[036] Święta tropikalne, życie (nie)zwyczajne

Jak co roku zima zaskakuje drogowców, tak i co roku z przyjemnością oddajemy się świętowaniu Bożego Narodzenia.

Tym razem wypadło w Tajlandii (daleko Józef z Maryją zajechali na tym osiołku), więc przy okazji porozmawiamy o życiu w tym pięknym kraju.

Ale od świąt zacznijmy

Z czym się kojarzą święta? Z karpiem, dzieleniem się opłatkiem, pasterką, miejscem przy stole dla niespodziewanego gościa? Nie oszukujmy się – na pierwszym miejscu są prezenty. Później pierogi z monetami.

Zatem, tradycji się trzymając, na początku grudnia poprosiliśmy dzietwę o napisanie listu do Świętego Mikołaja. Rzecz jasna ta aktywność pociągnęła za sobą całą masę pytań i wątpliwości: „a jak Mikołaj przyjedzie bez śniegu?”, „a jak Mikołaj wejdzie do naszego domku?”, „a skąd Mikołaj będzie wiedział, gdzie mieszkamy?” i tak dalej. Na szczęście większość tych pytań załatwiła odpowiedź „Mikołaj jest magiczny” – co dzieciaki przyjęły jako bardzo dobre wytłumaczenie naturę mikołajowej pracy.

Dlaczego nikt nie wspomina o Pani Mikołajowej? Czy nie są to czasy aktualizacji tradycji?

!Uwaga, czytać poniższy fragment z ostrożnością przy małych dzieciach! (Pozdrawiamy Klarę, naszą bodaj najmłodszą słuchaczkę)

W listach dzieci zażyczyły sobie wymarzone prezenty, a my stworzyliśmy sobie listę zakupów.

#TravelTip: Portal https://www.lazada.co.th/ jest takim odpowiednikiem naszego allegro. Jeśli zatem poszukujecie czegoś nietypowego, to tam się znaleźć powinno i to w rozsądnych cenach.

Baltazar zażyczył sobie m.in. zabawkę auto Bugatti – bardzo szczególny model, który to widział jeszcze w Chinach w sklepie i bardzo dokładnie sobie je zapamiętał. Nie było to tania zabawka, więc musiał się obejść ze smakiem, ale obiecaliśmy, że Mikołaj mu je przyniesie. Przejechało ono kilka krajów ukryte w towarzystwie skarpetek, zaś my musieliśmy co jakiś czas wracać do rozmowy z Baltazarem rozwijając jego wątpliwości, czy na pewno Mikołaj będzie wiedział dokładnie jakie auto chce, i jaki duży i tak dalej – oczywiście, że będzie wiedział, jest magiczny, a Ty dokładnie opiszesz auto w swoim liście i podasz adres sklepu w Xi’an.

List do Świętego Konia?

Aurora, po wizycie w Sali zabaw w Malezji stwierdziła, że skoro jest księżniczką to czas najwyższy nosić się jak księżniczka – i poprosiła o strój Elzy z bajki Disneya. Do tego ma obecnie swoją nową miłość pluszakową – kapibarę. Być może to dlatego, że mówimy Tamara-Kapibara, lub z faktu, że zapamiętała rymowankę przyniesioną z przedszkola (od innych dzieci), która brzmi: „Kapibara Lewa, Piwa ci nalewa”. Dostała malutką – rozmiaru kieszonkowego – kapibarę, którą nazwala Lewa. A w liście poprosiła o rodzinkę kapibarową.

Makary z kolei, niezmiennie uwielbia zabawę w gotowanie. A dokładnie jest „Panią”, co podaje jedzenie. I poprosił w liście o nowy zestaw kuchenny.

Jak się Święty Mikołaj sprawił  – o tym za chwilę.

Przygotowania do świąt zaczęliśmy od choinki. Tak, świerki nie są zbyt powszechne w Tajlandii, ku zaskoczeniu wszystkich – również jodłę syberyjską trudno znaleźć (chyba, że mówimy o chłodnych rosjanach, ich tu nie brakuje). Dlatego odwołaliśmy się do najlepszego z możliwych rozwiązań i wciągnęliśmy do mieszkania palmę, którą później pięknie przystroiliśmy, zaś kokosy pomalowaliśmy farbami, więc były takimi kokoso-pisanko-bombkami.

No dobra, żartowaliśmy, ale pomysł niezły, nie?

Odrzuciliśmy ideę zaadaptowania jakiegoś lokalnego listowia na choinkę, ponieważ spodziewaliśmy się sporej ilości nieproszonych gości wraz z zieleniną a robaki tutaj są spore.

Dlatego zdaliśmy się na wyobraźnię i umiejętności plastyczne. Szybkie zakupy w sklepie papierniczym, gdzie zdobyliśmy zielone bristole, karteczki samoprzylepne, mazaki i naklejki i oto powstała ona – najpiękniejsza choinka na świecie. Baltazar się dopytywał, czy na pewno jest najpiękniejsza. No ale jest, sami przyznajcie!

Oprócz choinki pokazaliśmy jak robić śnieżki z papieru i to obecnie ulubiona zabawa dzieci z tych kreatywnych.

Próbowaliśmy zachować jak najwięcej tradycji wyniesionych z domu, zatem musiała się pojawić ryba na stole wigilijnym. Karpia jednak nie udało się upolować – widać wszystkie zostały odesłane do Polski. Zadowoliliśmy się zatem makrelami. Ale nie takimi z puszki, tylko nówki, nie wędzone a nie jest to rarytas, który łatwo znaleźć w centralnej Europie.

Poza tym nie mogło zabraknąć pierogów z monetkami. Być może nie wszyscy czytający zdają sobie sprawę, że oprócz farszu, można do środka pieroga wrzucić monetę. Znalezienie monety podczas konsumpcji zwiastować ma powodzenie w finansach. A do tego motywuje nawet najedzone dzieci do pochłaniania niebezpiecznej ilości pierogów.

Ja jestem King Bruce Lee pierogów mistrz

By jednak pierogi zrobić, trzeba jakiś farsz przygotować – w tym celu znaleźliśmy sklep z produktami rosyjskimi. A tam upolowaliśmy wytęsknioną kapustę kiszoną, która nie jest kimchi! Do tego ogórki kiszone, śmietanę i dodatkowy zestaw mrożonych pierogów. Tak wyposażeni mogliśmy zrobić pierogi z kapustą, grzybami i mięsem (z braku laku było wołowe). Wyszły pyszne i momentalnie zniknęły z półmiska.

Na wigilię zaprosiliśmy mojego przyjaciela Mikołaja (ten Mikołaj nie przynosi prezentów), który krąży po Azji południowo-wschodniej i specjalnie dla nas przyjechał na pewien czas do Phuket, byśmy nadrobili zaległości. W ten sposób zapełniliśmy miejsce dla strudzonego wędrowca.

Niestety brakowało kompotu z suszu, ale piliśmy coś podobnego jeszcze w Chinach, więc trochę to podciągniemy pod wigilię.

Prezenty czekały cały dzień pod choinką, doprowadzając dzieci do „wyjścia z siebie i stanięcia obok” z całego tego oczekiwania. A oczekiwanie zaczęło się już dzień wcześniej, gdy wspólnie przygotowaliśmy ciasteczka dla Mikołaja z białą czekoladą i bez piekarnika. Tutaj znowu musieliśmy kombinować bo w aktualnym domu nie mamy piekarnika; użyliśmy zatem patelni i wyszły nie najgorzej!

Zanim jednak mogły ruszyć pakunki wspólnie odśpiewaliśmy kilka kolęd (Aurora wyrasta na chętną śpiewaczkę).

Niczym charty puszczone za uciekającym królikiem, na znak dzieci rzuciły się do rozdzielania pakunków wśród uczestników. Nie musiały czytać, już wcześniej każdy dokładnie wiedział, który prezent jest dla kogo – otwierać w ciągu dnia nie mogły, ale oglądać i dotykać owszem.

I musimy poklepać się po ramionach, bo Mikołaj trafił w tym roku bardzo dobrze. Nawet dorzucił więcej niż było w listach, co Baltazar zauważył i nie mogąc wyjść z wrażenia, że Mikołaj wie co oni lubią, mimo iż nie było tego w listach, zakrzyknął „Mikołaj naprawdę jest MAGICZNY!”

Co bardzo dobrze podsumowuje nastrój tych świąt i jak się one udały.

Wesołych świąt!

A jak Tajowie obchodzą święta?

Zasadniczo to nie obchodzą. No dobra, w chrześcijańskich komitywach ta tradycja istnieje i z tego powodu celebruje się poprzez spotkania w większym, rodzinnym gronie. Jednakowoż 25 grudnia nie jest dniem wolnym od pracy, wszystko jest otwarte jak normalnie.

Aczkolwiek, z racji sporej ilości turystów, wiele miejsc próbuje odtworzyć świąteczny klimat. Szczególnie w tym zaangażowane są centra handlowe, które wystrojone są nie gorzej niż te w Europie, czy Ameryce. Rzecz jasna sklepy również, na swój sposób, adaptują wystrój by utrafić w gusta klientów. Część restauracji organizuje nawet wigilijne wieczerze. Nawet rozważaliśmy wzięcie udziału w jednym przy plaży – i było to bardzo kusząca wizja – jednak koszt był tak wygórowany, że zgodnie uznaliśmy, że lepiej poradzimy sobie w domowych warunkach. I dalej przy tym ostajemy.

Warto jednak wspomnieć, że niektóre miasta tworzą swoje nowe tradycje, które współgrają ze świętami – szczególnie takie, w których jest spora część chrześcijan. Przykładem może być miasteczko Sakon Nakhon, gdzie odbywa się Świąteczna Parada, lub wyspa Koh Phangan, gdzie odbywają się imprezy Pełni Księżyca – imprezy są przez cały rok, ale w grudniu mają miejsce aż 3 razy, druga jest tematycznie świąteczna, zaś ostatnia to świętowanie nowego roku.

Zimowe święta w tropikalnym kraju? Jest to bardzo ciekawe doświadczenie, gdzie wszystkie oczekiwania i przyczajenia świąteczne poddawane są próbie. I wychodzi bardzo specyficzny misz-masz.

Centrum Handlowe w Bangkoku

Życie (nie) zwyczajne

Skoro opowiadamy o tym jak tajowie świętują, to może powiemy też jak żyją? Albo lepiej – jak żyją europejczycy w Tajlandii? W sensie, że my – coby nie było wątpliwości!

Zakupy

Oto lista rzeczy, które bardzo trudno znaleźć w sklepach: pieluszki do pływania (co jest zaskakujące, bo wszystko inne do pływania znajdziesz na co drugim straganie), jedzenie dla niemowlaka, które nie jest słodkie (znaleźliśmy jedynie takie wyciskane w tubkach, ale nic co by przypominało gotowe dania w słoiczkach, które szczególnie w podróży są nieocenionym towarzyszem), dobra kawa (serio, tu wszyscy piją rozpuszczalną i przesłodzoną – nawet w miejscach, które mianują się „kawiarniami” trafia się się, że takie coś fundują; taką nierozpuszczalną można znaleźć jedynie w większych marketach), tampony (no kto by pomyślał). Krem przeciwsłoneczny, na szczęście, w tej ciągle-oświetlonym-słońcem-miejscu jest dostępny… ale drogi, tak 50 zł za buteleczkę!

#TravelTip: krem przeciwsłoneczny warto przytaszczeć na swoich plecach wraz z bagażem z kraju

Klasa maszyna

Jak wygląda nasz dzień

Standardowy rozkład dnia podlega naszemu grudniowemu, tajskiemu nieróbstwu. Już na początku założyliśmy, że w tym miesiącu spędzimy czas na odpoczynku i przygotowaniu do świąt. Dzień zaczyna się od pobudki najgłodniejszego – Makary wraz z pianiem koguta wstaje i pierwsze słowa to: Jestem głodny. No dobra ostatnio po cichutku wstaje i wymyka się z pokoju i zabiera się do zabawy. To bardzo dojrzały trzylatek (na potrzeby Sali zabaw czterolatek).

Śniadanie o poranku na tarasie dla wcześnie wstającego Makarego

Niedługo później wpada rozbudzona Tamara, która chodząc po twarzach i radośnie gaworząc budzi resztę towarzystwa.

Wraz z porankiem rozbrzmiewa u nas Radio Pogoda.

#LifeTip: #ŻyciowyTip: Wprowadźcie radio Pogodę w swoje życie i dołączcie do Klubu Pogodnych Ludzi

Ostatnio powstały dwa obozy śniadaniowe – Baltazar z Tatą są w teamie jajecznicy, zaś Aurora z Mamą wolą zostać przy lekkim śniadaniu. Makary jest w obu drużynach, bo jego hobbicia natura bierze górę i jeśli jest możliwość to preferuje dwa śniadania.

Po śniadaniu dzieci mają czas na zabawę, często decydują się na rysowanie lub inne kreatywne prace. Prezent w postaci zestawu piankowych kształtów znalazł bardzo wiele fanów i również na tym dzieci spędzają sporo czasu. Tutaj zauważyliśmy już po jakimś czasie jak bardzo im wyskoczyła kreatywność. Niby człowiek wie, że dziecko nie potrzebuje zabawek bo ogranicza go tylko wyobraźnia ale czasem się o tym zapomina. My się czasem staramy im zaproponować jakieś nowe zabawy ale to jednak One są mistrzami improwizacji (zwłaszcza Aurora jest nieskończonym źródłem pomysłów).

Kwestia obiadowa zależy od planów dnia – jak już wcześniej wspomnieliśmy – Niebieska lubi gotować, ja zaś jestem wielkim fanem jej kuchni, zatem kuchenka z 3 palnikami jest zbawienna. Zasoby do gotowania zamawiamy z dostawą:

#TravelTip: Aplikacja GRAB słuzy nie tylko do przewozu osób – można również zamówić gotowe dania do jedzenia, a także zamówić zakupy spożywcze, z czego skrzętnie korzystaliśmy. W ogóle ten proces zakupów jest bardzo ciekawy. Po złożeniu zamówienia sklep czeka, aż znajdzie się kierowca, który podejmie się przewozu tychże zakupów (zdarzyło się, że nie znalazł się kierowca), następnie kierowca przyjeżdża i asystuje przy zbieraniu zamówienia (nie jestem pewien, czy przypadkiem sam nie chodzi z koszykiem po sklepie i nie zbiera fanty). Zdarza się, że niektóre rzeczy się skończyły i jeśli kierowca ma nastrój to zaproponuje alternatywę, a jak nie to po prostu usunie zamówienie. Następnie ten sam kierowca pakuje zakupy na swój skuter (póki co nie trafiliśmy na dostawcę w aucie) i z nimi przyjeżdża. Jest to osobliwy obraz, gdy przy większym zamówieniu część jest w tym pojemniku za kierowcą, a także między nogami, na ramionach kierownicy i gdzie tam się jeszcze zmieści. Dlatego też są ograniczenia co do ilości i kwoty za jaką można zrobić zakupy.

Reszta dnia zależała od tego, czy pójdziemy na plażę, czy na basen do Mikołaja – wynajął pokój w ośrodku 3 minuty drogi na piechotę i miał do dyspozycji basen, my zaś byliśmy częstymi gośćmi:)

Inne usługi

Nasze mieszkanie nie ma pralki, więc korzystamy z publicznej pralni – koszt z suszarnią to około 100B. Jest też opcja oddania do całościowej usługi, jak w przypadku gosposi, którą mieliśmy w Bangkoku. Wtedy to daje się cały kosz brudów, Pani to pierze, potem wywiesza wszystko na wieszakach i suszy na słońcu (tak samo Tajowie robią swoje pranie), potem wszystko wraca starannie wyprasowane – nawet bielizna. Tutaj koszt jest trochę wyższy, około 200-300 B.

GPSie prowadź mnie, a ciemnej doliny się nie ulęknę

Poruszamy się samochodem, który wypożyczyliśmy u Nickiego, którego nam poleciła osoba obsługująca nasz pierwszy hotel. Jazda po lewej stronie, jak się można spodziewać, wymaga przyzwyczajenia. Jednak więcej czasu wymaga przestawienie się na jazdę pośród tłumu skuterów. Normalnym widokiem jest czteroosobowa rodzina (łącznie z niemowlakami) która się na nim zmieści. Tutaj skutery są jak rowery – każdy jeździ jak chce, gdzie chce i w którą stronę chce. Oddać jednak należy Tajom, że jeżdżą z bardzo dużą tolerancją – tutaj każdy każdego wpuści, zmiana pasa też nie stanowi problemu – nawet jeśli mamy wielki korek i tłumy na drogach. Nikt tu nie unosi się dumą i nie bawi się w szeryfa. Wszyscy są w tym razem i nikt nie ma za złe innym użytkownikom drogi, że istnieją. Pewnie ma to związek z tym, że większość z nich nie ma w ogóle prawa jazdy, obowiązuje tutaj także zasada, że jeśli ma się wypadek samochodowy z Tajem to winny jest zawsze turysta.

#TravelTip: by wypożyczyć samochód w Azji należy wyrobić sobie międzynarodowe prawo jazdy. Są do dyspozycji dwie konwencje, które obejmują różne listy krajów, w których działają te prawa jazdy. My wybraliśmy Genewską. Koszt to 30 zł i wyrabiane są niejednokrotnie na miejscu, ale lepiej dać sobie trochę zapasu niż robić na ostatnią chwilę. 

Z takich nietypowych aktywności wakacyjnych zdecydowaliśmy się na uzupełnienie szczepień u Tamary i dzieci. Tak się składa, że wraz ze skończeniem roczku kalendarz szczepień Tamary znów wkroczył na scenę. Rozważaliśmy szybki przelot do Polski na dwa tygodnie, ale koszt takiej zabawy byłby ogromny. Dlatego też wybraliśmy się do dobrze (niestety) już nam znanego szpitala Bangkok Hospital: Phuket i tam też zrobiliśmy to na własny koszt. Przy okazji, z racji, że Aurora i Makary urodzili się w czeskiej Pradze, tam zaś kalendarz szczepień jest inny, doszczepiliśmy ich na gruźlicę. Zatem jest to możliwe i całkiem łatwe do zorganizowania – gdyby ktoś się zastanawiał.

Jedzenie

Nie jest to pierwszy raz jak poruszamy ten temat – durian śmierdzi! Tak, to ten kolczasty owoc z angielskiego zwanym owocem Jacka (Jackfruit – rzeczony Jacek chyba musiał „bardzo śmierdzieć „pachnieć” dośc alternatywnie), który ma zapach wilgotnych skarpetek, które były szczelnie zamknięte w siatce i przeleżały na słońcu kilka dni. A jednak ludzie się tutaj nim objadają. Wniosek może być tylko jeden – mimo zapachu, smak musi być tak dobry, że wynagradza społeczny ostracyzm. I postanowiliśmy, że spróbujemy. Specjalnie poczekaliśmy, aż w nadchodzącym czasie będziemy mieli czas na ewentualne katusze żołądkowe. Kupiliśmy hermetycznie zamknięte, obrane kawałki i usiedliśmy sobie na zewnątrz.

Okazało się – że jest to zjadliwe! Wręcz ma ciekawy posmak – coś pomiędzy ananasem i mango. Tylko odbija się po nim, a zapach jest durianowy (więc z całowania nici).

Dzieci też spróbowały: Baltazar podszedł z obrzydzeniem na twarzy i też z takim odszedł, ale Aurora i Makary zgodnie stwierdzili, że jest całkiem smaczny.

#TravelTip: Użyj reklamówki, lub rękawiczek – by zapach nie pozostał na dłoniach.

Z kolei powszechnie tu dostępne pomelo jest przysmakiem wszystkich w rodzinie. Również Tamara objada się nim, jakby nie było jutra. I jest genialny! Jak tylko gdzieś widzimy (a można kupić obrane kawałki), to kupujemy, niezależnie czy jesteśmy po obfitym obiedzie, czy też jeszcze przed.

A z takich Tajskich potraw to chyba najbardziej wszystkim posmakowało mięso z czosnkiem i pieprzem. (garlic-pepper + wstaw jakiegoś zwierzaka do wyboru). Brzmi prosto, ale sposób przyrządzania jest jakiś wyjątkowy, bo ani czosnek, ani pieprz nie uderza w twarz, ale łagodnie nadaje ton całej potrawie.

Nam zaś weszło w zwyczaj, że łapiemy sobie matchę – taką japońską zieloną herbatę, którą można zdobyć praktycznie w każdym 7-eleven (tutejsza całodobowa żabka). Pierwsze spotkanie z czymś o smaku matchy mieliśmy jeszcze w Chinach, były to lody i wszystkich odrzuciło na ten gorzki, intensywny smak poza Niebieską. Ona to lubi takie „trudne” smaki i postanowiła kontynuować zapoznawanie się z tym zielonym tworem. W Tajlandii raz spróbowaliśmy tej herbaty w wykonaniu takiego pana na skuterku z dostawką (nazwaliśmy go Matcha-Man) i zrobił najlepszą na świecie zieloną matchę – nie słodką, pełną smaku i głębi – nie była robiona z gotowego proszku, ale faktycznie parzył jakąś herbatę na miejscu. Niestety zaczynamy wątpić, czy w ogóle istniał – raz się objawił i od tego czasu ani razu już go nie spotkaliśmy. Pozostało nam zadowolić się nie najgorszą, a wciąż przyjemną wersją z żabki.

Więcej lodu niż napoju

Drobne przyjemności

Niejednokrotnie się niejako chwaliliśmy, że nasze dzieci rozmawiają po angielsku. No, może nie są to rozmowy o początkach wszechświata, ale z każdą interakcją widzimy, że ta wiedza rośnie, a umiejętności postępują. Dlatego, jeśli tylko mamy taką możliwość, staramy się im włączyć bajki w języku angielskim. Są momenty, gdy domagają się powrotu do języka ojczystego, ale często nie zwracają na to uwagi i po prostu chłoną język.

Dlatego, gdy zaproponowaliśmy wyjście do kina, ale na bajkę (Vayana 2) po angielsku, nie usłyszeliśmy słowa sprzeciwu.

Nie mamy zdjęcia języka angielskiego, więc dajemy zdjęcie samolotów. Nasz blog, nasze decyzje.

Te, wspomniane w tytule, drobne przyjemności, objawiają się właśnie w momentach, gdy ktoś zapyta na przykład o wiek, a dzieci bez problemu odpowiadają po angielsku. Albo, gdy ktoś posądzi Baltazara o bycie dziewczynką, na co młody odpowiada z niejakim oburzeniem: „I am a boy!” Chociaż najszerzej uśmiechają się nam buzie, gdy nie znają jakiegoś słowa i mówią odpowiednik polski, ale z angielskim akcentem. Gdy usłyszeliśmy „połmarańtcha” (trudno to wyrazić literkami, ale przypomnijcie sobie akcent Brada Pitta w filmie Bękarty wojny, gdy mówi po włosku, to będziecie wiedzieli o co nam chodzi), to praktycznie położyliśmy się ze śmiechu. Ale to pokazuje jak dobrze rozumieją akcenty i jak szybko podłapują o co w tym chodzi. Umysły chłoną jak gąbki!

A gdy sił już brak i jakoś trzeba okiełznać tę energię dziecięcą wypuszczamy ich do płatnej sali zabaw. Na potrzeby Makary ma 3 lub 4 lata, w zależności co tańsze. Dzieci myślą, że nas ugrały i wygrały, ale my też zasługujemy na chwilę oddechu, nawet jeśli będzie to w małym, zamkniętym pomieszczeniu, pełnym rozbieganych i rozkrzyczanych dzieci.

Warto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *