Jedną z podstawowych strategii w sportach walki (i nie tylko) jest – zmęczyć przeciwnika. Wychowywanie czwórki dzieci nie jest aż takie różne. Strategia zmęczenia dzieci jest jedną z głównych, przez nas stosowanych, a dzieci jeszcze są w takim wieku, że chętnie same się zmęczą, jak się im to umożliwi – na przykład zabierając na plac zabaw. Nasz dotychczasowe życie było otoczone placami zabaw – czy to Warszawa, Praga, Genewa, Gdańsk – placów zabaw nie brakowało.
Jednak (jak się pewnie domyślacie) sprawa jest inna w Pekinie. A przynajmniej tak nam się wydaje.
Wypytywaliśmy różne osoby w tej kwestii i jedną z rad było wybrać się do Chaoyang Park 朝陽公園. Na mapie – spora, zielona przestrzeń – więc jak nie będzie placu zabaw, to przynajmniej kawałek trawy, gdzie można sobie poodpoczywać Och, słodka naiwności!

Chaoyang Park, a przynajmniej jego południowa część, to jedno, wielkie wesołe miasteczko! Rzecz jasna chwila nieuwagi i pojawił się sprzedawca, który wręczył dzieciom baloniki z helem ze sznurkiem na korbce jak u wędki, a jak tu dzieciom powiedzieć, że mają je oddać (jedne balonik zdążył już polecieć w niebo)?
Przybyliśmy na tyle późno, że udało nam się przejść małą część parku, zanim zrobiło się ciemno, zaś dzieci dostały możliwość skorzystania po jednej atrakcji.
Nadzieja jednak umiera ostatnia, więc niestrudzenie kontynuujemy poszukiwania z pierwszym sukcesem!
Podążając śladem keszy trafiliśmy do Qingnianhu Park 青年湖, gdzie ku naszemu zdumieniu znalazł się mały, otwarty plac zabaw!

Obecnie, naszym głównym środkiem transportu jest metro. Tutaj możecie zobaczyć jak wygląda metro w Pekinie, z zaznaczonymi stacjami, z których zdążyliśmy skorzystać.

Wycinek raczej skromny – a minął już tydzień naszego pobytu! Dzieci już narzekają, ze nóżki bolą od chodzenia, ale te odległości, które przebywamy pieszo nie są aż takie przerażające. Czyżby tęskniły za słodkim, przedszkolnym nieróbstwem?
Samo podróżowanie metrem nie jest aż tak skomplikowane:
#TravelTip dzieci do wzrostu 1.3 nie płacą za bilet
Przy jednorazowych przejazdach należy wskazać docelową stację, bo to od tego zależeć będzie cena biletu. W tym obszarze, w którym do tej pory podróżowaliśmy cena oscylowała w przedziale 3-4 yuany za bilet.
Warto mieć przy sobie taką mapkę, by bilet zakupić w budce (wskazywanie palcem działa jako tłumacz), lub w automacie. Automatów jest dwa typy – z językiem angielskim, oraz bez – dzięki mapce udało się porównać szlaczki i wybrać poprawną stację docelową.


A na wejściu do metra są kontrole, więc wszelkie plecaki są prześwietlane. Sprawia to szczególną radość dzieciakom, że mogą wrzucić swoje plecaki na taśmociąg. Nasz scyzoryk póki co przeszedł bez problemu, więc wymogi są mniej rygorystyczne niż na lotniskach. A tym scyzorykiem to robimy dużo rzeczy – od naprawiania okularów, przez krojenie jedzenia dla dzieci, po robienie kanapek, więc była by wielka szkoda…
Na koniec wpisu – niechaj będzie to już tradycją – zdjęcie lokalsów z dziećmi (z wyboru dzieci, lub lokalsów). Ponoć nie wypada w Chinach odmówić sobie zdjęcia, a definitywnie nasza szóstka jest nie lada atrakcją. Szczególnie Tamara, ale o tym chyba już wspominaliśmy…









Dodaj komentarz