[050] Bagietka z Azją

Nazwy rzek w Luang Prabang mają swoje mistyczne początki. Wziąć choćby rzekę Mekong. Legenda głosi, że dwa wężowe potwory zaczęły się mocno bić o jakąś drobnostkę. A z racji, że były to potężne potwory, okolica mocno na tym cierpiała. I chociaż początkowo oglądanie tego spektaklu dawało radość innym boskim tworom, to ilość żali i modlitw do nich wnoszonych, zaczęła się za bardzo dawać we znaki.

Gdy zapada zmierzch, budzą się demony…

Bogowie zdecydowali się zainterweniować i rozdzielili te wężowe potwory, odrzucając je od siebie na znaczne odległości. Jeden został na miejscu, gdzie przeistoczył się w rzekę Mekong, drugi zaś wylądował w Bangkoku, gdzie teraz widnieje jako rzeka Menam.

Najpiękniejsze miasto w Azji

Luang Prabang (ຫລວງພະບາງ), albo jak ktoś woli być bardziej precyzyjny: Królewskie Miasto Delikatnego Obrazu Buddy, to była stolica Laosu (albo dla bardziej precyzyjnych Laotańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej), która straciła to miano w 1975 roku. Położone w północnej części kraju określane jest właśnie jako Najpiękniejsze miasto w Azji. I pewnie teraz część was wrzuca hasło do wyszukiwarki i ogląda zdjęcia z cisnącym się ustach komentarzem „serio? Nie wygląda aż tak niesamowicie”. I macie racje – na zdjęciach nie wygląda, by zasługiwało na ten tytuł. Zatem powiedzmy to razem: „ale na żywo wygląda o wiele lepiej” (zaczyna to brzmieć jak komentarz do filmów: „książka była lepsza”). I faktycznie tak jest!

Poza przepięknym połączeniem kolonializmu francuskiego, z miejscowym budownictwem na uwagę zasługuje fakt, że jest to bardzo czyste miasto.

Ale zanim zaczniemy się rozpływać w zachwytach nad jego wyglądem, posłuchajmy skrótu historycznego, by wiedzieć na co patrzymy.

Najstarsze ślady bytności ludzkiej znalezione w pobliskich jaskiniach datuje się na 8000 lat p.n.e. Ale nie bądźmy tacy i pomiarów nie zaczynami od kręgosłupa. I choć ślady handlu z Indiami są z 500 roku p.n.e., to miasto nabrało znaczenia, kiedy to król Fa Nguma – założyciela królestwa Lan Xang Hom Khao (Królestwo Miliona Słoni i Białego Parasola) w 1353 r uczynił Muang Seua (ówczesna nazwa miasta) stolicą. Historia, jak to można sobie wyobrazić, była burzliwa – miasto przechodziło z rąk do rąk, zyskiwało i traciło na znaczeniu, ale co istotne – jego położenie na uboczu (w stosunku do szlaków handlowych i w oddaleniu od basenów wodnych) sprawiło, że przechodziło mniej drastyczne zmiany i długo utrzymywało status religijnej stolicy kraju (jakkolwiek by się wtedy nie nazywał).

A! Luang Prabang znajduje się na liście UNESCO, więc kolejny punkt dla nas!

Francuski Kolonializm

W XIX wieku Francja mocno interesowała się (że tak to delikatnie określimy) okolicami Indochin. W 1861 roku w pobliżu Luang Prabang zmarł na malarię francuski badacz Indochin, odkrywca Angkor Wat – Henri Mouhot (zapamiętajcie nazwę Angkor Wat, gdyż za jakiś czas będzie o tym głośniej).

Zdjęcie zrobione w Europie, nie?

I chociaż Laos został włączony do Francuskiej kolonii, to Luang Prabang miało specjalny status, więc mówi się bardziej o protektoracie. Wszystkie wyższe stanowiska urzędnicze trafiały do laotańskiej szlachty, Francja inwestowała w odbudowę zniszczonego Luang Prabang, zbudowała pałac królewski, zbudowała drogi i ogólnie nie wyglądało to w ogóle jak kolonializm z innych okolic. Ponoć to wszystko w celu wzmocnienia znaczenia monarchii – i faktycznie 600-letnia ciągłość zwyczajów religijnych, dworskich obrzędów i monarchicznego charakteru królestwa Lan Xang została przerwana dopiero przez Związek Radziecki, który to zesłał całą rodzinę królewską do obozów pracy, gdzie wkrótce wszyscy zmarli.

Protektorat, czy kolonializm – jaka by nie była nazwa, to fakty są takie, że Luang Prabang jest miksem kultury laotańskiej i francuskiej. Całe centrum wypełnione jest budynkami z czasów kolonialnych poprzeplatane buddyjskimi kompleksami świątynnymi. Spacerując po mieście zdarzało nam się doświadczyć formy deja-vu, gdy myśleliśmy, że jesteśmy znów we Francji. Ta mieszania europejsko-azjatycka jest widoczna też w kuchni, gdzie obok tradycyjnych laotańskich dań, powszechnie znaleźć można bagietki i crossainty.

Czy wspominaliśmy, że to miasteczko jest śliczne? Inne pasujące do tego miejsca przymiotniki to: malownicze, urocze, sielankowe, iddyliczne, sielskie, bukoliczne, piękne.

Góry

Do Laosu przyjechaliśmy z Tajlandii – kraju zdecydowanie gorącego, gdzie można z mieszkania wyjść o każdej porze dnia i nocy w krótkim rękawku (rzecz jasna w porze suchej) i nie zmarznąć. Gdy zatem dotarliśmy do Luang Prabang nie byliśmy przygotowani na to co zastaniemy. A mianowicie fakt, że poranki i wieczory są chłodne! I to tak chłodne, że dzieci ubierały ciepłe kamizelki, kurtki i długie spodnie, a nawet ja (któremu zazwyczaj niska temperatura nie daje się we znaki) przywdziałem ciepły zestaw (chociaż długie spodnie porzuciłem na Phuket i jak widać – szybko do mnie wróciły błędy tej decyzji). W sumie może nie powinniśmy być tak zaskoczeni biorąc pod uwagę, że miasto jest otoczone górami (niezbyt wysokimi ale jednak). Najbardziej ten mróz nam doskwierał właśnie rano, ponieważ w naszym hotelu jadalnia była tylko na zewnątrz.

Chociaż warto zauważyć, że nawet lokalsi stwierdzili, że jest bardziej zimno, niż zazwyczaj. Zmiany klimatyczne? Przez cały czas naszego pobytu tam temperatura sukcesywnie rosła, ale dopiero po naszym wyjeździe wystrzeliła w górę do swojego normalnego, przyjemnego poziomu.

Znikająca karta

No dobra, to przyjechaliśmy, spędziliśmy cały dzień w podróży i w końcu jesteśmy w Luang Prabang. Mieliśmy tyle obaw w związku z długą podróżą pociągową, przekroczeniem granicy, wizami i dziećmi w tym wszystkim a tutaj się okazało, że cała podróż (która sumarycznie trwała dobę) poszła gładko jak pupa niemowlaka.

Zameldowani w hotelu, bagaże zostawione – czas coś przekąsić.

Wybraliśmy się zatem do pobliskiej restauracji. Szybkie podliczenie zamówienia potwierdziło obawy, że brakuje jakieś pół miliona do rachunku (w Laosie nawet inflacja ma swoją inflacje). No cóż – i tak miałem odwiedzić bankomat. Zabrałem zatem Baltazara i poszliśmy do bankomatu po drugiej stronie ulicy.

Znacie to uczucie, że wszystko idzie zbyt dobrze? Kiedy tylko się układa idealnie gdzieś we wszechświecie musi zostać zachowana równowaga. I tak właśnie było tym razem.

Wszystko zaplanowane, zimny (celowo) Laab czeka do skonsumowania, a ja walczę z bezmyślną maszyną, która zjadła moją kartę. Tak, to była późna godzina (około 20), więc wszelkie próby połączenia z zarządcą bankomatu spalały na panewce. Do pomocy zaangażowałem nawet kelnera z restauracji, w której się posilaliśmy. Koniec końców, mimo prób kontaktu na 4 różne numery telefonu, przez facebooka – nie udało się skontaktować z nikim, kto mógłby pomóc odzyskać kartę. Zostawiliśmy zatem kilka karteczek z prośbą o kontakt kogokolwiek, kto będzie pracował nad tym bankomatem w najbliższym czasie (wspomniany kelner powiedział, że codziennie rano bankomaty są uzupełniane w gotówkę, więc może warto będzie wtedy spróbować się pojawić).

Zapłaciliśmy inną kartą płatniczą za kolację i wróciliśmy do hotelu w średnich nastrojach.

#TravelTip: na tak długie wypady warto wziąć więcej niż jedną kartę płatniczą, a najlepiej mieć duplikaty porobione do każdej (np. na małżonka – nie wszystkie banki coś takiego oferują, więc warto zrobić wcześniej przegląd). Naszym głównym bankiem jest Revolut, gdzie również mamy kilka kart wirtualnych (podpiętych np. do aplikacji GRAB).

Następnego ranka, bez większych nadziei, wybrałem się pod wspomniany bankomat. Tam zagadał do mnie parkujący w tym miejscu kierowca tuk-tuka, który zobaczył, że nie jestem typowym wybieraczem pieniędzy i wskazał mi, że komuś moja karta wyskoczyła i ta osoba zaniosła kartę do pobliskiego hotelu. Tam na recepcji odzyskałem kartę, co bardzo, ale to bardzo nas ucieszyło!

Później zobaczyłem, że ktoś napisał na grupie facebookowej, że moja karta czeka w recepcji wspomnianego hotelu. Jak dobrze, że trafiamy na dobrych ludzi na swojej drodze!

Rzeka

Tak się składa, że rzeka Mekong, która płynie przez Laos układa się w jednej linii z zachodzącym słońcem (o tej porze roku). Żal by było nie wykorzystać okazji do zrobienia sobie serii niesamowitych zdjęć (wszak złota godzina i zachód słońca, to jakby gra na łatwym poziomie w fotografii – zdjęcia same się robią). Ruszyliśmy w kierunku Wieczornej Gawędy (o tym za chwilę), a akurat przechodziliśmy przy wybrzeżu, gdzie zagadał nas naganiacz na łodzie. Planowaliśmy rejs po rzece, ale nie tego akurat dnia, więc gdy zorientowaliśmy się w cenie (a i tak była lepsza, niż oferowana przez różne biura podróży) i powiedzieliśmy, że wrócimy jutro, lub pojutrze – najwyraźniej włączyliśmy tryb negocjacji, bo cena zeszła gwałtowniej. Nie mogliśmy nie skorzystać, więc spontaniczną decyzją – wskoczyliśmy na wskazaną łódź.

Rejs trwał około godziny i był bardzo wolnym, delikatnym tempem, więc nie było strachu, że nagle nam się łódź przewróci – nie szukaliśmy więc kapoków.

Na łodzi było jeszcze kilka osób, więc część sił zeszło na moderowanie młodzieży, ale część jadalniana łodzi – około połowa jej długości – była całkowicie pusta, więc stwory mogły tam się pokręcić, nie wchodząc w kadr innym współpasażerom.

Tak jak wspominaliśmy – zdjęcia się robiły same. Rzecz jasna starszaki też chciały porobić zdjęcia, więc kilka ich znajdziecie w galerii.

Czy warto? Tak – ze słońcem zachodzącym wzdłuż kanału rzeki, widoki zapadają w pamięć.

Wieczór gawęd

Klechda, którą przeczytaliście na początku, zaczerpnąłem z wyjścia do teatru-gawędziarni (jest jakaś nazwa na określenie takiego połączenia?), gdzie wybrałem się tylko z Baltazarem. Miejsce znaleźć można pod hasłem Garavek Storytelling i odbywa się w języku angielskim.

Oprócz snucia historii, na scenie jest muzyk grający na Khaenie (a kto pamięta, co oznacza nazwa tego instrumentu?). Trwająca godzinę opowieść wprowadza w klimat laotańskiej kultury, gdzie legendom towarzyszą dźwięki khaenu – tworząc całkiem wyjątkowe doświadczenie. Niestety angielski okazał się zbyt zaawansowany dla Baltazara, więc szybko zaczął się nudzić, ale dzielnie wysiedział całość – za co należą mu się pochwały.

Luang Prabang jest malutkim miastem, trochę sennym a jednocześnie ma mnóstwo dobrej energii i sielankowy „vibe”. I ten sposób spędzenia wieczoru jest odzwierciedleniem tej miejscowości. Czy ktoś w ogóle widział taką formę atrakcji turystycznej w jakimkolwiek miejscu? Bardzo nam się spodobała ta idea.

Spodziewajcie się zatem jeszcze kilku historii o poziomie abstrakcji spodziewanym w przypadku zanurzenia się w folklorze. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *