Czy wiecie, że w europejskich miastach w średniowieczu trwała cicha wojna pomiędzy kościołem i świeckimi władzami miasta? Rywalizacja polegała na postawieniu wyższego budynku – tu wieża ratuszowa, a tam kościelna. I tak się pięły budowle, dając obraz pychy i zapewne kompleksów. Ale to działało tylko, kiedy budowle wybijały się w tłumie (dopisek żony: Wedle prawa budowla sakralna nie mogła być wyższa niż świecki ratusz, nawet jeśli czasem sprawia takie wrażenie – jak chociażby w Gdańsku). A co zrobić w miejscu, gdzie domy stoją na dziesięciometrowych balach i górują nad wszystkim – wszystkie?

Kampong Phluk
Większość ośrodków miejskich, albo może lepiej powiedzieć miejsko – wiejskich, w Kambodży położone są przy Tonle Sap. Dosłowna nazwa ta oznacza „wielkie jezioro”, u jego wybrzeża położony jest cel naszej podróży – pływająca wioska Kampong Phluk. To jedna z wielu podobnych osad, które charakteryzują się wyjątkową architekturą mieszkalną – domy są dostosowane do znacznych zmian poziomu wód jeziora w ciągu roku. Jezioro jest ogromne – 2,5 tyś km2 w porze suchej do 15 tyś km2 w porze deszczowej i zbiera wody ze wszystkich rzek w okolicy – co właśnie wpływa na tak znaczny wzrost jego powierzchni w trakcie pory deszczowej.

Jak przystosować domostwo do takich zmian? Są dwie opcje – albo zbudować pływającą chatę, albo postawić dom na wysokich na kilkanaście metrów palach. Patrząc z poziomu praktycznego, to pierwsze rozwiązanie może wydawać się najsensowniejsze – zawsze jesteś na powierzchni – jedynie może trochę bujać. A jednak większość decyduje się na chałupy na palach – nawet jeśli to oznacza konieczność codziennej wspinaczki po drabince linowej i okazjonalne podtopienia, gdy wody przybędzie wyjątkowo dużo. Ale tutaj wychodzi bardzo ludzki powód – bo rodziny w tych drugich domach uważane są za „wyższą” klasę (najwyraźniej dosłownie i w przenośni). U nas większy telewizor i droższy samochód – tam wyższy dom – warunki znacznie różne, duch ten sam.
Wybraliśmy się (a jakże by inaczej) tuk-tukiem. Wyruszyliśmy stosunkowo późno (blisko 10), a mimo to trochę w trasie zmarzliśmy (wady i zalety chłodniejszych wieczorów). Czas dojazdu z Siem Reap to około godziny, a koszta są różne. My znaleźliśmy kierowcę za „zawrotne” $10 w dwie strony (na koniec trochę to była siara płacić za pół dnia jego pracy tak małą kwotę, więc dorzuciliśmy coś więcej).







Jednym z większych zaskoczeń jest fakt, że aby zobaczyć wiejskie domki musisz zapłacić. Toczysz się nieutwardzaną (jeszcze) wiejską drogą gdy niespodziewanie zatrzymuje Cię policja stojąca na straży Khmerskiego Ładu i grzecznie przypomina o konieczności uiszczenia. Wstęp kosztuje $20 od osoby (chociaż za dzieci nie musieliśmy płacić) i jest to opłata dla prywatnej, odgórnej firmy zarządzającej infrastrukturą (czy to odpowiednie słowo?), więc zapewne niewiele z tego trafia do lokalnej społeczności – aczkolwiek jest w tym zawarta opłata za przepłynięcie łodzią. Należności tej nie da się uniknąć (nawet jeśli jesteś Khmerem) – w żadnej z innych pływających wiosek w okolicy (a jest ich sporo), więc pytanie o wspieranie kolejnej organizacji wykorzystujących biednych ludzi musimy odłożyć na bok. Z drugiej strony zagadywanych tuk-tukarz zaklinał się, że całość tej kwoty jest wykorzystywana jak należy. Gdy tam byliśmy droga dojazdowa była akurat w remoncie i to właśnie z pieniędzy z turystów. W teorii każdy pracuje, czasem więcej, czasem mniej, a na koniec i tak całość idzie na jakieś wspólne dobro.
Po dojechaniu na miejsce, po dość wyboistej drodze (jeszcze nie wyremontowanej), zostaliśmy skierowani do jednej z ogromnej ilości zaparkowanych łodzi, zaś naszymi sternikami byli młodzi chłopcy (na oko 15 i 12 lat). Rzecz jasna wzbudziło to nasze obawy, ale od razu można było wyczuć, że chłopaki wiedzą, co mają robić. Jest to wszak ich główny sposób przemieszczania – czy to do szkoły, sklepu, sąsiada czy na mecz piłki wodnej (?).








Przepłynęliśmy przez wioskę lawirując pomiędzy innymi łodziami i faktycznie widzieliśmy wszystko, o czym mówiono – dzieci w mundurkach szkolnych na łodziach, domy górujące nad pływającymi, przyczółek prawie szpitalny, nawet znalazł się kościół katolicki na szczudłach (zaczyna to wszystko brzmieć jak jakiś wymysł Beksińskiego). Podobno w porze deszczowej (czyli, gdy chałupy są na poziomie łodzi) zaprasza się nawet ludzi do zwiedzania domów i do szkoły ale najwyraźniej szkoda ryzykować życia gringo, który mógłby z takich bali/drabinek/bambusowych konstrukcji rusztowo-podobnych spaść. W końcu turysta to pieniądz.
Po 30 minutach dotarliśmy do takiej barki – przystanku, gdzie przesiedliśmy się na dwie małe łódki, które zabrały nas na przeprawę przez liczne zarośla – drzewa i krzaki zanurzone w różnym stopniu, sprawiające wrażenie pływającej dżungli. Bardzo intrygujący obraz. To właśnie to miejsce było fotograficzną migawką która zachęciła Niebieską do odwiedzenia tego miejsca. Łódkowa objazdówka jest tutaj domeną kobiet, nasza wioślarka w pakiecie miała jeszcze swoją trzylatkę pomiędzy kolanami. Do łódki jednocześnie może wejść 3 dorosłych (albo 2 dużych i 2 mniejszych ludzi).












Przed wyjazdem, Niebieska doczytała, że jest tu sporo osób próbujących zarobić „na dzieci w szkole” – to jest sprzedają zestawy zeszytów czy innych przyborów, które później rzekomo przekazują do miejscowej szkoły. Piszemy „rzekomo”, ponieważ nie ma na to żadnego potwierdzenia, zaś prawdopodobieństwo nadużyć jest wysokie. W innej wiosce ponoć próbują sprzedawać worek ryżu za kilkadziesiąt dolarów dla dzieci w szkole (wyczytane na innym blogu). W każdym razie istnieje tam „wodny rynek” (nasze nazewnictwo), czyli po prostu są to owe przybory, pamiątki i przekąski na łódkach, obok których wioślarki się zatrzymują i czekają aż wydasz swoje dolary. Zdecydowaliśmy, że raczej nie będziemy w tym procesie uczestniczyć i ćwicząc swoją asertywność (no, thank you) bardzo namiętnie oddawaliśmy się oglądaniu liści na drzewach.

Wyprawę zwieńczyło wypłynięcie na jezioro Tonle Sap, które swoim rozmiarem robi wrażenie morza. Najpopularniejszą porą na takie wycieczki jest oczywiście zachód słońca – pozdrawiamy Nataszkę i Tomka który (jeśli nas pamięć nie zawodzi) byli nad Tonle Sap właśnie o zmierzchu. Jak już wiecie my się wybraliśmy z rana (można by nawet rzecz „skoro świt” według dziecięcych standardów) więc na wodzie byliśmy jedynymi podróżnikami.















Tuż przy ujściu do jeziora, przy miejscu przesiadkowym, znajduje się restauracja (a jakże, na balach!) ale nie zdecydowaliśmy się skorzystać, bo ceny miały dużą przebitkę. Było zbyt wcześnie by dzieci zjadły obiad w zadowalająco szybkim tempie. Za to najmłodszych bardzo zainteresowała rysunkowa rozkładówka wszystkich ryb, które można znaleźć w tamtejszym ekosystemie. Do tego były na podorędziu żółwie w akwariach. Krokodyli kambodżańskich niestety (czy na pewno?) zabrakło ale podobno można je tam spotkać (więcej o nich można doczytać w poście Lotos – dawcą życia ).
Jak można podsumować taki wypad? Obraz domów na szczudłach jest wart zobaczenia, jednocześnie koszt wjazdu na teren i mocne naciski na wydania więcej pieniędzy psują odczucia. Rozumiemy chęć zyskania na obecności turystów, ale bywa to męczące. Jeśli zaś jest się na to przygotowanym i skupi się człowiek na wartościach dodatnich to warto, zwłaszcza, że kwota za pól dnia wycieczki była sumarycznie niewielka.
#TravelTip: Zorganizowanie wyjazdu samemu z Siem Reap jest banalnie proste, każdy tuk-tukarz Cię tam zabierze – trzeba tylko uzgodnić kwotę w góry. Koszt z biura podróży to około $10-20 (plus koszt wstępu) czyli nawet 4x więcej niż podczas samodzielnego transportu.
Jeśli ktoś nie czuje się dobrze z szeroko pojętymi „etnicznymi zoo” (wspominaliśmy o nich przy okazji Kolory Północy: Niebieski), to tutaj nie musi się martwić ani przeżywać rozterek moralnych. Pieniądz nie śmierdzi i widać, że w tym momencie jest to już tak naprawdę miejscowość turystyczna (może nie ma Misia z Krupówek ale są wspomniane wyżej gady) i dzięki społeczność rozwija się. Jedna strona jest nastawiona na zarobek, druga strona jest owieczkami, które się kieruje turystycznym szlakiem wodnym. Nikt też nikomu nie zagląda to kuchni, chociaż może w sezonie deszczowym i dałoby radę wsadzić rękę do garnka z ryżem przepływając obok okno. Jeśli już ktoś tutaj był „pod obserwacją” to raczej My, z naszą czwórką (oj, same dziewczynki?).





















Świątynie
Zapewne Was zaskoczymy ale w Kambodży nie odwiedziliśmy zbyt wiele świątyń. No dobra, Angkor Wat jest technicznie świątynią, ale to inna para kaloszy. Z takich klasycznych, współczesnych i aktywnie używanych świątyń odwiedziliśmy raptem trzy, z czego jedną wszyscy razem.

W samym centrum Siem Reap znajduje się kompleks świątynny z kilkoma budynkami – zarówno przeznaczonych jako miejsce obrządku religijnego, jak i bytowania mnichów. Znajdują się tu nawet sale konferencyjne na wynajem! Ta świątynia to Wat Preah Prom Rath (វត្តព្រះព្រហ្មរ័ត្ន) i co zdecydowanie ją wyróżnia, to bogato wyposażony w przeróżne rzeźby ogród. Było sporo przedstawień zwierząt, śpiący budda, czy nawet jakiś statek z brutalnymi przedstawieniami ciał ludzkich po jakiejś bitwie – Baltazar i jego zmysł fotograficzny miały używanie. W odróżnieniu od Tajlandii i Laosu, tam udało się nam wejść bez „skromnego” odziania. Niespecjalnie, ale zdążyliśmy już zapomnieć, że trzeba nosić przy sobie długie spodnie. W każdym razie Khmerowie mają luźniejsze podejście do tych kwestii (jak i do wielu innych).
Inną świątynią była zaraz obok naszej jadłodajni Mak Keo (Dwa wesela i pogrzeb), która była źródłem naszych nocy nieprzespanych . Wybrałem się tam raz z Tamarą, gdy czekaliśmy na zamówione jedzenie. Tutaj zwróciliśmy z malutką uwagę na dbałość o szczegóły w rzeźbach zwierząt – szczególnie jeśli mowa o anatomicznych częściach wrażliwych. Więcej informacji na zdjęciach.





Ostatnią ze świątyń odwiedziła Niebieska z Tamarą. Napotkały tam bardzo specyficznego człowieka.
Pojawił się On na motorze, cały w tatuażach, zdecydowanie kaukaskiej barwy, mnich. Zamiast skóry z naszywkami gangu motocyklistów miał przywdziany pomarańczowy, mnisi strój i zatrzymał się by dokonać delikatnej próby nawrócenia Niebieskiej. Wywiązała się całkiem ciekawa rozmowa, gdzie – jak się okazało – Australijczyk opowiedział historię swojego życia. Przez pierwsze 20 lat żył w Papui-Nowej Gwinei, zaś ostatnie 50 lat przebywa właśnie w Kambodży. Tutaj, jako mnich, próbuje przekazać młodym etos nauki i rozwoju duchowego, ale „dzisiejsza młodzież już nie jest taka jak kiedyś” – nie jest szczególnie zainteresowana głębokim uduchowieniem, a młodzi są wysyłani na szkolenia ponieważ rodzinę nie stać na wychowanie/wyżywienie/wykształcenie. Brzmi jak średniowieczne tendencja klasztorne, prawda?
Na koniec próbował przekonać Niebieską, że Jezus był Buddystą, co wcale nie jest wykluczone, gdy się popatrzy na jego nauki – chociaż wychowanie w żydowskiej rodzinie, w kraju żydowskim niejako przekreśla takie szanse.
Zdecydowanie takie spotkania zapadają w pamięć. Niebieska mówi, że żałuje, że nie zrobiła sobie z nim zdjęcia. My też żałujemy!








Dodaj komentarz