Dzisiaj porozmawiamy o bardziej przyziemnej rzeczywistości Singapuru, będąc 165 metrów nad poziomem gruntu.
Singapurski Diabelski Młyn
Albo, jak to brzmi w języku Szekspira: Flywheel (notabene geneza polskiego określenia tego rodzaju konstrukcji musi mieć elementy traumatyczne), jest konstrukcją położoną po drugiej strony zatoki Marina Bay, do których przylega (wspomniane w poście Niby drzewa, a stalowe) Gardens by the Bay, zatem widoczki z góry były pierwszorzędne.

Tutaj się rozdzieliliśmy na dwie grupy, ponieważ Niebieska nie jest największą fanką wysokości (chociaż próbowałem ją przekonać, że to nie wysokości powinna się obawiać, a gruntu, z którym gwałtowny kontakt mógłby być problematyczny). Diabelski młyn składa się z 28 gondoli, z których każda może zmieścić 28 osób, ale na szczęście obłożenie nie było zbyt duże, więc każda grupka miała swoją kapsułę. Nam się trafił numer 1, ku wielkiej uciesze dzieciaków (dla Baltazara wszystko co jest pierwsze jest lepsze) i mogliśmy we własnym towarzystwie podziwiać okolicę. Po dotarciu na sam szczyt znaleźliśmy się niemal na wysokości hotelu Marina Bay Sands (te trzy wieżowce ze statkiem na czubku) i to z tej wysokości zobaczyliśmy jak wiele statków czeka w porcie, lub na wpłynięcie do portu. A były to ilości ogromne! Mieszkaliśmy w Trójmieście i porównanie ruchu w tych dwóch portach tym większe daje wyobrażenie i utwierdza, że tytuł „jednego z największych portów na świecie” jest zasłużony.

Sama przejażdżka była bardzo komfortowa – klimatyzowane kapsuły, bardzo wolne tempo (30 min jeden obrót, albo jak kto woli 0.033 RMP) i spora przeszklona powierzchnia dająca możliwość podziwiania widoków jest warta swojej ceny. Swoją drogą u podnóża tego koła znajduje się tor wyścigowy dla m.in. Formuły 1., więc jeśli ktoś chciałby oglądnąć z bardzo nietypowej perspektywy, to wydaje świetnym pomysłem (3-5.10.2025 będzie nocny rajd F1 jeśli komuś się spodobał ten pomysł, chociaż podobno wtedy to dopiero ceny noclegów są wysokie).

Bilet wstępu na koło obejmuje także tzw. Kapsułę Czasu. Strona internetowa niezbyt dobrze wyjaśnia do końca o co z tym chodzi, czym jest i ani jak się plasuje cena na Diabelski Młyn bez owej kapsuły, ale my już wszystko wiemy!

Wejściówka zawiera w sobie obie atrakcje, a wspomniana kapsuła (powtórzenie po raz trzeci tego samego słowa w jednym akapicie, ale nawet słowników synonimów nie był nam w stanie tutaj pomóc), to interaktywna wystawa dotycząca historii Singapuru. Aby się do niego dostać, najpierw trzeba przejść przez sale wystawiennicze. Subiektywny werdykt głosi, że jest to pomysł nietrafiony, bowiem wszyscy mali ludzie chcą jak najszybciej dostać się do gondoli, niestety nie ma możliwości powrotu po zakończeniu cyklu, więc wystawa jest obejrzana tylko po łebkach.




Orgazmiczny Koczkodan
Taką roboczą nazwę nadaliśmy pewnemu ptakowi, który jeszcze w Bangkoku zaczął nas prześladować.

A to dlatego, że nocną porą lubi sobie pośpiewać (z regularnością imama wzywającego do modlitwy). A jego śpiew to wykrzykiwane „ko-el” z coraz to większą częstotliwością i wyższym tonem, sugerujące zbliżającą się… kumulację.
Powód, dla którego dopiero teraz o nim wspominamy, jest taki, że w końcu poznaliśmy jego nazwę i wiemy jak wygląda (wcześniej nie szło go dopatrzeć pośród gęstwin drzew w naszym ogródku). Znaleźliśmy na jednej z tablic w Gardens by the Bay zestawienie kilku lokalnych ptakowatych, a wiedzieliśmy, że on również występuje w Singapurze. Zrobiliśmy zatem zdjęcie planszy informacyjnej i zadaliśmy sobie pytanie „który Ci wygląda na najbardziej irytującego?”. Trafiliśmy bez pudła.
Panie i panowie, oto Kukiel Wielki, z azjatyckiego zwany KOEL.
Swoją drogą jest to gatunek najmniejszej troski (to określenie stosowane do zwierząt będących tak daleko od wyginięcia jak to tylko możliwe) – taki azjatycki gołąb.

Hawkers center
Czy wspominaliśmy może o tym, ze Singapur jest drogi (powinno się stopniować rzeczy „drogi, droższy, singapursko drogi” – w Europie opcjonalnie można to zamienić na „szwajcarsko drogi”)? Mieliśmy pewne obawy jak te kilka dni wpłyną na naszą dietę. Kolejny miesiąc jesteśmy w podróży, ale do tej pory wynajmowaliśmy miejscówki z kuchnią. Ten kto nas zna, wie jaką wagę przykładamy do posiłków dziecięcych – jesteśmy bardzo dumni z naszych krewetek, które są otwarte na nowości, bardzo lubią warzywa i owoce, chętnie uczestniczą w przygotowaniu posiłków i rozumieją (a przynajmniej powtarzają nasze słowa), jak ważna jest różnorodna dieta dla rozwoju. I wylądowaliśmy u Wrót Azji a tam w hostelu tylko mikrofalówka, czajnik, toster i lodówka. Jedyną opcją ciepłego posiłku było zatem jedzenie na mieście. Strach przed bankructwem spowodowany tamtejszymi restauracjami był wielki, ale akurat jedzenie, to coś co można nabyć tanio (w skali: tanio, droższej, Warszawa), o ile się wie gdzie jeść.

I tak trafiliśmy do Hawkers center albo, tłumacząc dosłownie „centrum domokrążców”. To miejsca, gdzie można coś zjeść i nie będzie to kosztować majątku. Ma to formę takiego budynku z masą małych straganików, z różnym jedzeniem. Ten, który odwiedziliśmy miał dwa piętra i większość jedzenie było chińskie, lub przynajmniej to sugerowało.
Jest to coś ciekawego i nie korzystaliśmy z czegoś podobnego w krajach, które wcześniej odwiedzaliśmy więc warto zapamiętać o ich istnieniu odwiedzając ten kraj. Jest to nie tylko miejsce-jadalnia Singapuru, ale także przestrzeń do wspólnych spotkań ludzi z najróżniejszych środowisk, miejsce gdzie można grać w szachy, organizować zajęcia plastyczne albo po prostu spędzać czas z rodziną i znajomymi. Hawkers Center, to miejsce, które rozwinęło się z popularnych street-foodów. Miejsce, gdzie obecna jest kuchnia m.in. malezyjska, chińska czy hinduska. Dzięki spotkaniu tych kultur, dania ewoluowały na nowym rynku tego państwa-miasta i przystosowały kuchnię do miejscowych smaków i kontekstu. Te punkty, które grają kluczową rolę w jednoczeniu singapurskiego społeczeństwa to unikat w skali globalnej i dlatego właśnie został wpisany na listę Niematerialnego Światowego Dziedzictwa UNESCO!
A skoro już jesteśmy przy jedzeniu, to porozmawiajmy o rzeczach, które próbowaliśmy.
Znacie ten niestarzejący się żart, który mówi, że wszystkie zwierzęta, których zazwyczaj się nie zjada (węże, krokodyle, żaby itp.) zasadniczo smakują jak kurczak? To możemy potwierdzić, że żółw smakuje jak kurczak. Taki kurczak z bardziej mięsistym mięsem (nie wiemy jak to inaczej określić, więc musi wam to wystarczyć).

Zupę z żółwia mieliśmy okazję spróbować właśnie w Hawkers center i wymagało wiele by się przezwyciężyć i spróbować – choćby ze względu na wszechobecny brak higieny w kuchni, który znamy z Europy (Magda Gessler rzucałaby tu patelniami i garnkami jak szalona), a przede wszystkim z powodu tego co i jak przedstawiały zdjęcia na straganach. Ale koniec końców nie było tak źle, a nawet było nieźle.
Zupa z żółwia przybyła do Singapuru z Chin, gdzie początkowo stosowana była w medycynie (bulion z żółwia miał mieć właściwości wzmacniające i poprawiające kondycję – mi to brzmi jak efekty dobrego rosołu z kury), by później wejść na salony i stać się przysmakiem. Zupę z żółwia przyrządza się na przykład na weselach, bo ma być symbolem dobrobytu i wróżyć powodzenie młodej parze.
W sumie, to powinienem napisać, że to zupa z żółwiaka (żółwia trójpazurzastego), który charakteryzuje się tym, że nie ma skorupy zbudowanej z rogowych płytek, ale ma kolczaste wyrostki (więc łatwiejszy jest w obróbce).
Swoją drogą, na początku naszej znajomości (X lat temu), gdy wyznałem problemy z nawiązywaniu znajomości z obcymi ludźmi wynikającym z braku umiejętności prowadzenia małych, niezobowiązujących rozmów (small talk), Niebieska doradziła mi by rzucić jakimś absurdalnym tematem, który może być początkiem ciekawej rozmowy i za przykład dała właśnie pytanie „czy zjadłbyś zupę z żółwia?”. Teraz mogę dopowiedzieć: „bo ja próbowałem”.
Dzieciom bardzo posmakowały i wyjadły większość mięska z zupy.
Czas na narodowe danie singapurskie czyli Nasi Lemak. To danie pochodzenia malezyjskiego, które składa się z ryżu gotowanego na mleku kokosowym lub z wiórkami kokosowymi, podane na liściu pandanowym. Do tego mamy mieszankę anchois z prażonymi orzechami, pikantną pastę sambai i jakieś mięsko. Po raz pierwszy spróbowaliśmy to w restauracji w ogrodzie botanicznym i w prawdzie zamówiliśmy to dzieciom (stąd na zdjęciu pasta jest odsunięta na bok), ale trochę im podjadaliśmy.

Generalnie całość wygląda i smakuje jakby Brytyjczycy wzięli wszystko co mieli pod ręką do jedzenia i stwierdzili: no dobra, od dzisiaj to jemy. Jest trochę bez ładu i składu, a i smaki nie tworzą jednej harmonijnej całości tylko każdy jest smakowity osobno. No i te dwa plasterki ogórka, które towarzyszą nam od początku naszej podróży (nigdy mniej, nigdy więcej) jako zdrowy dodatek do wszelkich dań. To chyba jest akurat towar deficytowy w tej części świata.
Sobie z kolei wzięliśmy coś z działu „Lokalne potrawy” i znów się nie zawiedliśmy. Odkryciem była wołowina przygotowana w marynacie pieprzowej, która rozpływała się w ustach i przyjemnie szczypała ostrością pieprzu. Niebieska zaś zdecydowała się na kurczaka i ziemniaki w curry (wcześniej curry unikaliśmy, bo było na liście potraw, które mogą potencjalnie namieszać w żołądku) – również pierwsza klasa. Wcześniej polecaliśmy tę restaurację, ale teraz robimy to ponownie!

Chilli Krab – danie wychwalane pod niebiosa, jedne z tych, które trzeba spróbować, będąc w Singapurze. Niestety nie udało nam się go spróbować, ku rozpaczy Niebieskiej (jedyna rzecz, której chciała spróbować i mimo wysiłków się nie udało). Ale zostawiamy tutaj tę nazwę, by ktoś, kto czyta ten blog i wybiera się do Singapuru spróbował w naszym imieniu i powiedział jak było dobre.
Małe Indie
Skoro już wspomnieliśmy o curry, to wykorzystamy to, by płynnie przejść do spaceru, który zrobiliśmy po dzielnicy zwanej małymi Indiami. Tak się złożyło, że nasz hostelu znajdował się w samym jej środku, więc wyruszyliśmy ścieżką keszy, które się tam znajdowały.
Małe Indie zasługują swoją nazwę przez to, że zamieszkuje je mniejszość hinduska i widać to zarówno na twarzach przechodniów, wyboru i wyposażeniu sklepów, występujących świątyń i innych znaków niewerbalnych.

Z miejsc, które są polecane do odwiedzenia zobaczyliśmy świątynie Sri Veeramakaliamman – mocno wyróżniający się budynek, który na fasadzie ma masę małych, kolorowych statuetek nadających niecodzienny wygląd. Wejście jest darmowe, jednak w momencie, gdy do niej dotarliśmy, bramy miały zamknięte. Jest to miejsce, gdzie często odbywają się śluby i gromadzi się wtedy tam sporo ludzi.


Dom Tan Teng Niah, to niezwykle kolorowy (chociaż obecnie trochę wyblakły) dom, który zdecydowanie wyróżnia się w otoczeniu. Zbudowany około 1900 roku przez chińskiego biznesmena dla swojej żony, jest obecnie ostatnią willą z tamtej epoki, która się ostała.
Skupiliśmy się na fasadzie i nie zaglądaliśmy do środka (no dobra, może rzuciliśmy okiem przez otwarte drzwi, zaś Aurora wparowała całą swoją auroratowością do środka, lecz szybko została wyproszona). Baltazar bardzo chciał porobić zdjęcia – jego nowa pasja zaczęła przybierać mocno na sile.





Niedaleko dalej znaleźliśmy kolejnego kesza i skierowaliśmy się w stronę hostelu – czas się zacząć pakować…
Ciepłe wskazówki
Z racji, że jest to nasz ostatni wpis z Singapuru, znajdziecie tutaj nasze wskazówki i podpowiedzi i obserwacje, które zebraliśmy podczas pobytu.
#TravelTip Przejazdy komunikacją publiczną są darmowe dla dzieci do 7. roku życia, ale wymaga darmowej karty, którą można dostać za okazaniem paszportu m.in. na stacji metra w okienku z obsługą.

#TravelTip Do przejazdów wymagana jest fizyczna karta pre-paid, którą można kupić w punktach obsługi klienta i w sklepach np. 7-eleven.
#TravelTip Istnieje karta Travel Pass, która pozwala na nielimitowane przejazdy przez 3 dni za kwotę 29 dolarów (ale też są krótsze opcje). Warto sobie przeliczyć, czy się to opłaca przy kosztach około 2 dolarów za przejazd (w zależności od odległości). Dodatkowo karta daje zniżki w różnych miejscach – listę takich zniżek można znaleźć na stronie https://thesingaporetouristpass.com.sg/perks-discounts/

#TravelTip Podróżowanie za pomocą aplikacji GRAB (odpowiednik Ubera) działa w Singapurze. Ważna informacja – w odróżnieniu od innych, ościennych krajów, tutaj kierowcy nie zgodzą się zabrać więcej pasażerów, niż jest miejsc, nawet jeśli to są małe dzieci jak Tamara.
#TravelTip Tanie jedzenie można zdobyć w rozsianych po mieście Hawkers Center
#TravelTip sklepy na lotnisku sprzedające karty SIM (te przed wyjściem przez bramki) nie akceptują kart płatniczych niewydanych w Singapurze. Więc wizyta w bankomacie jest wymagana.
#TravelTip nie potrzeba kaloszy, wystarczy parasol i klapki (lub kroksy jeśli ktoś ma coś do przekazania światu).

Podsumowanie
Czy podobało nam się w Singapurze? Zdecydowanie Tak. Mimo siedzącego w tyle głowy problemu z wysokimi cenami, państwo-miasto sprawia wrażenie najbardziej zachodniego miasta w Azji (nasze porównanie to Floryda, tylko czysta i bez wszechobecnej broni, za to z Azjatami). Jest czysto, komunikacja publiczna jest dobrze zorganizowana, a do tego wszędzie dogadasz się po angielsku.
Jeśli chodzi o wybór atrakcji, których doświadczyliśmy, to uważamy, że dobrze wybraliśmy. Na różnych stronach polecane są oceanaria, czy zoo do odwiedzenia, ale uznaliśmy, że coś podobnego, może trochę gorszego, ale na pewno tańszego, znajdziemy w innych krajach. Zaś muzeum lodów czy Superdrzewa nie znajdziesz poza Singapurem (no ok, muzea lodów są jeszcze w Stanach).

Ankieta
Przeprowadzona wśród dzieci ankieta wskazała następującą kolejność atrakcji ustawione od najfajniejszej (pierwsze miejsce na pewno Was zaskoczy):
- Muzeum lodów.
- Gardens by the Bay.
- Diabelski młyn.
- Hostel (konsola i bilard).
- Park wodny (w Gardens by the Bay).
- Ogród Jacoba Ballasa w Ogrodzie Botanicznym.
P.S. Pamiętacie jeszcze tytuł pierwszego wpisu z tego państwa („Singapur – więcej niż jedno miasto„?). Otóż jest to i państwo i miasto, i więcej miasteczek, co odkryliśmy już na samym wyjeździe stamtąd. Ciężko jednak stwierdzić jaki jest dokładnie podział administracyjny, bo Internet zazdrośnie strzeże tej tajemnicy. Z całą pewnością jest co najmniej 12 większych miast. Ktoś się podejmie odwiedzenia wszystkich?













Dodaj komentarz