Czy masz odwagę by wejść w paszczę smoka i przedrzeć się przez jego wnętrzności by osiągnąć nirwanę? Masz ku temu niebywałą okazję – wybierz się do Tajlandii, ponieważ czeka Cię na miejscu właśnie taka możliwość. Może trochę mniej wymagająca, ale zawsze to przygoda, czyż nie?
Świątynia Smoka
Wat Sam Phran (วัดสามพราน) to świątynia położona około 40 km od Bangkoku. Ale jak to, kolejna świątynia? Nie odwiedziliście właśnie miliona innych świątyń, również tych najważniejszych? To co pozostało do zobaczenia?
Zdecydowanie nie, ponieważ ta wyróżnia się tym, że budynek świątyni ma 80 metrów (17 pięter) i otacza go gigantyczny smok, przez którego trzewia można przejść.

Jak się możecie domyśleć, dzieci były zmęczone na samą myśl, że znów się wybieramy do kolejnej świątyni, ale gdy zobaczyły gdzie dotarliśmy – szybko zmieniły ich twarze się ożywiły i koloryt wrócił na tablicę.
Świątynia ma 80 metrów wysokości, co odwołuje się do faktu, że Budda zmarł mając 80 lat. Droga przez wnętrze smoka symbolizuje drogę człowieka od piekła do nieba, od rozpaczy do szczęścia.
Świątynia jest koloru różowego, co ucieszyło Aurorę i Makarego (Baltazara nieszczególnie, ale przebolał to – smok wynagrodził wszystko).


Świątynia jest darmowa, aczkolwiek datki są mile widziane, gdyż to z nich się utrzymuje.
Jest to pierwsze miejsce, gdzie Niebieska nie musiała przywdziewać długich spodni – przypuszczamy, że wynika to z faktu iż większość obsługi były kobietami – tak to były mniszki (jak się to miło odmienia) i to był pierwszy raz gdy takie okazy spotkaliśmy. By dopełnić obrazu – mniszki przywdziewały białe szaty. Tu znów odwołujemy się do tajskiego buddyzmu, kiedy to wąż Phaya Naga nie dostał sił duchowych od Buddy, więc przybrał ludzką formę i udało się zmienić stan rzeczy – Budda zaś uczynił go mnichem, który dla odmiany ma nosić białą szatę.
Zaczęliśmy zatem wspinaczkę wnętrzem smoka – rzecz jasna dzieci wybiegły do przodu i tylko my, rodzice (i Tamara w nosidle) powoli człapaliśmy sobie przez kolejne bramy szczęścia (jest ich 17).

Dotarłszy na szczyt spotkaliśmy mnicha z Australii – tj. mnicha, który jest Australijczykiem, ale identyfikuje się tajsko. Wytłumaczył nam kilka rzeczy, na przykład jak się składa życzenia u Buddy. Należy wrzucić pieniążka do środka (dziurka była tam gdzie pępek), następnie pogłaskać go po brzuszku (buddę, nie mnicha), pomyśleć życzenie i pogłaskać siebie po głowie. Dzieci z radością powtórzyły wszystkie kroki, zaś Baltazar nawet zagadywał do mnicha po angielsku (nie jest to pierwszy raz, ale za każdym napawa to dumą).




Zaraz obok było miejsce, gdzie brało się wianek kwiatów koloru odpowiadającego dniu urodzin (były też dwa kolory jokery: biały – na każdy dzień tygodnia i sytuacje gdy nie ma się pewności w jaki dzień tygodnia się człowiek narodził i czarny – nieskończonej miłości), robiło z tym wiankiem trzy kółka wokół ołtarza – pierwsze w intencji kogoś z rodziny, osoby bliskiej, drugie w intencji siebie, trzecie w intencji kogoś kogo się nie zna.
Zapewne można by wypytać o więcej zwyczajów buddyjskich, ale dzieci zobaczyły wielkiego słonia i gigantycznego żółwia (takie rzeźby) w ogrodach i już były w drodze do paszczy smoka.
Po zejściu na dół (albo zbiegnięciu) zaczęliśmy spacer w kierunku drugiego budynku z wielkim Buddą – widzieliśmy po drodze niemałego warana, który sobie spacerował jak gdyby nigdy nic (jaka wielka jaszczurka!) i zostaliśmy zatrzymani przez panią mniszkę, która ma również swojego instagrama:

Trochę słabo to widać, ale każda z płyt chodnikowych ma odciśnięte dłonie lub stopy, przypuszczamy, że to wychowankowie tegoż przybytku. Podążyliśmy ścieżką tych odcisków i natrafiliśmy na rzeźby wielkich zwierząt – słonia, pawia, delfinów, tygrysa, czy żółwia. Nigdzie, gdzie czytaliśmy o tej świątyni, nie było wspomniane o tym spacerniaku – a z naszej strony zdecydowanie polecamy – bardzo przyjemna ścieżka i to praktycznie cały czas w cieniu!
Czy warto odwiedzić? Niebieska stwierdziła, że to jej ulubiona świątynia w Tajlandii i chociaż może dawać wrażenie takiego post apokaliptycznego tworu, to póki co stoi – nie pomijajcie jej w swoich planach podróżniczych, zejdzie trochę z ubitego szlaku póki jeszcze nie ma tutaj tłumów.
















Kapliczki
Jednym z ciekawych aspektów buddyzmu są wszechobecne małe kapliczki. O ile osobie pochodzącej z kraju Papieża Polaka nie powinno to być czymś szokującym, to osobliwe jest jak wyglądają i co się do nich wkłada.

Kapliczki wyglądają jak małe domki i nie wszystkie mają gdzieś figurkę buddy. Często takie kapliczki buduje się dla duchów, które zamieszkiwały teren, na którym wybudowało się swój dom. Wiecie, taka nagroda pocieszenia, coś jak kwestia Indian i Hiszpanów w Ameryce.




O taką kapliczkę się dba, czyści i wyposaża się w zasoby żywieniowe – jedzenie i picie, by duchy chroniły włości. Co ciekawe duchy najwyraźniej przez swoją niematerialność nie radzą sobie z piciem z gwinta, więc trzeba im dać słomki. Z tego powodu w krajach azjatyckich nigdy nie przyjmą się słomki z papieru, czy makaronu.

Jeśli zatem idąc na spacer zobaczycie taki mały domek z jedzeniem – nie częstujcie się, to nie dla was.


Dodaj komentarz