Gdy po raz trzeci wylądowaliśmy w Bangkoku, poczuliśmy się niemal jak powracający do domu, po długiej podróży. Nie powiemy, że znamy to miasto jak własną kieszeń, ale zdecydowanie już je „czujemy”. I tak się zastanawiamy, czy jesteśmy już mieszkańcami bangkoku? Bangkokańczyk i Bangkoańczykówna? Bangkokowczyk? Bankgkówka?
Hmm… Internecie na pomoc!
Poprawna forma to Bangkokijczyk i Bangkokijka – zapamiętać sobie do krzyżówki (by było łatwiej zapamiętać, trzeba skojarzyć sobie, że Bangkokijka nie ma kijka…chociaż to Tajlandia, to pewności nie ma).

Nasze rozważania zaprowadziły nas do zasadniczego pytania – czy mieszkańcy każdej stolicy mają swoją nazwę po polsku, która ich określa? Co na przykład z mieszkanką Buenos Aires* – Buenos Aryjka? Zważywszy na ilość niemieckich emigrantów po 1945 roku, nie jest to wykluczone…
*nie ma polskiego odpowiednika, stosuje się określenie „mieszkaniem Buenos Aires
Świątynia Wschodzącego Słońca
Wat Arun Ratchawararam Ratchawaramahawihan (วัดอรุณราชวราราม ราชวรมหาวิหาร), albo dla tych, co wolą iść na skróty: Wat Arun to świątynia położona w centrum Bangkoku. Jej nazwa oznacza Świątynia Wschodzącego Słońca, aczkolwiek ponoć najlepiej wygląda, gdy słońce zachodzi. Zbudowana już w XVII wieku, chociaż centralny prang (ten szpic) został skonstruowany w XIX wieku – podczas panowania Ramy II i Ramy III.

Wybraliśmy się tam, ponieważ ostatnim razem się nam nie udało (tzn. raz prawie się udało spędzić tam wieczór ale zamknęli nam prom przed nosem i nie mieliśmy jak się dostać na drugą stronę rzeki), a Niebieska tak rozplanowała loty, by czas przesiadki był wystarczający na spędzenie jeszcze jednego dnia w Bangkoku.

Dotarliśmy tam w środku dnia, więc ani wschodu, ani zachodu nie uświadczyliśmy. I być może ten fakt, oraz to, że było bardzo gorąco, wpłynęło na nasz odbiór tej świątyni. Nasz odbiór można określić: Jest OK. Szaleństwa nie ma, ale to było już po sporej ilości świątyń, które widzieliśmy, które oferowały o wiele więcej. Nawet w samym Bankgoku! Nie rozumiemy zatem za bardzo z czego wynika to zaaferowanie się własnie tą świątynią. Być może jest dobrym obiektem do robienia sobie zdjęć o zachodzie słońca i podobno wtedy najpiękniej wygląda. Faktem jest, że jak tam byliśmy to ponownie żar lał się z nieba, a brzuszek krzyczał by wrzucić do niego jakieś nudle. Dzieciom jak zawsze podobał się fakt, że mogą (w zasadzie to muszą, ale to inna kwestia) zwiedzać bez butów i to, iż można było wejście praktycznie wszędzie i po wszystkich schodach.







Aurora, podążając za Baltazarem, także zapragnęła robić zdjęcia i koniecznie chciała odwiedzić wystawę, która ma miejsce w budynku przylegającym do kompleksu. Można na niej zobaczyć archiwalne zdjęcia świątyni z XIX wieku.
Co jest wyjątkowe w tej świątyni, to fakt, że można do niej dopłynąć łódką, a w cenie biletu dostaje się także wodę.














Taxi rzeczne
Tak, w Bangkoku funkcjonuje komunikacja publiczna łodziami. I o ile wcześniej narzekaliśmy na niedoskonałość systemu metra nadziemnego i ogólnego długiego czasu przemieszczania się w Bangkoku z punktu A do punktu B, to podróż kanałami zdecydowanie ten proces przyspiesza.

Tym razem nie była to nasza pierwsza wyprawa – opisywany we wpisie Mniszek lekarski Dom Jima Thompsona leży nad kanałem i to przy samym przystanku (tam też poszukiwaliśmy kesza). Gdy zdecydowaliśmy się złapać łódź w stronę centrum, zupełnie nie wiedzieliśmy jak to się obsługuje.
Zacznijmy od tego, że Bangkok nazywany jest Wenecją Wschodu. Khlong (คลอง) – bo tak się określa te kanały to 1682 kanałów o łącznej długości 2604 km! A było ich więcej – były głównym ośrodkiem do transportu. Można było nimi płynąć, można było zrobić zakupy na pływających marketach (floating market), ale także były miejscem zrzutu nieczystości. Obecnie większość z tych kanałów zostało zasypanych, ale wciąż jest ich spora liczba, a transport wciąż jest żywy.
Z racji rozbudowania tego systemu, długo nam zajęło zorientowanie się w planie kanałów i systemie przewoźników. Koniec końców – zdecydowaliśmy się wsiąść do pierwszej lepszej łodzi i zapytać, czy płynie w kierunku, który nas interesuje – a kierunek znaliśmy dzięki mapom w telefonie (jakże pasjonujące musiało być zwiedzanie w erze przed GPS). Co prawda na przystankach łodziowych (łodziowatych?) znajdują się plany z rozpiską transportu rzecznego, ale w tamtym momencie nawet nie mogliśmy się zgodzić do końca co do kierunków świata (słoneczko grzeje mocno w Tajlandii, a czasem zdarza nam się zapomnieć nakryć głowy).



Dotarliśmy, gdzie chcieliśmy i uznaliśmy, że trzeba było wcześniej zwrócić uwagę na ten sposób transportu. Przejazd jest szybki, głośny i tani. Dzieci były jednocześnie zadowolone (ale szybko!) i zniechęcone (za bardzo hałasuje!) ale zgrabnie wskakiwały i wyskakiwały do/z łodzi na przystanku. Jest tam zawsze jakiś zaganiacz który wszystkich pospiesza.




Przemieszczanie się tą mniejszą łódką to wspomnienie z „Bangkoku po raz pierwszy”, zaś tym razem pływaliśmy po głównej rzece Bangkoku – Menam.
Z racji rozmiarów – tam łodzie są znacznie większe – mogą pomieścić kilka razy więcej pasażerów, aniżeli te pływające po kanałach.
Znacznie większe też są przystanki, gdzie można wejść na taką łajbę – jest infrastruktura (BEZ TOALET!), kasy biletowe, poczekalnia i kilka punktów, gdzie można zakupić cos do przekąszenia.

Bilety nie są tanie – nas kosztowało 60 bathów od osoby. Niebieska linia, z której korzystaliśmy, odjeżdża niby co 30 minut. Niby – ponieważ są to orientacyjne czasy. Gdy musieliśmy szukać toalety w pobliskiej świątyni, to łódź, która miała być za 20 minut, przypłynęła po 5 minutach. Zaś na kolejną przyszło nam czekać 30 minut (tak, przez brak toalety przegapiliśmy jedną).
Koniec końców niewiele czasu oszczędziliśmy, ale było to nowe doświadczenie i możliwość oglądnięcia miasta z perspektywy rzeki.










Pociąg do przygody
Rozdział pod tytułem Tajlandia zbliża się ku końcowi. Tym nasza dalsza wyprawa odbędzie się drogą lądową – przejedziemy się pociągiem. Odległość pomiędzy Bangkokiem (stolica Syjamu) a Wientian (stolica Laosu) wynosi jakieś 650 km, czyli tyle co trasa Gdańsk – Kraków przez Warszawę (stolica Lechistanu). Przejazd pociągiem tej polskiej trasy to obecnie jakieś 5 godzin. Dla tajskich kolei, ta trasa to niemal dwa razy tyle. Dlatego też zdecydowaliśmy się wziąć kuszetkę.

Nie jest to pierwszy raz, jak wybieramy się z dziećmi kuszetką. Szkoda, że są kabiny jedynie na 4 łóżka. Zdecydowaliśmy się na odrobinę luksusu i wykupiliśmy 5 kuszetek. Oznacza to, że Niebieska z Tamarą zajmą osobne łóżko w osobnej kabinie, zaś ja ze starszakami i całym bagażem zajmę drugi przedział.




Baltazara usadowiliśmy na górnej pryczy – zawsze jest to ciężki wybór, bo dzieci śpią w nocy jak małe pralki na wirowaniu. Niestety stało się to, czego się obawialiśmy – spadł w nocy. Na szczęście przejście było wyładowane naszymi bagażami, więc nieco zamortyzowało upadek i zmniejszyło odległość do podłogi. Jak tylko to usłyszałem i zszedłem do niego, to Baltazar, na w wpół śpiąco stwierdził: „spadłem jak meteoryt”. Co całkiem nieźle podsumowuje jego lot i huk jaki nastąpił.
Zanim jednak się wybierzemy na pociąg musimy odzyskać bagaże.
Pytacie – jak to odzyskać? Sytuacja, która miała miejsce wynikała z braku komunikacji i w sumie jest bardzo w naszym stylu.
Ten jeden dzień w Bangkoku, to był jeden dzień i jedna nocka. Skorzystaliśmy z tak zwanego guest-house, czyli domu gościnnego, gdzie do dyspozycji są pokoje w czyimś domu. Chociaż z tego co widzieliśmy, to był cały dom przerobiony na pokoje mieszkalne – więc był to hostel? Trudno stwierdzić, zaś kłótnię o nazewnictwie zostawimy magistrom po hotelarstwie.

Hostel, czy nie – chcieliśmy poprosić o możliwość przechowania naszych bagaży po wymeldowaniu – pociąg był wieczorem, a my mieliśmy w planie zrobić ostatnią rundę zwiedzania (jak możecie przeczytać – z powodzeniem). Niestety, rano nie spotkaliśmy nikogo w całym budynku. I nikt się nie pojawił przez kilka godzin – więc po wysłaniu wiadomości przez wszystkie możliwe formy komunikacji – zaryzykowaliśmy i zostawiliśmy nasze rzeczy w pokoju.
Po powrocie jednak zastaliśmy zamknięte drzwi do budynku. Przed drzwiami wejściowymi znaleźć można typową dla wynajmowanych miejsc skrytkę na klucz chronioną kodem. Moim pierwszym instynktem było – trzeba użyć swoich zdolności i rozgryźć kod do tejże skrytki. Na szczęście mam swoją drugą połówkę, która zasugerowała próbę kontaktu z wynajmującą. Niestety – nie dostałem żadnej odpowiedzi na próby połączenia z tajskiego numeru telefonu. Byłem gotowy się poddać (by spróbować metody brute force), ale przyszła mnie myśl, że taniej będzie spróbować się skontaktować z polskiego numeru, aniżeli stracić na zakup nowych biletów. I sukces! Okazało się, że najwyraźniej mój tajski nie jest wystarczająco dobry, by zrozumieć, ze z jakiegoś powodu nie mogę wykonać połączenia telefonicznego z mojej tajskiej karty.


Udało się odzyskać bagaże i jedyne co nas czekało, to wybranie się na dworzec kolejowy.
A jechaliśmy tam na wpół przygotowani – do Laosu wymagana jest wiza, którą uzyskuje się na miejscu. Jednak do tego wymaga przygotowanych, fizycznych zdjęć (to znaczy, okazało się, że można na miejscu zrobić, ale to kosztuje niemały grosz). I mieliśmy przygotowane jeszcze w Polsce zdjęcia, ale jakimś dziwnym trafem zdjęcia Niebieskiej się gdzieś zawieruszyły.
Ruszyliśmy zatem na poszukiwanie fotografa (i punktu ksero do wydrukowania biletów kolejowych). O tym, jak się te bilety zdobywa opowiemy w następnym odcinku. Już sami nie wiemy czy mamy się dziwić temu, że u fotografa nie można było sobie zrobić zdjęć, bowiem jedyna osoba potrafiąca obsługiwać aparat była akurat nieobecna (?).
Za to poszukiwania wspomnianych punktów zaprowadziły nas w całkiem nowe rejony Bangkoku. Przede wszystkim ruszyliśmy tam wodną taksówką – dzień powoli chylił się ku końcowi, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na wezwanie zwykłej taxi i spędzenie kilku godzin w korkach – bo wierzcie nam, tak wyglądają podróżowanie samochodem po Bangkoku w okolicach godzin szczytu – nie polecamy.





Trochę cofnęliśmy się w czasie, teraz pora wrócić do wyjazdu! Wieczorna wyprawa na dworzec kolejowy odbyła się bez przeszkód. Dopiero na miejscu zaczęły się one przed nami piętrzyć. Okazuje się, że pracownicy punktu informacji na miejscu nie wiedzą zbyt wiele. Ale wiedzą, że na miejscu nie ma bankomatu, który wydaje dolary amerykańskie, ani nawet kantoru! Potrzebowaliśmy dolarów, by zapłacić za wizę. Albo tak nam się wydawało – koniec końców można było zapłacić w tajskich batach. Ale niepewności mieliśmy sporo.
Samo pakowanie się do pociągu minęło bardzo płynnie. Rzecz jasna należy być odpowiednio wcześniej. Mieliśmy zatem przed sobą kilka godzin na bangkokijskim (przypominamy, że jest toprawdziwe słowo) dworcu pociągowym i zgraję nabuzowanych dzieciaków. Ale na to byliśmy zawczasu przygotowani! W tajemnicy przed nimi zakupiliśmy kreatywne zabawki których do tej pory im nie dawaliśmy i pierwszy raz dostały je do ręki dopiero na dworcu. Załatwiło nam to prawie 4 godziny spokoju, były nimi zafascynowane do tego stopnia, że wszyscy zasnęli bawiąc się nimi w swoich kuszetkach.


Kiedy nadszedł czas nasza banda załatwiły nam ominięcie kolejki oczekujących przed bramką -taką jak w samolocie czyli inwalidzi, kobiety w ciąży i dzieci idą przodem. Bilety sprawdzane są kilkukrotnie: przed wejściem przez bramkę, przed wejściem do pociągu, potem w pociągu po usadowieniu się na kojcach i na następny dzień. Dlatego sugerowane jest wydrukowanie biletów!
Wraz z otwarciem oczu – pożegnaliśmy Tajlandię. Do zobaczenia innym razem!





Dodaj komentarz