Jaka jest Wasza ulubiona bajka z dzieciństwa? Oczywiście dla ludzi z naszego pokolenia na prowadzenie wysuwają się filmy Disney. Podczas gdy ulubioną bajką Niebieskiej od zawsze był „Król Lew” (w chwili jego pojawienia się miała 8 lat i już wtedy potrafiła docenić piękno kolorowych, afrykańskich wzorów i tragedię Simby), moja siostra, a jej rówieśniczka śpiewała o „kolorowym wietrze” z Pocahontas, zaś nasze potworki początkowo nie mogły się naoglądać bajki Mulan. Wybranie się do Chin i znalezienie elementów w tej bajce występujących (Widzieliśmy Wielkiego Mura) było ich pierwszym, wielkim przeżyciem w azjatyckiej podróży.

Tutaj powinno pojawić się jakaś przyciągająca czytelników pytanie: A Twoje dziecko, jakie najbardziej lubi bajki (czyli tak naprawdę: Jakie są Twoje ulubione bajki?) oraz nieśmiertelne „dajcie znać w komentarzach”! Po co to wszystko? Ano właśnie, by na tej pozornie nieznaczącym przykładzie pokazać jaki wpływ mają rodzice na swoje pociechy i jak kształtują ich preferencje. I tutaj dochodzimy do konkluzji: dzieci uwielbiają teraz ulubioną bajkę Niebieskiej i wszystko co z tym idzie. A cóż może być w niej zabawniejszego niż gruboskórny guziec (taka świnia z Afryki) i nazbyt pewna siebie surykatka? Oboje mają kloaczny humor, więc razem z naszymi dziećmi tworzą sekstet humoru spod WC. I w tym wszystkim nauczyły się najsłynniejszego zwrotu w afrykańskim języku suahili, czyli „Hakuna matata” (jak cudownie to brzmi) ale nie byłyby sobą gdyby nie dorzuciły czegoś od siebie. Np. taka „kura” zamiast „hakuna” pasuje i sprawia, że słynna fraza brzmi lepiej.






Robaki i trudy życia
Timon i Pumba (jak zapewne pamiętają wszyscy urodzeni po 1986 roku) smakują się w robakach, najlepsze są ponoć te białe i tłuściutkie. Ze swojego doświadczenia możemy potwierdzić, że smakują całkiem zacnie.

Dekadę temu wybraliśmy się na karnawał do Rio de Janeiro, skoro już tam byliśmy to nie mogliśmy sobie odmówić spędzenia kilku dni w Amazonii. Kiedy przedzieraliśmy się przez dżunglę (wraz z naszym indiańskim przewodnikiem Billym i parą Australijczyków) trafiliśmy na robaczy „bufet”, czyli można było zjeść tyle robaków ile się chciało. My wówczas, za biednych post-studenckich czasów, traktowaliśmy jedzenie ze szczególną nabożnością i nie odmawialiśmy niczego, Australijczycy jednak się nie zdecydowali (pomyślałby kto, że Oni to akurat są z robakami po imieniu). Te grubaski (robaki, nie Australijczycy) uwielbiają sobie dojrzewać w orzechach brazylijskich i przechodzą ich smakiem tak bardzo, ze smakują jak puchaty miąższ orzecha.
Zatem pytanie, które można zadać dzieciom i nie wiadomo jakiej odpowiedzi można się spodziewać: Co może być smaczniejszego niż świeżo prażony konik polny? A może smażone na głębokim tłuszczu karaluszek z miksem khmerskich przypraw? Cokolwiek jedzą w telewizji, to przecież musi być pyszne albo w najgorszym przypadku zjadliwe, prawda? W gwoli ścisłości: to nie był pierwszy raz kiedy dzieci miały okazję spróbować robaków. Mieszkając w Gdańsku trafiliśmy na targi terrarystyki, gdzie skuszeni dobrą reklamą zakupiliśmy chipsy z koników polnych (bagatela 30 pln za paczuszkę) i mieliśmy okazję poczęstować naszych gości na jednym z brunchy – pozdrawiamy ciepło Klarę, która odważnie spróbowała nietypowych chrupek. Ale przecież nie trzeba szukać daleko tego typu produktów, wszak ten łobuz, ” ta niedobra” Unia Europejska próbuje nam przecież nakazać jedzenie robaków zamiast pysznego schabowego (oj przytuliłby takiego kotleta po tylu miesiącach azjatyckiej diety).

Jeszcze długo przed rozpoczęciem podróży miałem wielką chętkę na robaka, pająka czy innego skorpiona. Mieliśmy pierwsze podejście z poszukiwaniem w Pekinie ale bez powodzenia, pewnie gdzieś się pochowali w bocznych uliczkach. Potem przeczytałem, że tak naprawdę to lokalsi nie jadają robaków, że to jakiś relikt przeszłości, że to tylko jest sroga łapanka na turystów i mój entuzjazm został w tym momencie zrównany z ziemią. Miesiące oczekiwań i okazuje się, że ta bańka pęka. Zaprzestałem zatem poszukiwań i schowałem te pragnienia do szufladki „czas przeszły, niedokonany” i więcej nie myślałem o temacie aż do pewnego popołudnia…
I tutaj w końcu wracamy do Kambodży. Kilka akapitów treści już zostały naprodukowane – okazuje się, że to tylko takie lanie wody jakiś zaprzeszłych historii aby tylko ilość znaków się zgadzała i dawała zaliczenie. Ale jesteśmy w Kambodży i wracamy już do Siem Reap. Wybraliśmy się na spacer poza centrum, Niebieska sobie wymyśliła jakąś alternatywną ścieżkę śladem keszy ale okazała się trochę zbyt „poza szlakiem”, bo nie było tam ani chodników ani pobocza. Były za to liczne szkoły, skuterki i duuuużo dzieci. A gdzie są człowieki, tam jest pieniądz i infrastruktura dla mieszkańców.




I właśnie wtedy je zobaczyliśmy: stoiska pełne smażonych pyszności (?), pachniało nie najgorzej, wyglądało hmmm… alternatywnie. Na stoisku (technicznie rzecz biorąc można to nazwać „street foodem” bo mamy i jedzenie i ulicę) Pani miała kosze pełne pasikoników (różne kolory i rozmiar), do tego tłuściutkie pędraki, larwy i – mój osobisty antyfaworyt -karaluchy. Do tego są jeszcze wiaderka różnych mieszanek przypraw – jedna na ostro, druga na europejsko – i kilka elementów warzywnych (cebulka, trybulka, orzeszki i zioła). Całość kupuje się na wagę, wskazuje się (albo nakłada samemu do koszyczka) które z składników chce się dorzucić do sałatki, wybiera się przyprawy, Pani dorzuca zieleniny i wszystko miesza. Tak gotową mieszankę dostaje się w siateczce. Kosztuje to grosze (albo raczej centy) i jak się okazuje – jest bardzo popularne wśród khmerów. Gdyby nie fakt, że była kolejka, to nawet byśmy się nie zainteresowali street foodem ale zaciekawiło nas co się cieszy taką popularnością. Jeszcze szybki rys historyczny: początki tego zjawiska mają związek z Imperium Czerwonych Khmerów (Czas Apokalipsy), kiedy to ludność cierpiała biedę i skrajne wygłodzenie. Dzisiaj dalej się to kontynuuje, a obecnie spotyka się robaki w restauracyjnych menu na całym świecie.
Podczas gdy my się wahaliśmy co rusz ktoś podjeżdżał na rowerze/skuterze i pakował sobie robaków na przekąskę. Dzieci już skakały z podekscytowania, tylko wskazywały których insektów musimy jeszcze nabrać ale mimo ich entuzjazmu kategorycznie odmówiliśmy doboru karaluchów. Nie minęły 2 sekundy od zakupu jak się rzuciły na nasze przekąskę, przebierając pomiędzy bardziej apetycznie wyglądającymi owadami. Szybko okazało się, że mimo wcześniejszych zapewnień robaki są trochę pikantne (Baltazar-bloger ciągle tylko mówił do kamery „it’s very spicy”) ale nie przeszkadzało im to w chrupaniu, ponieważ – jak można się domyślić – takowe smażenie tworzy efekt chipsa. Najdziwaczniejszego chipsa jakiego możecie sobie wyobrazić: puste w środku, ze sztywnymi nóżkami, gapiącego się na Ciebie z wyrzutem, że go chrupiesz.


Aurora szybko zidentyfikowała które są najsmaczniejsze (brązowe koniki polne) i zaczęła je wyjadać, także dla chłopaków zostały już głównie białe larwy (odrobinę zbyt gorzkie jak dla nasz gust). Makary nie pytał, tylko jadł (On to jest skupiony na procesie, widać, że to trzecie dziecko – jak nie zjesz swojego ciasteczka, to ktoś inny się na nie połasi) a ja wybrałem się z Baltazarem na bieganie. Celem dzisiejszego wieczoru było 10 kilometrów (zajęło nam to jakieś 2 godziny) i jak wróciliśmy to dla dziobaka zostały tylko te najmniej smaczne ale – ponownie – trzeba sobie radzić w dużej rodzinie, nie można trzymać urazy, trzeba robić swoje.
A na koniec i tak wszystkich nas zjedzą robaki.
Coś na europejski żołądek
Płynnie przeszliśmy od księżniczek Disneya, poprzez robaki aż do piachu. Ktoś zgłodniał? Wcześniej już wspominaliśmy o miejscach gdzie można dobrze, swojsko zjeść ale nie wspomnieliśmy o poszczególnych daniach z Kambodży. Ichniejsza kuchnia jest po prostu bardzo smaczna i taka domowa. O ile można znaleźć tajskie smaki w restauracjach, to khmerskie specjalności są całkowicie inne niż ościennych krajów. Dania same w sobie nie mają pikantności z Tajlandii, nie interesuje ich nadto smak słony i umami (jak w Wietnamie) ale uwielbiają za to kwaśność i odrobinę gorzkości.



Dwa smaki które nie są może takie oczywiste ale dzięki temu tym bardziej przez nas uwielbiane. Było to bardzo odświeżające (dosłownie, ta cytryna, limonka i okra są wszędzie) po wielu miesiącach z ostrością, bardzo apetyczne i w jakiś sposób swojskie. Ich zupy/kociołki/gulaszopodobne twory miały w sobie zawsze limonkę i jeszcze inne, kiszone (niestety do tej pory niezidentyfikowane przez nas) warzywo. W Siem Reap nawet papaya salad smakowała inaczej! I to tutaj Niebieska jadła najlepszą morning glory ( Święta tropikalne, życie (nie)zwyczajne) czyli wodny szpinak, tym razem bez chilli za to pieprzem z Kampot. Tutaj też Aurora się rozkochała w tym daniu, trochę już minęło, a Ona jak widzi szpinak to wspomina, że „oooooo, tak dawno tego nie jadłam…”.
A skoro to blog o podróżach (i dzieciach, no ale ich nie jemy) to czas polecić klasyki z Kambodży do spróbowania kiedy się tutaj jest:
– Fish amok – królewska potrawa. Mówi się, że był to posiłek na „dworze” władcy (czy może na polu, khmerowie raczej chodzą na pole bo skądś trzeba brać ten ryż) chociaż niektórzy kwestionują czy w ogóle pochodzi z tamtych regionów. Najbardziej charakterystyczna wersja tego dania to taka z rybą ale częściej na mieście można znaleźć wersje z kurą (matatą). Potrawa zasadniczo wygląda i pachnie jak curry (pewnie ma to jakiś związek z tą przyprawą masowo do niej dodawaną) ale smak ma zdecydowanie nie hinduski. Co niedosmakuje to dowygląda, bo tutaj chodzi o tzw. „plating” (z angielskiego: atrakcyjne układanie potraw na talerzu -słowo nie mam polskiego odpowiednika), a amok podaje się w zwiniętych liściach bananowca, tworzy to swego rodzaju łódeczkę dla potrawki.

– Beef Lok lak – absolutnie najbardziej rozpoznawane danie, posiłek prawdziwego mężczyzny, bo zapewnia sporą dawkę energii. Najważniejsza jest wołowina, do tego góra ryżu, jajko i dwa (zawsze dwa) kawałki ogórka i pomidora. Do tego zalać to sosem i nawet czeskie dzieci by to chętnie zjadły (buziaki dla Ronji i Jeremiego). Wszystko jest oczywiście z dodatkiem pieprzu z solą i sosem z limonki. Jest niestety jeden problem z tym daniem, a mianowicie – mięso. Kambodżanie niestety nie radzą sobie za bardzo z oprawą wołowiny, jest to absolutnie absurdalne, skoro to ich narodowe danie ale taka jest prawda. Nie chodzi tylko o Lok lak, próbowaliśmy kilka razy różnych dań zanim zrozumieliśmy, że skoro kelnerka pyta czy do dania chcesz „kurczak czy wołowina” to nie jest to bez przyczyny. Zatem opcji są dwie: albo jesz wołowy lok lak tylko bez wołowiny, albo spędzisz trochę więcej czasu na przeżuwaniu krowy. Ja (jak to prawdziwy mężczyzna) wybierałam opcję delikatniejszego kurczaka, Niebieska (jak na prawdziwą damę przystało) żuła mięso jak rasowy redneck. Równowaga w związku jest zachowana.

– Cha Traop Dot – absolutny hit to grillowany bakłażan z mięsem mielonym. Brzmi może nudno, wygląda jeszcze gorzej, a smakuje jak raj! Sekret tkwi w grillowaniu warzywa i mięsa przed wymieszaniem, do tego dodaje się sfermentowane soję, sos ostrygowy i trybulkę . Zamówiliśmy je po raz pierwszy w naszej ulubionej lokalnej restauracji, gdzie specjalnie musieli wybrać się sklepu bo im się bakłażan skończył. Potem wracaliśmy po jeszcze. Bastek z kolei pogardził tym daniem, ale On to nawet na widok pomidora ma obrzydzenie. Ot, niejadek od dzieciństwa. Ale bardzo zachęcamy, jeśli gdzieś zobaczycie to danie to nie wahajcie się, trudno jest je jednak znaleźć bo nie ma takiego PR jak inne potrawy.

Kambodża pod względem jedzenia jest zdecydowanie lepszym miejscem dla dzieci niż Tajlandia (tak ukochana przez rodziny). Tutaj większość rzeczy nie jest pikantna, jest dużo noodli, zup (dziewczyny je uwielbiają) i oczywiście najważniejszy ryż. Do tego nie ma problemu ze znalezieniem europejskiego jedzenia chociaż staramy się go unikać (ile w końcu można jeść te nuggetsy). Restauracji jest więcej niż można przejeść, chociaż lepiej oddalić się trochę od centrum dla urozmaicenia menu i oszczędności w portfelu.






Im bliżej kompleksu Angkor Wat (ale jeszcze poza nim) tym lepiej widać, że lokalsi się tam stołują. Można to poznać między innymi po obecności hamaków. Przecież każdy przedszkolak wie, że po obiedzie jest znienawidzone leżakowanie, a każdy dorosły tęsknie wspomina możliwość odbycia sjesty po posiłku. Khmerzy jednak lubią proste przyjemności i cieszą się życiem, po zjedzeniu posiłku oddają się chwili relaksu na hamakach, które najczęściej wiszą bezpośrednio przy stoliku.

Niebieski motyl
My zaś w ramach relaksu poposiłkowego ruszaliśmy w miasto zwiedzać i chłonąć nowe miejsca. Rzecz jasna, nasze 4 ręce były zajęte przez czwórkę dzieci, wózek, zestaw do przebrania, pieluchy, apteczkę, zapas wody i przekąsek, książeczek, smoczków, zestawu do rysowania i malowania. Dlatego jeszcze na wynos zamawialiśmy sobie mrożoną kawę. Tak, słyszymy krzyk – jak to mrożoną? Nie boicie się zatrucia pokarmowego od zamarzniętej wody z kranu? A nie boimy się, po pierwsze primo – po tylu miesiącach podróży nasze żołądki rozpoznają mandaryński, a po drugie primo ultimo – funkcjonuje tu coś jak dostawca lodu, u którego zaopatrują się wszystkie restauracje, stoiska przydrożne z jedzeniem i napojami, który dostarcza sprawdzony lód.

Wracając do głównego wątku: dorzucamy sobie jeszcze mroźną kawę i w ramach naszego programu „weź jedną nową rzecz, byśmy spróbowali” zamówiliśmy w naszej ulubionej restauracji „Blue Butterfly Tea” – herbatę Niebieski Motyl. Spodziewaliśmy się raczej herbaty z jakimś farbującym syropem (coś jak zielone piwo na święto Św. Patryka), ale zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni. To za mało powiedziane: wyrzuciło nas z butów, zrewolucjonizowało nasze spojrzenie na świat, rozwaliło mózgi i sprawiło, że uroniliśmy po złotej łzie! Ta herbata była aż tak dobra!
Nasza wersja tejże niebieskiej herbaty stworzona była na mieszaninie ekstraktu z Klitorii ternateńskiej z niewielką ilością mleka skondensowanego – rzecz jasna w kubku pełnym kostek lodu.



Wspomniana Klitoria ternateńska już się u nas na blogu pojawiła, więc jeśli ktoś pamiętał, to gratulację, a jeśli nie, to przypominamy tworzenie papieru we wpisie Lotos dawcą życia. Był również dodatkiem do lotusowej herbaty.
Wracaliśmy do naszej restauracji tym chętniej, bo wiedzieliśmy, że nasz deser – czyli ta herbata – będzie na nas już czekać (raz jej nie było i było to bardzo smutny dzień i chyba nawet trafiło na „blue monday”).
Ogród botaniczny
Tak się stało, że po naszym pierwszym wypadzie do APOPO (Czas Apokalipsy), czyli miejsca ze szczurami wykrywającymi miny przeciwpiechotne, przeszliśmy na drugą stronę ulicy w poszukiwaniu miejsca, gdzie dzieci mogą się wybiegać. Długo zachowywały się przywozicie podczas zwiedzania, więc należało gdzieś ten nadmiar energii zdeponować. Mapa tego nie sugerowała, ale trafiliśmy do małego ogrodu botanicznego – okazało się to małym, magicznym zakątkiem, który pojawił się znikąd i zaskoczył nas swoją niesamowitością.

Było to pierwsze miejsce, które używało maszyny do robienia dymu, dla wprowadzenia efektu mistyczności – tutaj musieliśmy urządzić sobie sesję fotograficzną.
Oprócz tego mogliśmy podziwiać z (niepokojąco) bliskiej odległości dorosłe strusie, nakarmić jezioro rybek, czy zobaczyć najbardziej eleganckie kurczaki – wygrywające zestawienie w naszej głowie, o którym nawet nie mieliśmy świadomości.












Do tego postrzelaliśmy kilka razy z łuku, a dzieci pobawiły się w kapitanów statków, kolejarzy i kierowców motocykli – na drewnianych makietach porozstawianych tu i ówdzie.
Miejsce nie mające szans na wybicie się, gdy niedaleko masz Angkor, ale starające się i dobrze na tym wychodzące – polecamy miejsce na relaksacyjny spacer.










Dodaj komentarz