[049] Laotańskie opowieści

Jesteśmy w podróży pociągiem z Tajlandii do Laosu. Skoro mamy przed sobą ładnych kilka godzin podróży, to pozwólcie, ze przywołam jedną z Laotańskich baśni, którą miałem okazję wysłuchać od Laotańczyka podczas wieczoru legend w teatrze gawęd w Luang Prabang (o samym wydarzeniu będzie w innym wpisie).

Jesteście już wygodnie usadowieni, wszak wykupiliście miejsca w wagonach drugiej klasy. Odłóżcie więc teraz telefony i posłuchajcie dźwięków Was otaczających, bo historia będzie dotyczyła pewnego instrumentu…

Słoneczko zachodzi…

Stuk, stuk… Stuk, stuk… Dźwięk kół wagonu przetaczającego się przez przerwy dylatacyjne w torach jest tak rytmiczny. Stuk, stuk… Stuk, stuk… Każde stuknięcie zszywa szum wiatru za oknem, zaś drgania przypominają mruczenie kota.

Stuk, stuk… Stuk, stuk… Cisza, wszyscy już śpią. Leżysz na kojcu i czujesz jak powieki stają się coraz cięższe.

Stuk, stuk… Stuk, stuk… Przymknę oczy na chwilkę tylko, jedną nogę wystawię za kołdrę, by wyrównać temperaturę.

Stuk, stuk… Stuk, stuk… Tylko na sekundę…

Stuk, stuk… Stuk, stuk… Coś słyszę. Jakiś dźwięk, którego wcześniej nie było. Ma melodię, ale nigdy jeszcze czegoś takiego nie słyszałem. Ma dosyć ostrą barwę, ale jest w tym coś, co bierze duszę i przenosi w miejsce zielone, wietrzne i górzyste. Trochę jak orkiestra świerszczy na łące, ale tym razem z dyrygentem, który batutą zgrywa skrzypków i inne cykady w jeden zespół.

Khaen

Był sobie myśliwy, który polował na jelenie w lesie, ale nie mógł złapać żadnego przez dłuższy czas. Dlatego też wchodził coraz bardziej w dżunglę i głębiej, i głębiej, aż dotarł do polany ukrytej pośród drzew. Postanowił sobie odpocząć i położył się w cieniu większego drzewa. Zaraz jednak usłyszał dźwięki wydawane przez boskiego robaka, które brzmiały tak pięknie, że myśliwy zapomniał o głodzie i powodzie, dla którego się wybrał tak daleko w las. Tak był swym odkryciem zafascynowany, że wrócił niezwłocznie z wieścią do wioski. Tam połowa ludzi mu nie uwierzyła, połowa pytała „gdzie jest jedzenie?”. Była jednak jedna, piękna wdowa, która mu uwierzyła i zapytała, czy może mu potowarzyszyć z powrotem do lasu, by usłyszeć ten dźwięk. Tak też się stało, razem się wybrali na polanę i długo czekali na muzykę boskiego robaka. I w końcu się doczekali. Wdowa również zakochała się w muzyce boskiego robaka i jak tylko wrócili do wioski, poświęciła każdą wolną chwilę na próbie stworzenia instrumentu, który mógłby naśladować dane dźwięki.

A głodni mieszkańcy wioski muszą gonić dzieci do pracy na polach ryżowych….

Próbowała długo i wiele instrumentów wyszło spod jej rąk, by w końcu osiągnąć założony cel. Zaczęła grać na tym nowostworzonym instrumencie i grała tak każdego dnia. Z czasem, coraz więcej ludzi zaczęło się gromadzić przed jej domem, by posłuchać te boskie dźwięki.

Tak się stało, że wieść dotarła aż do samego króla. Ten zażyczył sobie, by wdowa mu zagrała.

Gdy skończyła grać pierwszy utwór, król stwierdził, że w sumie to nie ma szału. „Niech zagra kolejny!”. I znów, mimo starań wdowy, nie było efektu „wow”. Wdowa zaczęła grać utwór za utworem, wyczerpując cały swój repertuar i wkładając w to całe swoje serce.

Wtedy też król stwierdził, że jest „lepiej”. I tak się właśnie tłumaczy nazwę tego tradycyjnego laotańskiego instrumentu (wpisanego na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO): Khaen = lepiej.

Wsłuchiwałem się w tę opowieść, zanurzając się powoli w laotańskim świecie, kiedy to…

And the sun is Rising! For Rohan!

Wientian

„Pobudka! Dojeżdżamy do stacji końcowej: Wientian!”, chociaż bardziej to brzmiało: „ຕື່ນ! ພວກເຮົາມາຮອດສະຖານີສຸດທ້າຍຄື: ວຽງຈັນ!.”

CO?! JAKI WIETNAM??

Witajcie w stolicy, której nazwy nie da się zapamiętać ze względu na sąsiedni kraj. To tak, jakby stolicą Polski było miasto Duechland…

A oni myśleli, że to Wietnam

Wientian to stolica Laosu. Położony w centralnej części, przy samej granicy z Tajlandią – stanowił nasz pierwszy przystanek w podróży po Królestwie Miliona Słoni (dawna nazwa „Lan Xang”). Ma dwa dworce kolejowe i mieliśmy okazję odwiedzić obydwa. Ale, nim się tam dostaliśmy musieliśmy zdobyć wizę.

Wiza

Laos oferuje dwa rodzaje wiz – wiza elektroniczna i wiza po przyjeździe (tzw. Visa on arrival).

#TravelTip – UWAGA! Wiza elektroniczna eVisa, o którą aplikuje się przed przyjazdem obowiązuje tylko w wybranych punktach i lotniskach! Jeśli wybierzemy się z taką na niewymieniony na liście punkt – nie unikniemy zakupu drugiej wizy „on arrival”, a koszt wydany na eVise jest bezzwrotny.

Listę punktów obsługujących eVisa można znaleźć na stronie https://laoevisa.gov.la/, ale pokażemy wam również listę (stan na styczeń 2025):

W naszym przypadku wiza elektroniczna była niedostępna. Chociaż pociąg, którym jechaliśmy z Tajlandii przejechał przez most, to najwyraźniej nie jest on tak przyjacielski jak pozostałe „friendship bridge” z listy.

Koszt wizy to 40 USD, ale należy też doliczyć 2 USD kosztów „przetwarzania” (?) oraz dodatkowo koszt usługi fotograficznej, jeśli się nie ma fizycznych zdjęć do dyspozycji. Stawki są zależne od narodowości, a te są pogrupowane na kilka kategorii czyli np. kraje Afrykańskie, kraje Unii Europejskiej etc. Polska jednak (wraz z kilkoma innymi krajami jak np. Estonia) jest zakwalifikowana jako „Kraj Związku Radzieckiego” i najpewniej stąd te ekstra 2 dolary opłaty serwisowej.

Dworzec duchów

Dojechaliśmy do międzynarodowego dworca kolejowego, który obsługuje jedynie pociągi na relacji Wientian – Bangkok. Jest to spora budowla, otwarta w listopadzie 2023 roku, która swoją pustotą przypomina dworzec King’s Cross z Harrego Pottera, kiedy to Harry spotkał Dumbledora w „czymś pomiędzy życiem, a śmiercią”. Innymi słowy – brakowało tego krzaczka z westernów (tzw. biegacze, biegusy albo chamaechory, np. solanki krzaczaste), która przetoczyłaby się przez peron, gdy tam byliśmy.

Krzeseł nie przewidzieli, bo nikt nie podróżuje w takich grupach…

A spędziliśmy tam sporo czasu – każda osoba miała do wypełnienia dwie kartki z praktycznie tymi samymi danymi (dane osobowe, zawód, hotel, data wylotu, rasa i tak dalej). Zatem, dla nas to oznaczało 12 karteczek do wypełnienia. Jak wyszliśmy z pociągu gdzieś w środku stawki, to do okna wizowego dotarliśmy już pod koniec kolejki.

#TravelTip opłatę za wizę można dokonać w USD, ale także w tajskich batach i euro, więc nasze poszukiwania bankomatu z USD lub kantora z poprzedniego dnia były niepotrzebne.

Wspomniane wcześniej potencjalne problemy z elektroniczną wizą zostały unaocznione poprzez kilku pasażerów mocno zdziwionych problemami na przejściu (grupa Niemców i Francuzów).

Nas na szczęście to ominęło i ruszyliśmy ku naszym klasycznym „znaleźć bankomat i kupić kartę SIM” procedurom.

W Laosie obowiązuje waluta LAK, gdzie 1 PLN to około 5000 LAK. Czyli z ceny trzeba ściągnąć pięć zer, wynik zaś podzielić przez 5. Widać umysł był zmęczony, gdy takie przeliczniki wymyślał, bo wystarczyłoby ściągnąć 6 zer i pomnożyć razy 2, no ale cóż – człowiek uczy się przez całe życie.

Gdy zatem przyszło nam zapłacić 200 tysięcy za przejazd na drugi dworzec, człowiek zaczął się zastanawiać, czy faktycznie jest taki bogaty, czy może właśnie przehulał swoją nerkę…

Pierwsze impresja po wyjściu z dworca-widmo numer 1? Ostre słońce, jakieś migawki palm i dumnie wystawiona flaga Laotańczyków… a nie czekaj, dumnie wywieszona to była flaga Związku Radzieckiego. Trochę mniej majestatycznie i dopiero obok powiewały ich narodowe barwy (czyli głęboka czerwień i granat – podobnie jak w Tajlandii i Kambodży).

Zamknięty dworzec

Nasz plan podróży przewidywał przejazd drugim pociągiem do Luang Prabang (dawna stolica). Pomiędzy przejazdami mieliśmy więcej jak pół dnia, więc początkowo planowaliśmy szybki wypad do centrum miasta, ale czas spędzony na pierwszym dworcu wzbudził poważne obawy, że będzie to powrót w stylu „SZYBKO, bo się spóźnimy” z przemoczonymi plecami od potu i ciśnieniem podbitym do nieakceptowalnych poziomów. Dlatego ruszyliśmy bezpośrednio na drugi dworzec kolejowy.

Osoby interesujące się geopolityką na pewno wiedzą, że Chiny zapuszczają swoje macki w wiele krajów Azji, czy Afryki. Ich działania są całkiem podobne w tych krajach – Chiny oferują, że zbudują linię kolejową, autostradę lub inne elementy infrastruktury w zamian za duże korzyści w długoterminowej perspektywie (miejsca w urzędach, ulgi podatkowe, zniesione cła i tak dalej). Nie inaczej było w Laosie, gdzie Chiny zbudowały linię kolejową wraz z dworcami. Dlatego obsługą zajmuje się chińskie konsorcjum CR Kunming, zaś dla pasażerów widać wszędzie LCR (Laos-China Railway) – czy to na stronie, czy w aplikacji (czyli mamy dwa mocarstwa których duch jest tutaj silny).

Koleje Chińskie, ale kawa laotańska

W tym momencie największą przewagą chińskiego konsumenta jest tak, że może On w Laosie kupić bilety na miesiąc do przodu, podczas gdy Laotańczycy (i wszyscy inni) z wyprzedzeniem zaledwie trzydniowym.

#TravelTip – aby zakupić bilety na pociągi online należy to zrobić poprzez aplikację. By móc ją pobrać trzeba mieć chiński, laotański albo tajski numer telefonu. Jeśli podróżujecie z Tajlandii to nie wyrzucajcie zawczasu tamtejszej karty sim!

Swoją drogą, dwie stacje kolejowe wynikają też m.in. Z różnego rozstawu szyn – chińskie koleje stosują standard określany jako „normalny”, czyli 1435 mm, zaś w Tajlandii szyny mają rozstaw 1000 mm.

To tyle z technicznego punktu widzenia.

Dojechaliśmy na dworzec, by zorientować się, że jest… zamknięty!  To znaczy budynek jest zamknięty, zaś jest taka zewnętrzna wiata, pod którą dużo ludzi chroni się przed słońcem.

Czekamy na obiad, by go zjeść pod wiatą

Nasz plan przewidywał obiad na dworcu i spędzenie tam trochę czasu, a tu taka niespodzianka.

Powód zamknięcia – ten dworzec obsługuje 4 pociągi dziennie – więc przez większość dnia nie byłoby tam nikogo – a cała obsługa nudziłaby się jak mopsy (wstęp na dworzec jest po przejściu kontroli na bramkach). Bramy otwierane są na dwie godziny przed odjazdem.

Nasz brak pożywienia rozwiązaliśmy zamawiając jedzenie z dostawą za pomocą aplikacji foodpanda. Wszak do otwarcia dworca nie było dużo czasu, ale kierowca naszego busa powiedział, że nie ma na dworcu restauracji. No nie miał racji – jest co i gdzie zjeść w środku, więc trochę się pospieszyliśmy z naszym zamówieniem i konsumowaniem na ziemi.

Weszliśmy zatem na ogromny dworzec i tam spędziliśmy kilka godzin oczekując na pociąg. Ja poszedłem w drzemkę, a dzieci radośnie bawiły się w ogromnej, pustej przestrzeni hali dworcowej. Raz nawet udało im się uruchomić alarm wyjący na cały budynek kiedy poszli zbiorczo z Niebieską do łazienki (dla niepełnosprawnych). Ona nawet się nie zorientowała, że to nasze potworki toż uczyniły (a dokładnie Tamara, która pociągnęła za sznurek „wzywania pomocy” dla osoby na wózku) i już chciała się ewakuować z budynku myśląc, że to alarm przeciwpożarowy. Zdaniem dzieci to dobre wykorzystane smutnie wiszącego samotnego, czerwonego sznurka.

#TravelTip: Na dworcach w Laosie bardzo dokładnie są skanowane bagaże, zasady są praktycznie na równi z tymi lotniskowymi. Nie ma możliwości zatem wnieść żadnego napoju, scyzoryka czy materiałów wybuchowych. W Laosie także nielegalne są e-papierosy, więc wszystkie są konfiskowane (lepiej nie próbować negocjować bo na grupie „Podróżowanie w Laosie” widziałem post jednego zawiedzionego turysty, który tak długo się kłócił o swój e-papieros, że pół dnia przesiedział na posterunku policji).

Dygresja do powyższego tipa: Nam się udało „przeszmuglować” zestaw śrubokrętów, który towarzyszy nam w podróży, a to wszystko dzięki dywersji, jaką zrobiły dzieci skanując swoje plecaczki wypełnione po brzegi najróżniejszymi dziwami przy jednoczesnym generowaniu ogromnej ilości hałasu.

Tyle miejsc, a ta rodzina usiadła zaraz obok…

Luang Prabang – nadchodzimy!

Nasz przejazd pociągiem minął w miarę spokojnie – mieszanina zajmowania się dziećmi, trochę pisania wpisu i oglądania bajek.

Dla dzieci poniżej 6 lat, nie trzeba wykupić siedzenia – więc nie wykupiliśmy

Wydawałoby się, że przejazd będzie raczej niewyróżniający się pośród innych przejazdów.

Do momentu, aż spojrzeliśmy przez okno. To co zobaczyliśmy odjęło nam mowę. Mijane szczyty wyglądające jak wielkie, porośnięte głazy, porozrzucane przez nadgorliwego boga, wraz zachodzącym słońcem tworzyły niezwykły, majestatyczny i magiczny obraz. Linia kolejowa wije się dolinami pomiędzy tymi górami, niejednokrotnie przechodząc tunelem przez całe łańcuchy. I gdy jedzie się w ciemności tunelu przez 10 minut, by na 30 sekund wyjechać na powierzchnię, zostać zaatakowany niesamowitym widokiem i znów zanurzyć się mrokach – to niemal jak siedzenie w kinie w oczekiwaniu na kolejny piękny kadr. Trudno to opisać słowami, zaś zdjęcia – jak się można domyślić – nie oddadzą tej niesamowitości.

Wspomniane widoki były na początku wpisu

Do Luang Prabang dojechaliśmy już nocą. A co zastaliśmy na miejscu – opiszemy w następnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *