[038] Kolory północy: Niebieski

Czy ktoś potrafi zgadnąć, jaki jest ulubiony kolor Niebieskiej? Ktokolwiek? Nie? A to szkoda…

A teraz z całkowicie niezwiązanej z powyższym pytaniem strony, porozmawiajmy o świątyniach.

Dojazd

Nasz cel znajduje się na obrzeżach Chiang Rai – można by rzec, że to już kolejna miejscowość. By się tam dostać, musieliśmy skorzystać z jakiejś formy podwózki. I wtedy upolowaliśmy JEGO – niebieskiego tuk-tuka. Mówiliśmy, że będzie niebiesko w tym odcinku, więc początek też musi być niebieski!

Czy ktoś widział tuk-tuka?

Nim jednak się porwaliśmy na polowanie na tuk-tuki, zaglądnęliśmy do restauracji przyhotelowej (nie naszego hotelu). Dlaczego o tym wspominamy? Bo to była restauracja, która miała EUROPEJSKIE śniadania z wypiekanym na miejscu EUROPEJSKIM chlebem. Po prawie 2 miesiącach żywieniem się gąbczastym chlebem tostowym, ten powiew normalności przywitaliśmy z otwartymi rękami (i buziami). Na domiar dobrego, restauracja miała piłkarzyki, więc w oczekiwaniu na jedzenie Baltazar z Aurorą rozgrywali mecz za meczem. Makary niestety nie czuł się tego dnia najlepiej, więc kimał sobie w loży, zaś Tamara w wózku, więc do tego wszystkiego śniadanie było spokojniejsze.

Od teraz najfajniejsze restauracje, to te, które mają piłkarzyki

Po śniadaniu upolowaliśmy, wspomnianego wcześniej niebieskiego potwora i ruszyliśmy do niebieskiej świątyni. W gwoli doprecyzowania te północne powozy są jednak inne niż te bangkokijskie, bo mieści się tam 6 turystów, lub 10-12 Tajów.

Wat Rong Suea Ten

Albo วัดร่องเสือเต้น znana również jako Niebieska świątynia, której budowę zainicjowano całkiem niedawno, bo w 1996 roku (bagatela 28 lat temu… ale ten czas szybko płynie, nie?), na miejscu zrujnowanej, nieużywanej świątyni. W prawdzie budowy nie rozpoczęto przez kolejne 11 lat, zaś otworzona do zwiedzania jest od 2016 roku (czyli 11 lat budowy). I niech ktoś zacznie narzekać na opieszałość polskiej administracji.

Widok od wejścia dla służby, ale widać jak niebiesko!

Budowę zaprojektował lokalny artysta Phuttha Kabkaew (พุทธา กาบแก้ว), który uczył się od (mówiłem, byście zapamiętali imię!) Chalermchai Kositpipata – tak, tego samego od Białej Świątyni.

Obydwoje zaś tworzą w stylu, który obecnie nazywa się neo-tradycyjnym (ładny oksymoron, nie?).

Swoją drogą nazwa świątyni tłumaczona przez Internet to Taniec Tygrysi. Rzecz jasna jest to takie zgadywanie, skoro nie mówimy po tajsku. Nie zmienia to faktu, że ta nazwa pochodzi od świątyni, na której powstała. Okazuje się, że było to miejsce, gdzie było dużo dzikich zwierząt, szczególnie tygrysów, które skakały przez kanał i polowały na ludzi. Siłą rzeczy ludzie poszukiwali rozwiązania problemu, nawet jeśli to będzie próba uzyskania przychylności niebios.

Po przyjeździe pod bramy świątyni powitała nas niebieska poświata bijąca od przybytku. Dopiero przeglądając zdjęcia, bogatsi w powyższą wiedzę, jesteśmy w stanie dojrzeć powiązania z Białą Świątynią. Wcześniej to wyczuwaliśmy i wydawało nam się, że są całkiem podobne, a teraz już wiemy dlaczego.

Ten neo-tradycyjny styl nieźle nam namieszał w głowach.  Niby wiedzieliśmy, że to nie jest tysiącletnia świątynia, ale jednak nie znając kontekstu trudno nam powiedzieć ile z tego, co patrzymy ma podłoże w buddyzmie, w historii lub tradycji a ile to wymysł autora. Zatem słoń z trzema głowami, ułożonymi jedna na drugiej to motyw, który w Tajskiej sztuce pojawia się często, czy nie?

Jaki by nie był kontekst, to świątynia robi wrażenie. Zarówno zdobienia jak i psychodeliczne murale na ścianach.

Niebiesko mi

I to wrażenie robi nie tylko na nas – okazuje się, że sporo tu trafia influencerów i innych wytworów cyfrowej rzeczywistości. Zatem kolejki by zrobić sobie uduchowione zdjęcie z filtrem przed Buddą szybko się wydłużają i nawet obsługa ma problem z popędzeniem narcyzów ku szybszemu załatwianiu swoich spraw. My wykorzystaliśmy fakt, że dzieci „wbiły się w kolejkę” i zajęły miejsce centralne przed wszystkimi. Z przepraszającymi minami cyknęliśmy kilka fotek i pogoniliśmy towarzystwo. Czasem tak bywa, ale zarówno jak na drogach, tak i w świątyni, Tajowie wykazuję niezwykłą wręcz ilość tolerancji oraz spokoju, więc skupiliśmy się tylko na tych patrzących z maślanymi oczy na człapającą Tamarę (jest w tym bezbłędna).

Zanim w ogóle weszliśmy do środka to zobaczyliśmy ludzi w tradycyjnych strojach robiących sobie zdjęcia przy budowli. Dzieciom od razu się zaświeciły oczka, ze one tak samo chcą ale niestety nie udało się tym razem. Było bardzo gorąco, żar się lał z nieba i z nas, a do tego byliśmy pod presją czasu. Zostaliśmy zmuszeni zatem do złożenia dzieciom obietnicy (a wiadomo, że to rzecz święta), że w innym miejscu się przebierzemy i tylko pod tym warunkiem zgodziły się dalej współpracować.

Niebieska świątynia jest zdecydowanie mniejsza niż Biała, więc po przejściu dookoła głównego budynku skierowaliśmy się do muzeum.

I tu warto zaznaczyć, że to dzieci bardzo chciały pójść do muzeum i to też one wymusiły na nas odwiedziny. Być może rysunki tygrysów miały coś do rzeczy, ale to nie istotne – liczy się fakt, że to dzieci chciały iść do muzeum. I kto może coś takiego jeszcze powiedzieć?

Do biegu, gotowi…

Chiang Rai

Skoro już tu jesteśmy (เชียงราย) to może mały rys historyczny? Zafundowany w 1262 roku przez króla Mangrai było stolicą ówczesnego królestwa przez 30 lat, aż do przeniesienia jej do Chiang Mai. Chiang oznacza miasto, więc można nazwę przetłumaczyć jako Miasto (Mang) rai. Tutaj też Mangrai został pochowany.

Miasto leży na obszarze tzw. Złotego Trójkąta, niegdyś głównego miejsca produkcji opium na świecie – dumne tradycje w mocy.

Coś mało żywotny ten pokaz

Co ciekawe to właśnie tutaj został odnaleziony Szmaragdowy Budda (patrz wpis [023] Listopad roku 2567). Trzęsienie ziemi spowodowało pęknięcie jednego z chedai (taka budowla w kształcie kropli). Inna historia mówi, jakoby Szmaragdowy Budda został pokryty gliną i dopiero trzęsienie ziemi spowodowało pęknięcie skorupy i odsłonięcie cennego znaleziska.

Gdy Tamara nie może usnąć, mimo zjedzenia kolacji i spełnienia wszelkich wymagań kładącego się spać bobasa, wtedy wkracza On – bohater bez peleryny, za to z nosidłem na bohaterskim torsie. W sensie Ja, biorę Tamarę w nosidło i idziemy na spacer. Niejednokrotnie te spacery są dłuższe, ale skuteczność jest niemal 100%.

I taka nocka akurat wypadła w Chiang Rai (tu był mały problem, że spaliśmy całą rodziną w jednym pokoju, więc trudno było wyciszyć wszystkich, by mała mogła w spokoju usnąć).

Spacerując zatem z małą na brzuchu i rozglądając się, niejednokrotnie z tęsknotą za spokojną partyjką bilardu w mijanym pubie, zostałem kilkakrotnie zaczepiony przez płeć piękną. Rzecz jasna Tamara jest magnesem w takich sprawach, lecz chciałem zwrócić uwagę na to, że niekoniecznie byłem pewien, co do faktycznej płci osoby zaczepiającej. Odrzuciłem intratną propozycję: „my się zajmiemy tym słodkim bobasem, a Ty możesz wejść na masaż i się zrelaksować” i ruszyłem dalej, ale wspominam o tym, bo jest to część tajskiej rzeczywistości.

Nawet zegar w mieście świeci na niebiesko

Otóż w Tajlandii funkcjonuje w społeczeństwie trzecia płeć – tak zwani ladyboy’e, czyli chłopaki wyglądające jak kobiety. I co ciekawe jest to traktowane całkowicie inaczej niż na Zachodzie. Tutaj nie robi się z tego wielkiej afery. Nikt nikogo nie piętnuje z powodu wyboru drogi życiowej i nawet koleżanka naszego przyjaciela Mikołaja (pozdro!) mu opowiadała, że kilku chłopaków z jej klasy z czasów szkolnych zostało ladyboyami i jest to całkowicie normalne. Nawet Tajski buddyzm rozpoznaje 3 płcie – męską, damską i właśnie kathoey (chyba, że to tajskie linie kolejowe, wtedy „Tym trzecim” jest mnich).

Wioska żyraf Karen

W latach 80. XX w. w sąsiedniej do Tajlandii Birmie (obecnie Mjanma) miały miejsce walki partyzanckie, które obok „mocnej sugestii ze strony rządu do usunięcia pierścieni” (o nich za chwilę) zmusiły lokalne wioski do migracji, niejednokrotnie za tajską granicę.

Tu powstawały obozy dla uchodźców i pośród osiadających się plemion znalazło się plemię Kayan (albo jak gdzieniegdzie bywa napisane Karen). I chociaż ta druga nazwa narzuca skojarzenie z amerykańską Karen (lub Polską Grażyną), to lepiej sobie pomyśleć o Kobietach-Żyrafach. A tak je nazwał podróżnik polskiego pochodzenia Vitold de Golish i nazwa ta się przyjeła.

To gdzie te żyrafy?

Jest to plemię, w którym kobiety zakładają sobie na szyje kręgi z brązu, które wydłużają im szyję.

Takie wydłużenie może być nawet do 38 cm. Jeśli jesteście ciekawi jak to od strony biologii wygląda, to nieciekawie. Wraz z kolejnymi kręgami, kość obojczyka się deformuje i obniża, klatka piersiowa zmniejsza objętość. Dorzucić do tego problemy z przełykaniem, osłabienie mięśni szyi i obicia, odrapania, czy inne urazy mechaniczne i robi się nieciekawie.

Pojawia się pytanie: ale dlaczego?

Maszyna do nawijania skradła uwagę – szczególnie, że mogli sami pokręcić korobą

Antropolodzy mają kilka teorii: pierścienie były zakładane by bardziej się odróżniać od mężczyzn (wydłużenie i wysmuklenie szyi – dymorfizm płciowy), albo miało to zapobiec by kobiety zostały niewolnikami, albo by były mniej atrakcyjne dla innych plemion. Pojawiały się nawet teorie, jakoby miało to uchronić szyję od ugryzień tygrysa, ale coś mi mówi, że taki tygrys nie zrezygnowałby po jednej próbie i najwyżej próbowałby „wydłubać z konserwy coś do zjedzenia”.

Jaki by nie był powód – jedno z plemion, które urzęduje obok Chiang Rai ciągle to praktykuje.

No i znów pojawia się moralny dylemat – czy to jest etnograficzne zoo? Czy wybierając się tam wspieramy jakąś mafię, która zmusza mieszkańców do ubierania tych pierścieni na szyję? Są wskazówki, które mówią, że nie jest to aż tak opresyjne, jak by mogło być. W 2008 roku część rezydentów przeniosła się do innego obozu uchodźców tych plemion, które nie są otwarte dla turystów do zwiedzania.

Wioska Karen umiejscowiona jest około 20 minut jazdy od Chiang Rai, nie ma możliwości zorganizowania transportem publicznym, trzeba złapać tuk tuka bądź graba, który poczeka na nas w czasie zwiedzania. Teren obozu uchodźców jest udostępniony turystom do zwiedzania. Koszt to około 400 batów od osoby. Zarządza tym jakiś lokalny biznesmen, więc zagadką pozostaje jaka część z tych pieniędzy trafia bezpośrednio do mieszkańców obozu (nie wiem, ale zgaduję).

Trasa jest zaplanowana w ten sposób, że najpierw się przechodzi obok tych najmniejszych plemion, gdzie widać już same starsze pokolenie i kurczącą się społeczność. Na koniec mijając rozebrane na części samochody, przechodzi się do tej najsłynniejszej podwioski, w której swoje stoiska mają kobiety-żyrafy. Dzieci swobodnie przechadzały się pomiędzy kramami chętnie doń zaglądając, dotykając co tylko się dało i usilnie nalegając by kupić wszystko. Wszyscy byli uśmiechnięci, czuło się od nich spokój, każdy na pewno miał tez nadzieję, że uda mu się sprzedać coś ze swojego straganu. My ze swojej strony chętnie też dokonywaliśmy różnych zakupów by wesprzeć lokalne rzemiosło (m.in. dzwoneczki które wybrzmiewają magiczną Azją znalazły już nowy dom w Polsce), najwięcej było chust i tkanin, które kobiety tkały  w czasie, gdy nieliczni podróżnicy przechadzali się pomiędzy ich stoiskami. Podobnie chętnie wrzucaliśmy do koszyczka „napiwki” za krótki pokaz muzyczny grupy etnicznej Akha.

Nie zmienia to faktu, że przechadzając się tam czuliśmy dyskomfort. Było to coś o czym dużo rozmawialiśmy jeszcze przed wybraniem się do tego miejsca, bo czy naprawdę chcemy być częścią napędzającej się maszyny pokazowej plemienia? Jednak tutaj Niebieska niejako podjęła decyzję za nas dwoje, bo dywagując moglibyśmy do tej pory siedzieć w Chiang Rai i czekać na jakiś znak z góry. Przeważyła ciekawość, ale podszyta dobrymi intencjami. Z jednej strony jest to możliwość propagowania świadomości o trudnościach z jakimi mierzą się uchodźcy z Mjammy, z drugiej kobiety-żyrafy, to taka pierwsza migawka podróżnicza jeszcze z dzieciństwa Niebieskiej. Wówczas jej wyobrażenie o Tajlandii to były właśnie te złote obręcze dookoła szyi i to była cała jej wiedza na ten temat.

Ale trzeba zaznaczyć obiektywnym okiem, że kobiety tam urzędujące nie wyglądały jakby cierpiały katusze i chętnie rozmawiały z odwiedzającymi i odpowiadały na ich pytania. Kiedy nikt nie patrzył scrollowały ekrany na komórkach, bawiły się ze swoimi dziećmi, rozmawiały z mężami albo odpoczywały w cieniu od mocnego słońca. Nasze stworki też całym swoim jestestwem wparowały w ich przestrzeń i zagadywały miejscowe dzieciaczki, chociaż im to przede wszystkim podobały się wszechobecne kurczaki.

Oprócz plemienia Kayan (Karen), w tym obozie mieszczą się również plemiona Akha, Yao, Lahu i Kayaw – każde z inną tradycją i innym ubiorem.

Jeszcze więcej niebieskiego

Na koniec chcemy wspomnieć o jeszcze jednym niebieskim akcencie. W prawdzie miejsce akcji to Chiang Mai, ale kolor się zgadza, więc trzymamy się jednego motywu.

Odwiedziliśmy restaurację z gwiazdką Michellina, która serwuje niebieskie noodle. Restauracja zwie się Anchan Noodle https://maps.app.goo.gl/eLMSG4nZTvME11FBA i jest miejscem, które z całego serca polecamy.

Nieb(iesk)o w gębie!

Zacznijmy od samych noodli – niebieski kolor nie zmienia tak wiele w smaku, ale dania są bardzo smaczne. A do tego w bardzo atrakcyjnych cenach (szczególnie, że mają wspomnianą gwiazdkę), koszt powyższego dania to około 8 pln a w jego skład wchodzi właśnie barwiony makaron, mięso do wyboru i specjalny ostry sos który jest spoiwem obu tych rzeczy. Do tego wszystkiego restauracja jest bardzo przyjazna dzieciom – nasza banda z miejsca dostała zestaw do rysowania, ale wcześniej mogli sobie pojeździć w restauracji na deskorolkach (nie nasz wymysł, a obsługi!).

Serwują również niebieską kawę (ale jest z tych mocnych więc miejcie to na uwadze), niebieski ryż i niebieskie napoje gazowane. Dodatkowym plusem było także to, że w czasie gdy my tam byliśmy nie było nikogo poza nami. Mamy jednak nadzieję, że zazwyczaj jest tłoczno bo miejsce to trzeba polecać.

Znaczenie niebieskiego w buddyzmie

W religii Buddy rozróżnia się dwa odcienie niebieskiego i przypisuje im się odrębne znaczenia.

Turkusowy odcień symbolizuje morze i niebo, a zatem nieskończoność, nieskończone wysokości do wzniesienia się. Turkus noszony na palcu zapewnia bezpieczną podróż, zaś na uchu chroni od reinkarnacji w osła(!). Znaleziony daje szczęście i nowe życie, a co najważniejsze – pochłania grzech.

Ciemnoniebieski – Lais Lazuli – jest jednym z najbardziej wywyższonych kolorów w buddyzmie. Wynika to z faktu, że bierze kolor od własnie tego bardzo rzadkiego kamienia, którego cena niejednokronie przewyższała cenę złota (wydobywany jedynie w w odległym rejonie Badachszan w Afganistanie), ale „intensywnie niebieski kamieńz nakrapianymi falami i wirami lśniącego złotego pirytu przypominają noc rozświetloną niezlicznymi gwiazdami”. I można znaleźć ten niebieski szczególnie w himalajskim buddyzmie, gdzie do dzisiaj posągom maluje się włosy na ten niebieski kolor.

Tak więc kolczyk z turkusem na ucho i nie straszna nam ośla przyszłość!

Jedna odpowiedź do „[038] Kolory północy: Niebieski”

  1. […] poznawanie Radżastanu (podobnie zresztą jak tripy po północnej Tajlandii Biały, Niebieski i Srebrny) zupełnie niechcący oscylowało wokół […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *