[026] Ayutthaya – UNESCO w ruinie

W dzisiejszym epizodzie, dla odmiany, odwiedzimy kilka świątyń. I być może odnosicie wrażnenie, że Tajlandia składa się z samych świątyń, to nie martwcie się – mamy jeszcze kilka do omówienia. Zatem –  zapnijcie pasy (jak to nie ma?) i wskakujcie z nami do wagonu trzeciej klasy.

Pociąg klasy trzeciej

Ayutthaya (พระนครศรีอยุธยา), to miasto położone kilkadziesiąt kilometrów na północ od Bangkoku. Historyczne centrum znajduje się na liście UNESCO i jest mekką podróżników którzy zapuszczają się w głąb tajskiego lądu. Najlepiej dostać się tam pociągiem, co też uczyniliśmy – zerwaliśmy dzieci z łóżek skoro świt i wybraliśmy się na dworzec kolejowy. Musimy im oddać, że chyba pogodziły się z losem podróżników i bez większych problemów przeżywają takie akcje (tak jak z lataniem samolotami – turbulencje, starty, lądowania – nie robi to im większej różnicy – w przeciwieństwie do Niebieskiej która mimo tylu podróży dalej nie ufa tym metalowym pułapkom).

Jak miało być „skoro świt”, to jest skoro świt

Tutaj takie małe wtrącenie odnośnie kupna biletów na pociąg – można kupić maksymalnie 4 bilety w trakcie jednej rezerwacji, a gdy chcieliśmy zrobić drugą rezerwację – pociąg zniknął z aplikacji. Na inne pociągi można było kupić bilety nie wcześniej jak na 2 godziny przed odjazdem pociągu, więc planowanie podróży było mocno problematyczne. Z drugiej strony bilety za 20 bathów (około 2 PLN) rekompensuje sporo.

#TravelTip przy zakupie biletów aplikacja działa sprawniej, niż strona przewoźnika. I miej sporo cierpliwości.

Nasz pociąg był pociągiem wentylowanym. Oznacza to, że miał wiatraczki zwisające z sufitu i niezamykane drzwi. W prawdzie nie widzieliśmy tego, ale pewnie dałoby się wskoczyć w trakcie jazdy do środka, aczkolwiek nie jechał specjalnie wolno, więc takie wyczyny to na własną odpowiedzialność.

Podczas jazdy wiatraczki się nie kręcą, bo i tak jest przewiew od otwartych drzwi

No dobra, skoro jesteśmy w drodze (a może zająć od 40 min do 2:30h w zależności od rodzaju pociągu), to pomówmy o samym miejscu docelowym.

Ayutthaya

Po pierwsze weź zapamiętaj i wymów tę nazwę „Ayutthaya” – gdy pani w okienku na stacji zapytała, gdzie chcemy bilety (musieliśmy dokupić dwa bilety), to po moim zawahaniu i wyjąkiwaniu A-a-a-a, szybko zgadła gdzie chcemy jechać.

Ayutthaya to była stolic Syjamu, miasto powstałe w 1351 na zniszczonym przez ospę Lop Buri. Jest dobrze położone geograficznie (w delcie rzeki Menam), więc było ośrodkiem handlu z Chinami i Indiami. Kolejni władcy tej okolicy podbijali kolejne tereny tworząc królestwo Ayutthaya. Na przełomie XVII i XIX wieku żyło tu ponad milion mieszańców, czyli więcej niż liczba ludności ówczesnego Paryża, Londynu i Tarnowa razem wziętych!

W 1768 roku zostało podbite i zrujnowane przez wojska birmańskie i przez kolejne lata popadało w ruinę, a dżungla odzyskiwało kolejne terytoria.

Obecnie wciąż jest ważnym portem i ośrodkiem handlowo-przemysłowym, ale istotnym aspektem jest turystyka.

Dlaczego więc tutaj ludzie przyjeżdżają?

By pooglądać sobie ruiny. Tak, góra cegieł przyciąga rzesze turystów i zapewniło sobie miejsce na liście UNESCO.

I jak to wygląda?

I po to mnie ściągaliście z łóżka?

Tak jak brzmi – góra cegieł – ale robi naprawdę niesamowite wrażenie! 41 świątyń, z czego większość jest położona na centralnej „wyspie” (nie jest to technicznie wyspa, ale jest otoczona rzeką, więc przyjęło się tak to określać). I są to świątynie otoczone przestrzenią parkową, niezabudowaną innymi budynkami, więc spacerując pośród ruin doświadcza się niesamowitego spokoju.

Przestrzeń sprzyja medytacji i najwyraźniej jest świetnym obiektem do malowania, ponieważ spotykaliśmy bardzo dużo grup, które malowały fragmenty świątyń – zarówno szkolnych, seniorów jak i wszystkiego pomiędzy. Dzieci, rzecz jasna, pytały, czy można pożyczyć od nich farby, ale z oczywistych względów wniosek ten musiał zostać odrzucony.

#TravelTip Położenie świątyń w parku (albo parku dookoła świątyń) oznacza brak zabudowań. Brak zabudowań oznacza brak sklepów a to nas prowadzi do braku wody. O ile jesteście na piechotę weźcie ze sobą dodatkową wodę.

Ale na wejściu jest kawiarnia, która drukuje na kawie zdjęcie zabytku

Dotarliśmy zatem na miejsce i skorzystaliśmy z usług lokalnych tuktuków. Dużo kierowców oferowały opcję objazdówki po ważniejszych obiektach, ale w naszym odczuciu i z naszego doświadczenia – znaczna większość jest w odległości spacerowej.

 #TravelTip Rozważ, czy faktycznie potrzebujesz kierowcy podczas całego zwiedzania. Na dzień dzisiejszy 4 godziny to koszt około 600 bathów.

Nie śpię bo trzymam prang

Blogerzy najczęściej proponują wypożyczenie roweru i opcja ta brzmi naprawdę sensownie jak się już potrafi jeździć na dwóch kółkach i chce się „odhaczyć” jak najwięcej z listy ayutthańskiej. My jednak postawiliśmy na spacer by mieć czas na refleksje nad wybranymi przez nas obiektami – w końcu chodzi o jakość, a nie ilość. A tak na serio – gdybyśmy byli sami to na pewno też poszlibyśmy w rower.

Subiektywny wybór świątyń

A teraz trzymajcie się mocno, bo będą tajskie nazwy.

Zaczęliśmy od Watpramahathat. Obok zaś jest Watratchaburana, ale zdecydowanie gwiazdą programu był Watphrasisanpetch. Ostatnim punktem naszej wyprawy był Wat lokayasutharam, ale niestety był w remoncie, więc efektu łał nie było.

Zapamiętali?

Nie?

No to jeszcze raz:

Watpramahathat to świątynia królewska, w której były relikty Buddy. Budowę centralnej Pagody/Prangu (po europejsku – wieża) rozpoczęli podczas panowania króla Borommaracha I, zawaliła się podczas panowania króla Songthama zaś odnowiona w 1663 za panowania króla Prasata Thonga. W ruinach znajduje się taki posąg Buddy, który został pochłonięty przez drzewa i wystaje jedynie głowa. To właśnie ten element jest najbardziej charakterystycznym i najczęściej fotografowanym miejscem w Ayutthai. Przed drzewem – Buddą należy usiąść (jest to oznaka szacunku, zakazane jest robienie zdjęć na stojąco) na podeście przygotowanym dla podróżników.

Watratchaburana to świątynia ufundowana przez Borommaracha II, który postawił ją w miejscu kremacji jego dwóch braci, którzy zginęli, gdy pojedynkowali się ze swoim ojcem o sukcesję na tronie. Zaiste ciekawe sposoby przekazywania władzy. Centralny Prang jest otwarty do zwiedzania, do środka prowadzą bardzo strome schody bez poręczy, więc ostrożność wskazana. Prang ten robi niesamowite wrażenie, zarówno od podnóża jak i jego szczytu i jest najlepiej zachowaną tego typu wieżą spośród wszystkich świątyń. W 1957 roku została obrobiona z wielu wizerunków Buddy (zabrali gównie głowy, resztę ciała zostawili) i złoconych artefaktów. Złodzieje zostali później złapani, jednak mały fragment skradzionych dóbr udało się odzyskać.

Watphrasisanpetch to największa świątynia w Ayutthayi, miejsce pochówku trzech króli. Świątynia mieściła również siedzibę królewskiego sądu. Jest ona charakterystyczna z uwagi na trzy sąsiadujące pagody.

Parasolki można za darmo pożyczyć na wejściu by się ochronić zgodnie z nazwą para-sol

Wat lokayasutharam to kolejny śpiący Budda. Tyle, że tym razem ma kocyk, by mu zimno nie było. To znaczy powinien mieć, ale teraz jest niestety pozbawiony tej przyjemności, bo przechodzi spa. Na czas naszej wizyty podolog skończył już robotę i przekazał temu specjaliście od żylaków… Co ważne: w tej okolicy roi się od dzikich psów (i nie-dzikich turystów) które mają różne zamiary, wszędzie wiszą ostrzeżenia o tym by się do nich nie zbliżać.

Koniec końców widzieliśmy 18 spośród 41 obiektów wliczając w to: 4 zwiedzone, selektywnie wybrane, powyżej opisane świątynie; pomniejsze ruiny i stanowiska archeologiczne obok których spacerowaliśmy w parku; oraz migawki budowli które mijaliśmy tuk-tukiem (jeśli idziemy w ilość to możemy dorzucić jeszcze z 7 które „podziwialiśmy” na google maps).

Powrót

Powrót znów tuktukiem na dworzec kolejowy. Postanowiliśmy tutaj coś zjeść i zdecydowaliśmy się na miejsce, które sprawiało wrażenie, że nie wywoła reakcji żołądkowych. To była restauracja dosłownie na dworcu którą zdecydowanie polecamy. Nie dość, że jedzenie niedrogie (nazwijmy to średnią tajską półką cenową), to bardzo dobre. Mają różne kuchnie – również i zachodnie, aczkolwiek my próbowaliśmy azjatyckich wyrobów.

Nie jest to tuk-tuk ale też forma transportu

To tutaj jakby ktoś się interesował.

Pozostało poczekać na opóźniony pociąg. Ale nie wyszło to nam na złe, ponieważ doświadczyliśmy odtwarzanego kilka razy dziennie hymnu państwowego ku czci i chwale króla, a do tego należy dołożyć akompaniującego bezdomnego psa i mamy pełny obraz. Pozostał wskok do pociągu – tym razem pospiesznego, więc klasa wyżej jeśli chodzi o warunki i wygodę. A później metrem do domku i spać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *