Kto się stęsknił za obiektami UNESCO? Tak, wiemy, dawno nie było o takich mowa, a dorzućmy do tego fakt, że nie jest to świątynia. Jeśli to nie wystarczy, to na koniec dorzucimy słodką nagrodę pocieszenia.
Ogród Botaniczny
Tak, przestańcie przecierać oczy ze zdumienia (to niehigieniczne), to właśnie ogród botaniczny w 2015 roku został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Między innymi z tego powodu musiał znaleźć się na naszej liście rzeczy od odwiedzenia (kolekcja się powiększa). Dorzućmy jeszcze, że wstęp jest darmowy (a jak coś w Singapurze jest za darmo, to tak jakby było za darmo dwa razy) i mamy plan na pół dnia!

Nie ukrywajmy – ogrody botaniczne nie są aż tak ekscytujące jak zamki i świątynie, szczególnie jak się nie jest botanikiem, a do tego biega się za grupą małych, uciekających we wszystkie strony szkrabów, więc nie ma czasu na powolne napawaniem się widokami i wczytywanie w każdą z tablic informacyjnych. Na zdjęciach też nie prezentowało się jakoś wyjątkowo – ot kolejne roślinki.
A jednak.
Były takie miejsca, że musieliśmy przystanąć i nie mogliśmy się napatrzeć. Jak choćby Palm Valey, która gromadzi wszelkie palmowce w jednym miejscu i sprawia wrażenie miejsca, gdzie aż chce się założyć swoją drewnianą nogę, nałożyć opaskę na oko i z okrzykiem „yaaarrrrr!!” przeprowadzić abordaż na najbliższej łajbie. Na szczęście rozsądek zwyciężył, wszak piractwo w Singapurze karane jest śmiercią.
Wspomnieć też musimy część, która została przygotowana z myślą o dzieciach.



Ogród Jacoba Ballasa jest to specjalna, wydzielona część parku, gdzie można nauczyć się o hodowli roślin jadalnych, pobawić na domku na drzewie, skryć pod wielkimi grzybkami, przejść po podwieszonym moście, czy zgubić się w labiryncie. Do tego dochodzą kursy gotowania (niestety przegapiliśmy czasowo), staw z małym molo, gdzie grasuje niebezpieczny żółw, a także trampoliny i tyrolka (super szybka, nawet za szybka dla Baltazara). No ale wstęp jest jedynie z dzieckiem, więc wszyscy bezdzietni mogą sobie postać z boku i popatrzeć.
Jedyne miejsce, które w ogrodzie jest płatne, to ogród Orchidei, gdzie zgromadzono ponad 1000 gatunków storczykowatych i ponad 2 tysiące ich hybryd. Jednak cena 15 dolarów od dorosłej osoby szybko nas odrzuciła (dzieci też płatne). Do tego trafiliśmy tam w porze późnoobiadowej, więc były inne, bardziej burczące problemy, którymi trzeba było się zająć.





A jedzenie drogie. W jednym miejscu, zaraz obok ogrodów Orchidei była restauracja, gdzie za pełny obiad żądali bagatela 250 dolarów singapurskich. Uznaliśmy, że nasza ekstrawagancja ma też granice i po szybkim przeglądzie internetów znaleźliśmy jadłodajnię na skraju ogrodu, gdzie ceny są racjonalne, zaś wybór jedzenia ogromny. Do tego ulokowany bardzo urokliwie, więc jest godny polecenia.
O to ta restaruracja: Fusion Spoon

Samemu ogrodowi można by poświęcić znacznie więcej czasu – nasza ścieżka była mocno inspirowana położeniem keszy (tych skrytek ze skarbami) i przez to część miejsc ominęliśmy, a to co widzieliśmy – nie zawsze wiedzieliśmy na co patrzymy. Jak choćby na kilkadziesiąt drzew kauczukowych, które – jak się później okazało – były pierwszą, udaną próbą zasadzenia brazylijskich drzew kauczukowych w Azji. Gdzieś po drodze ukrył się też przed nami pomnik Chopina.
Jeśli więc macie wolne popołudnie, to serdecznie polecamy i chociaż u nas to nie było problemem, to warto wziąć pod uwagę, że momentami może być tam tłoczno (w 2012-13 był to najchętniej odwiedzany ogród botaniczny na świecie z 4,4 milionami wizytujących).
A co się dzieciom podobało najbardziej? Samo-jeżdżące kosiarki typu roomba (w naszym domu taka maszyna zwie się Guillermo) – nie mogli się nimi nacieszyć.

Muzeum lodów
„Idziemy do muzeum lodów, gdzie będziecie mogli zjeść tyle lodów ile chcecie” – chyba nie ma bardziej motywujących słów, jakie ktokolwiek mógłby powiedzieć. Na każdy kryzys, podczas naszej wędrówki po ogrodzie botanicznym, te słowa czyniły cuda. Przypuszczam, że i Łazarz ominąłby Jezusa, byleby zdążyć przed zamknięciem.

Crème de la crème muzeów, znajduje się niecały kilometr od południowej bramy ogrodu botanicznego. To niepozorne (całe w różu), połączone ze sobą jednopiętrowe budynki, które nie znajdują się na trasie do żadnego ważnego punktu, nie jeździ obok żaden autobus, nie jest nigdzie rozreklamowany i nawet mieszkańcy Singapuru nie wiedzą, że coś takiego istnieje. A istnieje w Singapurze i w 5 innych miejscach, z czego wszystkie pozostałe są w Stanach Zjednoczonych.

Wstęp nie należy do najtańszych, ale doświadczenie jest warte tego grzechu (szczególnie jak się oszczędziło na darmowym ogrodzie botanicznym).
#TravelTip Ubierz się ciepło (tak, tak, kto by spodziewał się mrozu w otoczeniu lodów) i skorzystaj z łazienki na początku bo potem już nie ma żadnej w obiekcie.
Zanim wejdzie się do pierwszej Sali ma miejsce krótka instrukcja zwiedzania wraz z zachętą do nadania sobie swojego lodowego (lodziego? lodziarskiego?) imienia, które każdy zapisywał na imienniku przyklejonym do piersi. Z racji, że pracownica tłumaczyła nam rzeczy po angielsku to dzieci automatycznie się na niego przestawiły i wybrały sobie następujące imiona: Baltazar – the fastest ice-cream, Aurora – rainbow ice-cream, Makary – strawberry. Tamara została ochrzczona przez nas Tamara-Lodziara (nie mogło być inaczej bo rym się zgadza) i może to nie brzmi jakoś górnolotnie, ale hańba tym co mają kosmate myśli, mówimy tutaj po prostu o miłośniczce zmarzlin.





Przygoda zaczyna się od smaku czekoladowego i truskawkowego… A może lepiej – od klasycznych gałek. To właśnie forma lodów i ich smaki motywują kolejne sale – tu lody na patyku, tutaj w wafelku (w formie kanapki), w rożku i w kubeczku. Smaki również zaczynają się klasycznie (czekolada i truskawka), by później zacząć wariować (mango, malina), odlecieć na całego (tu niestety nie pamiętamy smaków, ale były… wymagające i bazą do nich było mleko kokosowe) i skończyć na pełnym wypasie z największymi kawałkami czekolady, jakie widzieliście w lodach.
Pomiędzy salami z lodami są sale interaktywne, takie jak sala taneczna, dmuchany zamek, sala magnetycznych literek (tutaj najwyraźniej celem naszych dzieci było znalezienie jak największej ilości znaków $, czyli „hajsów”), tunel bananowy, owocowy plac zabaw, sala z kartkami pocztowymi do nadania, miejsce z automatem z zabawkami, zjeżdżalnia jednorożcowa czy kończący wypad basen z posypką.








Całość jest w różu, ale jednocześnie zrobiona z takim smakiem i wyczuciem, że nie raziło to w oczy (chociaż nasze aparaty fotograficzne nie wiedziały, co się dzieje i próbowały robić korekty kolorystycznej z różnym skutkiem).
Poza nami w całym muzeum prawie nie było ludzi, tylko jedna inna rodzina się tam przetoczyła, a reszta to byli instagramerzy spragnieni efektownych ujęć i trzeba przyznać, że to miejsce jest bardzo fotogeniczne.
Przewidywany czas wycieczki to 60-90 minut (aczkolwiek nie jest to zasada), nam to zajęło to tylko 2 godziny, bo zamykali. Jak tylko wyszliśmy, to Aurora powiedziała, że chce jeszcze raz je zwiedzić.





Wspaniałe miejsce, chociaż na żarcik po wyjściu „to gdzie teraz idziemy, na lody?” Baltazar bez wahania powiedział, że chce – jak widać są rzeczy ważne i ważniejsze, nawet jeśli trzeba będzie przypłacić za to bólem brzucha.
*Po kilku dniach refleksji jak się spytaliśmy jakie jest ich ulubione muzeum, to Baltazar chwilę się zawahał i stwierdził, że jednak muzeum lodów jest na drugim miejscu w jego prywatnej muzealniczej klasyfikacji. Pierwsze zajęło Muzeum Miasta Gdyni które zapamiętał z fantastycznej wystawy ohistorii letniskowania w Trójmieście, gdzie to całe piętro było przygotowane dla dzieci. Pozdrowienia dla Ronji i Jermiego, którzy towarzyszyli nam w tej wystawie.
Jak zakończyć słodkie popołudnie, by było jeszcze lepsze? Powrót mieliśmy zaplanowany autobusem, a na trasie czekało nas kilkanaście przystanków. Gdy w końcu nadjechał on, piękny, niebieski, dwupiętrowy autobus, to podziwialiśmy Singapur z drugiego piętra, co dla dzieciaków jest atrakcją samą w sobie. Skąd dwupiętrowe autobusy w Singapurze? Przybył prościutko z Wielkiej Brytanii jakieś 200 lat wcześniej (data założenia: 1819, data uzyskania niepodległości: 1965), jest to kolejna pozostałość kolonizacyjna obok herbaty z mlekiem, ruchu lewostronnego, ciągłych opadów i nazw ulic/placów/alej z „Queen” w nazwie.













Dodaj komentarz