Spotkaliśmy dużego, obrażonego Buddę. Dlaczego się obraził? Czyżby widział jak z każdą kolejną decyzją życiową oddalasz się od nirvany i wędrujesz w karmicznej ścieżce ku kaczce (wszak to maks, co może z innych być)? Ej obrażony Buddo, nie bądź zły… zarzuć focha i weź się przytul, a wszystko będzie dobrze!
Khao Lak
Khao Lak (เขาหลัก) to mała mieścina położna na zachodnim brzegu Tajlandii. Nazwa Khao Lak oznacza Główną Górę – więc to powinno rozwiać wątpliwości co do sugestii jeziora w nazwie (osoby mówiące po tajsku raczej nie są zaskoczone). Nazwa wynika z faktu, że pobliski szczyt był najwyższym w okolicy i służył ludziom morza jako punkt nawigacyjny.

Dla nas stał się przystankiem na spływ na bambusowych tratwach (o tym za chwilę), ale jest to zasadniczo kolejna turystyczna wioska, jakich niemało w Tajlandii. Dlaczego więc o niej wspominamy i poświęcamy jej trochę więcej czasu?
A to z powodu tego, co zdarzyło się pod koniec roku 2004, a dokładnie …
Tsunami
W pobliżu zachodniego wybrzeża północnej Sumatry w Indonezji 26 grudnia 2004 roku o godzinie 7:58:53 czasu lokalnego zatrzęsła się ziemia. Ziemia pod wodą zatrzęsła się z magnitudą szacowaną na 9.2-9.3 w skali Richtera. Epicentrum znajdowało się około 30 km pod poziomem morza, gdzie dwie nastąpił uskok megatrustowy – gdy płyty oceaniczne ulegają subdukcji pod płytami kontynentalnymi.

Wskutek tego zdarzenia powstały fale tsunami, które zebrały żniwo szacowane na 230 tysięcy ofiar w basenie Oceanu Indyjskiego. Tragedia ta nie ominęła Tajlandii, gdzie dziesiątki tysięcy mieszkańców jak i turystów zginęło tragiczną śmiercią. Tsunami nie patrzyło na status i nawet wnuk panującego króla nie wrócił z morskiej wyprawy tamtego feralnego dnia. Kiedy w Syjamie mówi się o samotnej fali to chodzi właśnie o to z początku wieku, tsunami przez duże „T”.
Tak duża liczba ofiar wynikała z całkowitej niewiedzy co do zbliżającego się niebezpieczeństwa. Nie było systemów ostrzegania, kraje leżące w basenie Oceanu Indyjskiego nie miały wspólnej sieci szybkiego reagowania i dzielenia się informacją. Dopiero po tej tragedii zostały wprowadzone wspomniane sposoby ostrzegania. I to właśnie widzieliśmy, gdy po raz pierwszy przylecieliśmy do Tajlandii – słupki informujące o kierunku ucieczki przed tsunami, znaki, nagłośnienie. Dopiero po czasie te sprawy się ze sobą powiązały w naszych głowach.

W samym Khao Lak szacowana liczba ofiar waha się pomiędzy 4 a 10 tysiącami – niedokładność wynika z faktu, że mieszkało w tej okolicy wielu nielegalnych uchodźców z Birmy. Fala sięgnęła niemal 2 km w głąb lądu – czego naocznym dowodem jest łódź patrolowa numer 813 (Tor 813) rzucona aż 1.25 km od brzegu. I to właśnie tam powstało muzeum upamiętniające to wydarzenie i ofiary, które zginęły tego dnia.
Wspominamy o tym wszystkim, by uświadomić komukolwiek, kto będzie w tej okolicy, że jest takie miejsce, któremu warto poświęcić swój czas, by pochylić się nad kruchością ludzkiego żywota.
No ale my tego nie zrobiliśmy – nie starczyło nam czasu. Podróż powrotna się rozciągnęła i z licznymi przystankami zawiodła nas do ostatniej rozrywki, którą zaplanowaliśmy (no dobra, którą Niebieska zaplanowała) na ten nasz czas tutaj. Czas na …
Bamboo Rafting
Co to takiego? Zasadniczo tym, co mówi tytuł – jest spływem na tratwie z bambusa. Spływ ma miejsce na najspokojniejszej rzece na świecie. A przynajmniej tak to się wydawało.
Ale od początku.

Wybraliśmy ten spływ ze względu na cenę. I tak to nie było tanie jak na taką aktywność (bierność? Wszak tylko siedzieliśmy, ktoś inny machał patykiem), ale kwoty, które są proponowane przez niektórych pośredników woła o pomstę do nieba. W przypadku naszej rodziny to wyszło po 60 pln za dorosłego (dzieci do 7 roku życia nie płacą).
Mimo niskiej ceny wszystko wyglądało porządnie – do dyspozycji były kapoki (nie kołpaki, stupid brain) rozmiarów od najmniejszych do normalnych (w końcu takie, które Tamara mogła ubrać i się nie wstydzić na dzielni!). Poza tym cała baza wypadowa, tuk-tuk do podwiezienia na miejsce rozpoczęcia spływu, no i tratwy.



Tratwy, to związane kilkanaście bambusów, z ławeczkami zrobionymi z mniejszych kawałków bambusów. Trzeba oddać, że zgodność z zapowiedzią mieli na poziomie 100%.
Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy – najwyraźniej zbyt dużo pięknych twarzy, to za dużo jak na jedną tratwę. Dlatego przygotowani jak tylko się dało – wszyscy w strojach kąpielowych, z nałożonymi kapokami i najpotrzebniejszymi rzeczami w wodoodpornej torbie – usadowiliśmy się wygodnie na wspomnianych ławeczkach. Dużo z dziećmi wcześniej rozmawialiśmy na temat zachowania na łodziach – wszak nie chcemy by ktoś wpadł do wody, dlatego ważne by się dobrze trzymać i nie szaleć za bardzo.
I ruszyliśmy!



Emocje sięgały zenitu, gdy tratwy nieśpiesznym tempem ruszyły wraz ze strumieniem. Okazało się, że będzie to spływ tempem spacerowo-truchtającym. Nie jest to jakaś wada – szczególnie jak się ma pod opieką małe dzieci, aczkolwiek nasze przygotowanie wydało się w tym momencie śmiesznym.
Ale – lepiej za bardzo się przygotować, niż później żałować!
Spływaliśmy sobie zatem niespiesznie, nasi gondolierzy za pomocą bambusowych (a jakże) patyków odpychali od dna i zręcznie kierowali łodzie na wyznaczonych ścieżkach. Niekiedy woda była sztucznie wzburzana kamiennymi kanałami, ale to były jedyne momenty, gdy nasze pośladki doświadczyły wody.



Po drodze za to widzieliśmy kilka węży odpoczywających sobie na gałęziach nad naszymi głowami i sporo lokalnych ludzi zażywających kąpieli w tej czystej wodzie.
Dopływając do końca minęliśmy wręcz osadę namiotową z huśtawkami i hamakami nad wodą.
Długi dzień w samochodzie tylko utwierdził nas w tym, że dobrze będzie skorzystać z okazji i wejść do wody. I choć temperatura była bliżej charakterystyki strumienia, to nikt sobie nie odmówił przyjemności.





Słoń, który nie jechał koleją
Jadąc na spływ tratwami bambusowymi zobaczyliśmy przed sobą dosyć osobliwy obrazek – dostaliśmy naoczny dowód, że słonie jeżdżą ciężarówką. Niby to się wydaje oczywiste, jeśli by ktoś poświęcił chwilę nad problemem transportu słoni, ale widzieć to na własne oczy – tę we wszystkie strony machającą trąbę, niczym peryskop zerkającą nad kabiną – obraz wielce osobliwy. Dlatego teraz i Wy możecie zobaczyć jak to wygląda. (Pozdrowienia dla Vitora bez „k”, które też widział na żywo takie cuda tylko, że na Indonezji).

Masaż
A czy wiecie, że tajski masaż znajduje się na liście niematerialnego dziedzictwa kulturalnego UNESCO? Nie? To teraz już wiecie. Zatem możemy śmiało stwierdzić, że nasza lista UNESCO właśnie łapie kolejny punkt! A do tego zrelaksowane plecy. Trzeba dodać, że Aurora również bardzo sobie upodobała masaże – a teraz prosi o wyjście na manicure – rośnie nam mała dama!

Przyjmuje się, że miejscem narodzin masażu tajskiego jest świątynia w Bangkoku Wat Pho (wspominaliśmy już o niej we wpisie Miasto Popcorn). Ale to chyba Tajowie tak mówią, bo inne podania wspominają o Indiach jako źródle pochodzenia. Być może każdy ma rację i masaż tajski narodził się w Tajlandii, a indyjski w Indiach (jak z irlandzką whiskey i szkocką whisky).
Jakkolwiek by nie było, ten masaż różni się od klasycznego. Przede wszystkim do masowania wykorzystuje się nie tylko dłonie, ale łokcie, kolana i stopy. Do tego angażuje się całe ciało poprzez różne rozciągania – zwiększając elastyczność i zakres ruchów. Głęboki masaż mięśni, akupresura i mobilizacja stawów, to niektóre z technik w nim stosowanych. Innymi słowy – jest to masaż „mocny”, gdzie nie tylko leży się plackiem, ale zostaje się powyginany w różne strony.

Nie wszyscy lubią tak intensywny typ masażu, ale ze swojego doświadczenia mogę go z pewnością polecić. Moja teściowa raz spróbowała i więcej już tego nie powtórzy.
A jest gdzie spróbować. Praktycznie przy każdej plaży znaleźć można punkty masażu. W mieście, przy deptakach, a nawet na lotniskach! Dlaczego by więc nie skorzystać?
P.S. Normlana cena to 300-400 bathów za godzinę (czyli około 30-40 pln) za godzinny masaż. Ale zauważyliśmy, że trzeba pilnować czasu, bo niekiedy masażystki lubią uszczknąć sporo minut i skracają sesję nawet o kwadrans.

To może na plażę?
Tutaj zrobimy małe zestawienie plaż, które odwiedziliśmy, może to dla kogoś będzie podpowiedzią przy wyborze miejsca zatrzymania?
1. Ao Yon Beach – położona w południowo-wschodniej części wyspy Phuket. Wcześniej wspomnieliśmy o niej we wpisie Wszystkie domy Tajlandii, ale nie zaszkodzi tu ponownie o niej powiedzieć. Jest to mała plaża, która zasadniczo jest przedzielona na dwie części przez wzgórze wychodzące do morza. Można się dostać z jednej części na drugą, ale nie z wózkiem i raczej nie suchą stopą (chyba, że jest odpływ) – ale warto mieć ochronne buciki na nogach – jest dużo ostrych kamieni i kawałków rafy. W ogóle te kawałki rafy koralowej są problemem na wszystkich plażach, więc tę wadę od razu do każdej plaży przywołam.
Jest to spokojna plaża, bez tłumów i z raczej ograniczoną infrastrukturą (tu mówimy o jednej z dwóch części, na której się zatrzymywaliśmy). Jest czysta, w miarę głęboka i fale nie są zbyt duże – więc z małymi bobasami jest całkiem przyjemnie. Dodać należy, że jest to plaża prawiebezturystyczna, można naprawdę zrelaksować się z dala od tłumów i to żeśmy czynili średnio raz na dwa dni, bo była to nam najbliższa plaża. Szczególnie nasiliły się nasze wizyty, gdy zabrakło wujka Mikołaja i jego „najlepszego basenu na świecie”.
Wracaliśmy też tam często, by przekonać się, czy może powrócił utęskniony Matcha-Man (to nasz super bohater, który kiedyś, jeden jedyny raz zrobił najlepszą na świecie zieloną herbatę mrożoną Matchę i później już go więcej nie widzieliśmy. Czasem mamy wrażenie, że był tylko matchowym snem).












2. Kamala Beach – kolejna przyjemna, szeroka plaża położona na zachodnim wybrzeżu wyspy. Określana jest jako najbardziej „rodzinna” na Phuket. Niewielkie tłumy turystów (przynajmniej na początku sezonu gdy my tam byliśmy), spokojne fale, czysty piasek – wszystko się składa na obraz, który faktycznie mógłby potwierdzić takie określenie.
Jest to plaża, gdzie po raz pierwszy miałem okazję pobiegać z Baltazarem dłuższy odcinek. Sama plaża ma trochę powyżej 3 kilometrów długości, więc jest gdzie rozciągnąć nogi. Tutaj też zarówno Aurora i Baltazar skorzystali z możliwości masażu na plaży (jest co najmniej kilka stanowisk) – i nie trzeba chyba dodawać, że bardzo im się to podobało. Bywaliśmy na niej rzadziej, niż można by się spodziewać – a to przez fakt, że mieliśmy basen do dyspozycji w naszym hotelu.







3. Yanui Beach – Najmniejsza plaża jaką widzieliśmy. Mieliśmy tutaj tylko krótki przystanek by poszukać kesza ale i tak się wypowiemy. Plaża jest naprawdę maluteńka, a przy tym bardzo zatłoczona. Na miejscu jest gdzie zaparkować i co zjeść. Zdecydowany plus to fakt, że połowa plaży jest zalesiona przez palmy, więc można się skryć w cieniu na hamaku.
My tutaj zajechaliśmy przy okazji odwiedzenia pięknego punktu widokowego na Promthep Cape. Wysokość tam jest znaczna, przespacerowaliśmy się na sam koniec cypelka, gdzie dzieci mogły z wyższością patrzeć na wszystkie mijane łodzie. Trochę im było smutno, że im ludzie na łodziach nie odmachali, ale na ich usprawiedliwienie trzeba zaznaczyć, że odległość była duża więc najpewniej nas nie widzieli.





4. Nai Han Beach – plaża, na której byliśmy raz. Spędziliśmy tam pół dnia. Było to podsumowanie dnia poszukiwania keszy. Plaża zdecydowanie z tych bardziej popularnych. Do dyspozycji jest spory parking na samochody, większe restauracje (z rosyjskim menu, zamówiliśmy więc ruskie – pierożkowi wymiatacze wymietli swoje porcje – oraz barszcz, który bardzo smakował Tamarze) , stanowiska z leżakami i nawet stanowisko ratownika!
To ostatnie wydaje się tu wymaganiem, ponieważ fale są zdecydowanie większe, aniżeli te na innych przez nas odwiedzonych plażach (z cyklu tych co może porwać i dorosłego). Rzecz jasna to sporo zabawy dla dzieci, ale jest to jednocześnie sytuacja, gdzie nie ma szans na zrelaksowanie się i nie patrzenie za dziećmi. My tam generalnie się stresowaliśmy odliczając ciągle do czterech. Do tego Tamara poczuła wtedy zew wody i bardzo ją ciągnęło na spacery w stronę morza – nawet mimo wielokrotnych przewróceń od uderzenia fali. Morski to stwór, widać po niej że urodzona w Trójmieście!


5. Tri Trang Beach – plaża o której rozmawialiśmy już we wpisie Święta tropikalne, życie (nie)zwyczajne. Więc tu pójdziemy na skróty – chyba najlepsza plaża, którą odwiedziliśmy. Jedyny mankament, to jej położenie – znajduje się w dosyć odludnym miejscu, gdzie dotarcie wymaga sporej wspinaczki po wzgórzu – skutecznie by zniechęcało, gdyby się miało hotel gdzieś w okolicy.
Ale to jedyny minus, reszta – wygrywa. Spokojnie, małe fale, długi spadek do wody, piękny piasek, darmowe prysznice i basen przy plaży, restauracje i nawet darmowe leżaki.
No i Tamara obchodziła tam swoje pierwsze urodziny – czy można bardziej zareklamować jakieś miejsce?



Największy „foch” na Phuket
Przebywając na Phuket co jakiś czas swoją twarz pokazuje biały Budda, usytułowany na szczycie wzgórza i skierowany w kierunku centrum wyspy. Jest to kolejny punkt, który zdecydowaliśmy się odwiedzić, a dzięki temu, że mieliśmy do dyspozycji samochód, mogliśmy to zrobić w miarę sprawnie.

Zabraliśmy ze sobą wujka Mikołaja, więc dzieci były bardzo ucieszone, zaś samochód jeszcze bardziej obciążony. Tyle razy Śniochu był już na Phuket, ale jeszcze nie dane mu było zwiedzić ten centralny posąg, więc to miał być wielki przełom w jego turystycznych zapędach na wyspie. No właśnie, miał być ale…
Dostęp do Buddy jest zamknięty.
23 Sierpnia 2024 roku nastąpiło obsunięcie się ziemi spod statui. Zginęło 13 osób, zaś ponad 200 rodzin zamieszkałych u podnóża góry straciło swoje gospodarstwa. Nie ma oficjalnych informacji o przyczynach obsunięcia, ale mówi się o nielegalnej rozbudowie infrastruktury dookoła posągu, które spowodowały dodatkowe wylesienie, a przez to osłabienie struktury wzgórza.
Nie można podejść pod sam posąg, ani obejść go dookoła, ale można podjechać na punkt widokowy zaraz obok i tam się przyglądnąć białemu Buddzie. Albo zasadniczo jego plecom. Z naszej perspektywy wygląda na takiego siedzącego, obrażonego i zawiedzionego działaniom swoich wyznawców Buddę. Także mamy tutaj widok od tyłu-strony, no weź odbraź się 😉
Ale widoczek z góry bardzo przyjemny, a i Mikołaj może powiedzieć, że w końcu wybrał się na buddozwiedzanie!






Dodaj komentarz