim etapie rozpędzenia, że jakikolwiek wykład z naszej strony były jedynie „marnowaniem tlenu”. Tylko Baltazar znalazł sobie kulturalne zajęcie a było nim fotografowanie obiektów muzealnych – trochę jak historyk sztuki (czyli wybierał dobre obiekty), a trochę jak chiński turysta w Europie (cykał tych zdjęć na potęgę).
Temu dziecięcemu rozbrykaniu, szczęśliwie znaleźliśmy metodę – plac zabaw. Tak, na terenie cytadeli jest plac zabaw. A nawet dwa – rozdzielone przestrzenią zieloną – były naszym zbawieniem, a także idealnym miejscem na przerwę i pochłonięcie dwóch pomelo (czy wspominaliśmy już o niesamowitym smaku tego cytrusa?).
Po drodze mijaliśmy próbę wietnamskiego poloneza (wyglądało to naprawdę jak uczniowie na studniówce), jakieś kamery i kilku ludzi wypoczywających w pięknych ogrodach.
Naszą wyprawę zwieńczyła wizyta w ostatnim budynku cytadeli – zwanym tylnim pałacem. Albo Pałacem Księżnej (ładniejsza nazwa, czyż nie?). Budynek niewyposażony – jedyne puste pomieszczenia z możliwością wejścia na górne kondygnacje. Naszą uwagę przyciągnął okalający ją ogród – był to jeden z ładniejszych fragmentów cytadeli – więc warto dotrwać z wyprawą do samego końca.











Dodaj komentarz