[035] Miejska dżungla, dzika dżungla

Dżungla (definicja) – (1) wilgotny las tropikalny; (2) coś trudnego do pokonania; (3) miejsce gdzie ludzie zachowują się bezlitośnie. A jakie są wyznaczniki miejskiej dżungli? Trzeba koniecznie mieć kilka drapaczy chmur (kilkaset w przypadku KL), dużo betonu, hałas, zgiełk, ciągły ruch i tłum ludzi. I  oto mamy Kuala Lumpur – miasto, które dla nas jest pierwowzorem wyrażenia o miejskiej dżungli.

Da się to zjeść?

Dżungla w mieście – atrakcja dla dzieci

Jest taki obszar, który zwie się Eco Park. Jest to fragment dżungli, pierwotnego lasu deszczowego który został „nienaruszony”. Rzecz jasna został naruszony, ale sprawia wrażenie wystarczająco dzikiego. W każdym razie KL jako jedyne miasto na świecie szczyci się tym, że ma pierwotny las deszczowy w swoim centrum. 

Zacznijmy od tego, że wybraliśmy się tam ze względu na możliwość przejścia podwieszanymi mostami – taki spacer wśród  drzew, wiadomo – robimy to dla dzieci.

Mały zawał serca rodziców

A teraz praktyczna część: wstęp kosztował nas 40 MYR (malajski ringgit) od osoby, Baltazara wliczając, zatem 120 MYR, czyli jakieś 110 PLN, zaś kiedyś musiało być za darmo, bo w Internecie znaleźliśmy informacje tak twierdzące. Oby było warto (spoiler alert! Nie było!)

Wprawdzie zaczęliśmy od małego błędu – zabraliśmy ze sobą wózek. Chyba rutyna wzięła górę i przyszło nas targać te kilkanaście kilogramów. Przeciągnęliśmy przez kilka zestawów schodów, gdy postanowiliśmy, że jednak porzucamy wózek (tymczasowo) i ruszamy dalej z małą na rękach. W prawdzie wiązało się to z lekką zmianą planów – przez park mieliśmy przejść i ruszyć dalej w obranym kierunku (wybaczcie fizycy – i zwrocie), zaś z tym wyborem wiązała się konieczność powrotu do wejścia.

Taksydermia najwyższego poziomu

Te podwieszane mosty wiodły tak przez 1/3 parku. I faktycznie było fajnie się powspinać i przejść. Jakość wykonania wzbudzała ufność, więc poza tradycyjną już niechęcią do wysokości Niebieskiej, wszyscy przeszli raźno i z radością.

Pozostałe 2/3 parku stanowiły już zwykłe ścieżki, chociaż wiodły przez dżunglę. I faktycznie odczuwało się tę naturę, odcięcie od miasta i parność lasu deszczowego (to chyba nie są te same rzeczy, ale wystarczająco blisko by pozwolić sobie na to porównanie) – kto był, ten wie. Tamara pozwoliła się nosić tylko przez pewien odcinek, później zaś wywalczyła wolność i ćwiczyła swoją nowo nabytą umiejętność człapania za rączkę boso przez świat (o mój boże, cośmy zrobili?!). Jedyne wymaganie było – nie zatrzymuj się. Powodem było mnogość mrówek, które wyczuwszy świeżą krew, śpieszono obchodziły nóżki.

Decyzja o porzuceniu wózka okazała się słuszna również i na tym odcinku – było sporo schodów (wąskich, wysokich i bez poręczy) i zdecydowanie spocilibyśmy się o wiele bardziej, a byliśmy bardzo spoceni od wilgotności i temperatury. Myśleliśmy, że singapurska wilgotność na poziomie 98 % była zabójcza, ale jeśli się zostawi las tropikalny, zamknięty z każdej strony budynkami, a do tego doda dużą odległość od morza, to nagle się okazuje, że Singapur nie taki straszny zaś malezyjskie 80 % może okazać się bardziej dokuczliwe niż 98 % w innym miejscu.

Komarów było tam bardzo dużo – jak to na las deszczowy przystało – i Aurora odczuła to bardzo boleśnie (te małe krwiopijce zdecydowanie najczęściej wybierają ją jako swojego głównego żywiciela) i bardzo głośno manifestowała swoje niezadowolenie. Także, jeśli ktoś  w Polsce słyszał zawodzenie szynszymory ze wschodu, to zapewne była Aurora.

Sio komary, sio mi stąd! (Eco Park)

Dotarliśmy do końca i wspólnie stwierdziliśmy, że to najbardziej przepłacona atrakcja, z jakiej skorzystaliśmy na tym wyjeździe. A przypominam, że byliśmy wcześniej w jednym z najdroższym krajów świata.

Podwieszonych mostów było dwa, ścieżki były średniej jakości, a schody były naprawdę bardzo strome i niebezpieczne. Podobno można spędzić tam połowę dnia, odkrywając różne dydaktyczne szlaki (Internet mi przypomina, że było ich trzy) ale to chyba atrakcja dla masochistów, co się lubują w komarach.

Co prawda dzieci po wyjściu od razu chciały wrócić na podwieszone ścieżki (poza Aurorą) ale naprawdę uwierzcie  – nie warto.

#TravelTip: Łazienka znajduje się wejściu od strony KL Tower, innych w samym parku nie znaleźliśmy.

Speakeasy Bar – atrakcja dla dużych dzieci

Dynamika naszego związku wpływa na to jak podróżujemy. Zazwyczaj żona ma propozycję, a mąż się na nią zgadza. Zapewne podobnie jest w większości (szczęśliwych) małżeństw;) Możemy tutaj podać dwa przykłady, które mogą służyć obrazują jak się dopełniamy: Niebieska uwielbia gotować – ja uwielbiam jeść,  Niebieska uwielbia planować – ja zaś podążam za planem lubując się w niespodziankach oferowanych przez te eskapady. Jeśli chodzi o naszą dwójkę, to moglibyśmy zwiedzać od rana do wieczora (poza tzw. Kryzysem Dnia Czwartego – wtedy potrzebujemy chwili oddechu) no ale te dzieci… Nie będziemy skromni, trzeba podkreślić jakie są piękne, fajne, dzielnie i z zainteresowaniem dają się prowadzić w (mniej więcej) kierunku, który nas interesuje, ale czasem i ich dopada Kryzys Dnia Czwartego (średnio dwa, trzy razy w ciągu doby) i wtedy trzeba zredefiniować nasze plany.

Myśleliście, że o was zapomniałem? Sauron ciągle czuwa!

Po wizycie w Eco Park zaplanowane mieliśmy wizytę w Pubie. To taka już zapominania przez nas forma spędzania wolnego czasu (trzeba go mieć), jednak najpierw trzeba było znaleźć jedzenie, potem łazienkę, w międzyczasie zażegnać kryzys komarowy, znalazło się też kilka keszy. I nagle się okazało, że dzień nam się powoli kończy, a do Baru jest jeszcze kawał drogi. Nie chodzi o to, że ich nie ma w ogóle, ale Niebieskiej chodziło o konkretny pomysł, który jest atrakcją samą w sobie czyli Speakeasy Bar (to nazwa konceptu, nie danej lokalizacji).

Idea tych pubów narodziła się w Stanach Zjednoczonych w czasach prohibicji i były to nielegalne lokale, gdzie można było nabyć alkohol. Nazwa pochodzi od brytyjskiego wyrażenia „Speak Softly Shop”, którym to określano domy przemytników. Nazwa potem ewoluowała do słowa „Speakesy”, które po raz pierwszy odnotowane na piśmie w 1837 roku w australijskiej gazecie. Na terenie USA zaczęto stosować tego słowa dopiero w latach 80` XIX wieku, a samo słowo to połączenie słów „speak” i „easy” czyli „mów spokojnie”. Odnosiło się ono do realnej sytuacji w barach, gdzie wszyscy musieli się porozumiewać szeptem aby nie przyciągać uwagi policji, a jednocześnie były to miejsca, o których nie mówiło się głośno w mieście (każdy pamięta pierwszą zasadę Podziemnego Kręgu?).

Prohibicji już nie ma, ale speakeasy mają się dobrze. Ich wielki powrót rozpoczął się w 2000 roku, ponownie w Stanach i od tego czasu powstają w różnych miejscach. Jeśli ktoś szuka miejsca na szybkiego drinka, to nie jest odpowiednia lokalizacja, bowiem trzeba się najpierw naszukać aby znaleźć wejście do Barów albo znać kogoś, kto Cię do nich wprowadzi. Dodatkowym, wspólnym mianownikiem jest wystrój w stylu vintage. Kuala Lumpur to zdecydowanie miejsce tętniące życiem, nie zatrzymuje się nigdy więc i życie nocne musi znajdować swoje ujście. Znajdzie się tam kilkanaście takich pubów, pierwszy który tam powstał niestety został już zamknięty, ale ciągle otwierają się nowe. Moje dwa ulubione (spośród wszystkich speakesy, w których nie byłam), to takie z wejście do którego wchodzi się poprzez obrzydliwie wyglądające drzwi łazienkowe, a drugi chowa się za fasadą sklepu z zabawkami.

Jeśli kiedykolwiek mielibyśmy wrócić do stolicy Malezji, to tym razem zaczniemy od odwiedzenia speakeasy, bo koniec końców – nie udało nam się żadnego odwiedzić.

Sala zabaw – dżungla dziecięca

Dorosłym nie udało się odwiedzić czegoś z ich listy, to teraz czas na dzieci. Na każdym jednym blogu podróżniczym, jeśli jest mowa o atrakcjach dla dzieci w KL, pojawia się KidZania. Jest to ogromny park rozrywki, ale taki w najlepszym wydaniu, bo mamy tutaj również wartość merytoryczną. To takie miniaturowe miasto, w którym dzieci biorą udział w różnych aktywnościach poznając tajniki różnych zawodów (m.in. policjant, strażak, lekarz, fotograf, pilot, kucharz), czas trwania to zazwyczaj 15-20 minut na jedną ścieżkę kariery. Wszystko jest w asyście animatorów, którzy potem wypłacają pieniądze, za które można coś sobie zakupić na miejscu (np. shake w barze). Miejsce brzmi fantastycznie ale jest relatywnie drogie (po prawie 100 pln za jednego człowieka powyżej 4 lat), dzieciom o tym nie wspominaliśmy, bo wiadomo – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Ale nie jesteśmy wyrodnymi rodzicami, po jednej wizycie w restauracji IKEI (ach te ziemniaczki i klopsiki) daliśmy dzieciom się wyszaleć w pobliskiej Sali zabaw. I tam właśnie zwróciliśmy uwagę, że wiele takich miejsc w stolicy jest robiona na podobieństwo KidZania, znajdują się tam poszczególne boksy z różnym uposażeniem, możesz być policjantem (Makary), lekarzem albo księżniczką i to w przystępnej cenie! Aurorze tak się spodobały przebieranki, że aż zażyczyła sobie od Świętego Mikołaja strój Elzy pod choinkę. Baltazar układał lego, a Tamara biegała za tym z rodzeństwa, które aktualnie znajdowało się najbliżej niej.

Dzieci się wybawiły, wszyscy wyszli zadowoleni. I tym przyjemnym akcentem żegnaliśmy się z Malezją, ale jak się okazało Ona nie chciała się z nami jeszcze rozstać…

Ciepłe wskazówki

#TravelTip: Lotnisko Kuala Lumpur International Airport znajduje się 45 kilometrów na północ od centrum miasta i można do niego dojechać kolejką miejską, autobusem albo grabem autostradą. Zarezerwuj sobie więcej czasu, bo autostrada się korkuje.

Transport miejski w Kuala Lumpur jest niewystarczający na potrzeby – autobusy są, ale jeżdżą z niedużą częstotliwością. Co do metra, to ciekawostką jest wprowadzenie wagonów tylko dla kobiet (i dzieci płci męskiej do lat 12) i wstępu nie mają nawet ojcowie z dziećmi (mogą stać zaraz za różowym paskiem w metrze).

#TravelTip: do przejazdu autobusami wymagana jest fizyczna karta, coś jak karty telefoniczne swojego czasu w Polsce – można je kupić w niektórych 7-eleven. Nie ma możliwości zakupu czegoś podobnego u kierowcy.

#TravelTip: w autobusach długodystansowych nie ma toalet, zatem należy przemóc strach i obrzydzenie i skorzystać z każdej możliwości…

#TravelTip: alkohol jest drogi, można go kupić za pośrednictwem zakupów internetowych (w przeciwieństwie do np. Tajlandii)

#TravelTip: przy wyborze hotelu, zwróćcie uwagę na odległość najbliższego meczetu

Siostra? Co Ty tu robisz?

Lotnisko

Tutaj jeszcze mały przerywnik by się pożalić na lotnisko. Zacząć należy od tego, że jest wystarczająco daleko położone, zaś dojazd zajmuje dużo więcej niż się można było spodziewać (korkująca się autostrada), więc zamiast spodziewanych 40 minut, dojazd zajął ponad drugie tyle.

Z tego też powodu check-in zamknęli nam przed nosem i przegapiliśmy nasz lot. To niedoszacowanie to był drogi błąd, gdyż nie tylko musieliśmy kupić kolejne bilety, to do tego znaleźć miejsce na nocleg.

#TravelTip: Praktycznie wszystkie restauracje są na lotnisku PRZED security check. Za kontrolą bezpieczeństwa znajdzie się kilka mniejszych jadłodajni, ale jest tego zdecydowanie mało i dla kogoś przyzwyczajonego do czekania na odlot w okolicach bramek taki układ może skończyć się głodnym przeczekaniem.

Dorzućmy jeszcze do tego obsługę AirAsia, która bardzo się czepiała faktu, że nasz wózek waży więcej jak 10 kg (podzielony na 2 części) i do tego, że w pojemniku pod siedziskiem znajdowały się jakieś rzeczy, że samo przejście przez check-in zajął nam bardzo dużo czasu.

Raczej nie będziemy miło wspominać tego lotniska.

Podsumowanie

Malezja to ciekawy kraj, pełny zapewne pięknej przyrody i ekscytujących atrakcji. Samo Kuala Lumpur jednak nie zaraziło nas swoją energią i na pytanie „czy moglibyśmy tutaj zamieszkać” zgodnie odpowiadamy, że nie. Czy to wpływ nadgorliwego imama, czy może przesycenie wieżowcami i niedostatecznie rozbudowaną infrastrukturą transportową, by uciągnąć taką ilość ludzi – trudno stwierdzić.

Czy polecamy jako miejsce do odwiedzenia z dziećmi? Tak. Nie było problemów z faktu, że mamy dzieci – ludzie dobrze reagowali na naszą obecność, a jednocześnie nikt nie robił wielkich oczów na widok białej rodziny, więc nie czuliśmy się też osaczeni (co miało miejsce notorycznie w Chinach).

Czy jest to miejsce typowo turystyczne – raczej nie. My wykonaliśmy naprawdę nasz plan minimum, ale plan maksimum zakładał więcej podróży dookoła stolicy, w odległości kilkudziesięciu kilometrów jest kilka miejsc które warto odwiedzić jak się ma więcej czasu i poczuć inny klimat Malezji.

Nasze generalne odczucia turystyczne odnośnie krajów które odwiedziliśmy do tej pory w tej podróży można scharakteryzować w ten sposób: Chiny – pałace; Tajlandia – świątynie; Singapur – parki; Malezja – wieżowce.

Mimo, iż spędziliśmy więcej czasu w hotelu i poruszaliśmy się w większości przypadków taksówkami, to znów udało nam się zejść z wagi! Zapewne zawdzięczamy to dużej dawce ruchu, braku czasu na podjadanie pomiędzy posiłkami i – jak sadzimy przede wszystkim – wielkiej wilgotności która dosłownie wypociła z nas gram za gramem.

Od wyjazdu (2 miesiące) stan się przedstawia następująco:

  • Niebieska -7kg
  • Adam -6kg
  • Baltazar +1,5kg
  • Aurora +0.5kg
  • Makary  0kg
  • Tamara 0kg
Niby waży tyle samo, a plecy szybciej zaczynają boleć…

Ankieta

Oto, co dzieciom się podobało w trakcie tego wyjazdu.

  1. Ogromna jaszczury/małe dinozaury
  2. KL CC Park – fontanny
  3. KL Tower (wieża ze Sky Box)
  4. Petronas Tower
  5. Eco Park
  6. Merdeka (Sauron) ex equo
  1. Hot Wheels (wybór chłopaków)
  2. Batu Cave (tęczowe schody były fajne ale te małpy już mniej)
Izma – żywy dowód…

W przypadku Niebieskiej:

  1. KL Tower
  2. Ogromne jaszczury/małe dinozaury
  3. Wszelkie ryby w restauracji
  4. KL CC Park
  5. Batu Caves
  6. Klopsiki w IKEI (byliśmy 2 razy)
…że na Ziemi żyły kiedyś dinozaury

Zaś Adam:

  1. Merdeka (aka Sauron)
  2. KL Tower
  3. Jaszczury i dinozaury
  4. Basen w hotelu
  5. Klopsiki z IKEI

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *