Czym jest City Break? W skrócie, to kilkudniowy wypad do innego miasta, zwiedzanie go i powrót do domu.
Tak też zrobiliśmy: zrobiliśmy sobie city break od wakacji w Bangkoku (tak trochę zaburzamy chronologię, ale to jest nasz blog i możemy sobie robić co nam się żywnie podoba. A i nie było czasu wcześniej).
Ruszyliśmy na samą tajską północ do Chiang Rai oraz Chiang Mai. Co tam widzieliśmy? Chyba jesteście w stanie się domyśleć 🙂
Dojazd
Zaczęliśmy od obcięcia bagażu o połowę. I to ponownego, ponieważ, nim przylecieliśmy do Bangkoku z Phuket, przeprowadziliśmy taką operację – z dwóch wielkich plecaków podróżnych zrobiliśmy jeden (wszak po co dźwigać ciepłe ubrania, skoro teraz będziemy się bujać po ciepłych krajach), a teraz spakowaliśmy się na tydzień, bo tyle planowaliśmy pobyć poza „domem” (no i ciąć koszty przelotów samolotem). I tak w dalekiej Azji nagle mieliśmy przy sobie tylko dwa małe plecaki.

Po wylądowaniu w Chiang Rai pierwszym problemem okazało się znalezienie taksówki! Jest to zaskakujące, bo wydaje się, że przejazd z lotniska do miasta powinno być głównym źródłem zarobkowym dla taksówkarzy.
#TravelTip aplikacja GRAB jest podstawowym narzędziem w Tajlandii i innych okolicznych krajach.
Na GRABie (to taki Uber) nie było nikogo chętnego, by nas przewieźć, zaś w punktach z Taksi nie było taksówek.
Koniec końców pani z okienka od taksi znalazła jakiegoś pana (być może pracownika?), który zapakował nas i podrzucił do miasta.
W Chiang Rai przeznaczyliśmy dwa dni, więc dewiza „nie śpimy, zwiedzamy” ponownie została przez nas wypowiedziana (z entuzjazmem) i ruszyliśmy na dworzec autobusowy. Świątynia, do której się kierowaliśmy jest położona około 14km od centrum Chiang Rai, więc by nie być tak rozrzutnymi, że wszędzie się wybieramy taksówką, posłuchaliśmy rady Internetu i wybraliśmy tańszego przewoźnika.

A jak bardzo był tańszy… Cenowo wyszło nas ok. Nazwijmy to dwa razy taniej, niż taksówką, ale może było w porywach trzy razy taniej, jednak nie to było najważniejsze. To CZYM jechaliśmy zdecydowanie było wartością samą w sobie.
Autobus, który jechał w naszym kierunku był… charakterystyczny. Zdecydowanie z tych starszych, głośnych i żyjących dłużej niż wyobrażał sobie tego producent (zapewne przeżył każdego, kto pracował przy jego produkcji). Jest środkiem komunikacji ludzi, którzy mieszkają na miejscu, więc musi móc przewieźć nie tylko osoby, lecz i ich pakunki. A, że niekiedy ten inwentarz zapieje, zagdacze lub zniesie jajko, to już inna sprawa. Długo szukaliśmy źródła koguciego piania na dworcu i faktycznie go znaleźliśmy – w autobusie, który stał obok. Zatem dzieci miały nie lada radość, gdy zobaczyły reprezentację kurowatych przez okno. Swoją drogą mają one (nasze dzieci) jakiś przełącznik, który aktywowany widokiem, lub samym wspomnieniem kurczaków powoduje, że pełne radości zaczynają zachowywać się jak kury. Głośno i piejąco. Utrzymać ich siedzących na siedzeniu w autobusie, gdy przez okno mają koguta był nie lada wyzwaniem.

Autobusy, jak się możecie domyśleć, nie miały klimatyzacji w postaci, jaki rozumiemy współcześnie. Mają klimatyzację opartą na technologii wymiany powietrza przez przeciąg – innymi słowy – jadą z otwartymi drzwiami. Było to źródłem stresu dla Baltazara, który jest dosyć mocno uczulony na kwestie bezpieczeństwa (rozsądny chłopak).
Jaki autobus by nie był, dowiózł nas na miejsce. Zatem po przekroczeniu ulicy (na dziko) i przejściu kilkudziesięciu metrów, dotarliśmy do celu.
Biała świątynia
Wat Rong Khun (วัดร่องขุ่น) to tak zwana Biała Świątynia. Zastanawiacie się pewnie „no fajnie, biała, jakbyśmy nie widzieli wcześniej białych budowli”. Wierzcie nam – takiej nie widzieliście. Jak to Sir Terry Prattchet opisywał pewien szczególny gatunek głębokiej ciszy, który jest „głośniejszy niż bicie dzwonu”, tak tutaj biel tej świątyni dawał wrażenie bieli bielszej, niż kartka papieru (tudzież bardziej niż skarpetki wyprane przez Zygmunta Hajzera w reklamach proszku do prania).

Być może to dlatego, że się jeszcze do tego błyszczy? A może to wynika z faktu, że robi tak oszałamiające wrażenie.
No dobra, ale co to jest i skąd się to wzięło?
Chalermchai Kositpipat – zapamiętajcie to imię i nazwisko. To właśnie on przejął starą świątynię Wat Rong Khun, która nadawała się raczej do rozbiórki i zdecydowanie nie przypominała obecnej, przebudował i ozdobił za swoje pieniądze i swoimi rękami (a przynajmniej swoja wizją). Ten tajski artysta za cel życia postanowił stworzyć ośrodek ku czci Buddy, który pierwsze primo – zapewni mu życie wieczne, a po drugie primo ultimo – będzie służyć jako ośrodek nauczania w oparciu o buddyjską szkołę.

Co tu dużo mówić – nic nie przygotowało nas na to, co zobaczyliśmy. Jest to połączenie buddyjskich tradycji budowlanych i fantastycznej, bajkowej architektury. Główna świątynia wygląda jak zrobiona z porcelany. Wszak organoleptyczne ekspertyza wykazuje, że jest to betonowa konstrukcja i drewniany dach pokryty wapnem i przyozdobiony kawałkami błyszczącego szkła i lusterek (ile kuli dyskotekowych musieli do tego rozbić, to przechodzi pojęcie). Ale to ciągle nie odbiera niesamowitości temu miejscu.
Dobra, to przejdźmy się razem przez tę świątynię.
Zaczynamy od mostka nad małym stawem. Na początku tego mostu można dojrzeć wyrzeźbionych setki rąk sięgających oglądającemu, niczym ręce topielców chcących pociągnąć ofiarę ze sobą na dno. Ma to symbolizować wszelkie grzechy – chciwość, pożądanie czy pokusę, zaś wspinanie się na most to podążanie w kierunku szczęścia i zbawienia, którego nie można osiągnąć, nie odpuściwszy tych ograniczeń.

Na końcu mostu powitają nas dwie postacie Kinnaree, pół ludzie, pół ptaki.
Dotarliśmy do Bramy Niebios, które strzegą dwie postaci: Śmierć oraz Rahu (jeden z siedmiu stworów reprezentujące ciała niebieskie w różnych fazach), które będą decydowały o losie zmarłego.

Po przekroczeniu Bramy wchodzimy do Uobsotu – czyli głównego budynku. Budynek, który z zewnątrz ozdobiony jest zgodnie z Tajskim stylem tworzenia świątyń, znaleźć można choćby wizerunki wężów Nāga (mityczne stwory ludzko – wężowe). Za to w środku robi się nietypowo – a to dlatego, że jest ozdobione muralami, które przedstawiają tradycyjne sceny z tajskiego buddyzmu oraz ich twory, ale również postacie ze współczesnej popkultury jak Michael Jackson, Harry Potter, Neo z Matrixa czy T1000 z Terminatora. Sceny wojny nuklearnej, czy zburzenia World Trade Center.

To właśnie wtedy zaczęliśmy zwracać uwagę, że to chyba nie jest najstarsza świątynia w Tajlandii.
Chalermchai Kositpipat zaczął swój projekt w 1997 roku i dalej go rozwija. W prawdzie w 2014 roku, 5 maja, gdy Tajlandię nawiedziło trzęsienie ziemi, Chalermchai zapowiedział, że przeznaczy budowlę do rozbiórki ze względów bezpieczeństwa, ale inspekcja budowlana z 6 maja stwierdziła, że główna konstrukcja nie stanowi niebezpieczeństwa, więc Chalermchai zmienił zdanie.

Słońce tego dnia naprawdę mocno świeciło a my byliśmy wyjątkowo zmęczeni. Przejażdżka autobusem dołożyła swoje jeśli chodzi o poziom dyskomfortu spowodowany poceniem więc jak wyszliśmy ze świątyni to Niebieska postanowiła ściągnąć długie spodnie (wymagane przy wizycie buddyjskich włości). Co prawda chwilę się wahała ale utwierdziłem ją, że to dobre postanowienie no bo „co nam zrobią? Wyrzucą nas?” A i owszem – wyprosili nas z terenu błoni świątyni, otworzyli nam specjalną, zamknięta dla reszty brameczkę i musieliśmy opuścić centralny przybytek. Po wyjściu zorientowaliśmy się, że to nie koniec wycieczki – teren objęty wizją Kositpipatego jest znacznie większy – stworzył choćby całą złotą konstrukcję, zakładamy, że jest to coś związanego ze szkołą buddyjską, ale nie sprawdziliśmy, bo w międzyczasie trafiliśmy do jaskini.










Jaskinia wszystkich smaków
Jaskinia sztuki jest elementem kompleksu świątynnego ale jest dodatkowo płatna (około 5 pln) ale to był strzał w dziesiątkę dla strudzonych dzieciaków. Baltazar już był mocno obrażony, że znowu musi gdzieś iść ale jak obiecałam coś „coś fajnego” to od razu dostał przyspieszenia. Co prawda myślał, że będą to lody ale mu się oczy zaświeciły jak zobaczył jaskinię i kolorowe światełka. Wiedziony instynktem studenta (czy można za darmo?) próbował się dostać do świątyni od strony wyjścia i prawie się im udało ale Pani w sklepiku w ostatniej chwili się przebudziła i nas zawróciła do wejścia gdzie już czekał na nas goryl strzegący włazu do groty.




Jest to kolejny obiekt stworzony przez Chalermchaiego Kositpipata (mówiłem, byście zapamiętali to imię). To sztuczna jaskinia, która wypchana jest po sufit rzeźbami. I to są różnorodne rzeźby – przedstawiające morskie żyjątka, ryby, ośmiornice, kraby i rekiny, poprzez rzesze kościotrupów, sławnych postaci (fikcyjnych jak i prawdziwych), aż po takie smaczki jak np. wirus covida. Trudno opisać co tam się jeszcze znajdowało, bo to dosłownie głowa chodziła od lewej do prawej i z powrotem, zaś dzieci również zafascynowane tym, co widzą pędziły przed siebie (więc wymagało to częstych interwencji). Jak tylko wyszliśmy to dzieci od razu chciały wejść jeszcze raz, zatem z czystym sumieniem możemy polecić tę destynację dla rodzin z dziećmi.





Popkultura
Nie jesteśmy pewni co autor miał na myśli i dlaczego zdecydował się zaprzęgnąć popkulturę do swoich dzieł, ale zrobił to masowo. Znanych z filmów – horrorów (Kruger), filmów akcji (Neo), czy kina super bohaterów (Deadpool) postaci jest bez liku i są powciskani wszędzie. Nie mogliśmy się zdecydować, czy jest to już kiczowate, czy jeszcze się trzyma granicy. Jest to niebezpieczne zagranie, bo o ile współczesnemu odbiorcy te postacie coś powiedzą, to za kilkadziesiąt lat, gdy strumień pieniędzy i zaangażowania osłabnie, zaś te obiekty zaczną tracić swój blask, obiekt zacznie przypominać te zapomniane wesołe miasteczka, w których postacie klaunów przywołują dreszcze, a nie uśmiech na dziecięcych twarzach.
Jeśli zaś macie możliwość się tam wybrać, nie odkładajcie tego na „za kilka lat”.




Biały kolor w buddyzmie
Biała barwa, jako suma wszystkich innych kolorów, w buddyzmie oznacza ostateczne osiągnięcie doskonałości ducha. Wierzy się, że osiągnięcie nirwany oznacza zrozumienie wszystkiego i tak jak biały zawiera wszystkie kolory w sobie.

Z kolei biały, latający słoń przyśnił się matce Buddy zanim go urodziła, co miało oznaczać, że we wcześniejszym wcieleniu Budda był słoniem. I to białym, bo szarym to już kilkakrotnie był (nuda), więc tym razem to było coś. A słoń jest symbolem inteligencji i siły, więc motyw białego słonia jest do znalezienia wszędzie w Tajlandii.






Dodaj komentarz