Naszego absolutnie pierwszego dnia w Indiach, miejscowy powiedział, że by zobaczyć Nowe Delhi wystarczy 2 dni, a najlepiej to radził uciekać od razu. Ale my, po odwiedzeniu cudownych, zapierających dech w piersiach miejsc wciąż znajdujemy ciekawe punkty hinduskiej stolicy. No kto by pomyślał!
New Delhi
I oto powróciliśmy do naszej bazy-matki w Indiach. Znów Główny Bazar, znów tłumy, ścisk, pełnia zapachów (zarówno tych niesamowitych jak i tych, które powinny pozostać w prywatnych komnatach) i zbliżający się czas odlotu. Nie jest to moment, by odpoczywać, leżeć w hotelu i oglądać bjaki – oj nie… Nie z nami! Chociaż trzeba było się przegrupować. Zaufaliśmy właścicielom naszego hotelu w którym wcześniej mieszkaliśmy i pozostawiliśmy jeden z naszych „większych” plecaków na przechowanie podczas naszych wojaży po Radżastanie. Ku naszej uldze, po dwóch tygodniach wszystko było na swoim miejscu, a pokój już na nas czekał. Przyjechaliśmy niemal jak do siebie – wiedzieliśmy jak zamówić obiad (czyli godzinę wcześniej), jaką kombinację przełączników wcisnąć, by włączyć odpowiednie oświetlenie no i gdzie zdobyć prowiant – w szczególności super tani zielony groszek (przekąska numer jeden na naszych spacerach). Przygotowani do drogi – włączyliśmy aplikację geocaching i ruszyliśmy na polowanie!

Baoli
Indie nie należą do najgęściej zaludnionych keszami (dla niewtajemniczonych, przypominamy, że są to poukrywane skrytki, których lokalizacja jest wskazana za pomocą koordynatów GPS, ukryte w miejscach, które warto odwiedzić ze względu na historię, szczególne znaczenie czy po prostu pięknych widoków. Więcej szczegółów znajdziecie na www.geocaching.com). By zatem coś „upolować” należy oddalić się od centrum. Wybrany kierunek nie był jednak przypadkowy – Niebieska zrobiła wcześniej rozeznanie i nasza trasa skierowana była w stronę Agrasen ki Baoli – jednaj z najbardziej znanych schodkowej studni w Indiach.




Baoli बावली (w innych częściach Indii nazywane vav) są studniami których dna można dosięgnąć po schodach. Te zejścia są zasadniczo ułożone w postaci takiego korytarza schodzącego ku dołowi, często są bardzo szerokie. Najwyraźniej hindusi mają jakieś szczególne upodobanie do stopni (temat rzeka) więc zakładamy, że poza wygoda ma to wymiar duchowy.
Ale wracając do architektury: budowle te miały całkowicie użytkową rolę – miały gromadzić wody deszczowe, lub dawać dostęp do wód gruntowych, dając możliwość przetrwania suchych okresów. Z racji swojej konstrukcji stały się miejscem spotkań, dając przestrzeń na interakcje towarzyskie, biznesowe, czy po prostu miejsce, gdzie jest trochę chłodniej. Najwięcej zachowanych powstało na przestrzeni XVII – XIX wieku zarówno w Indiach, jak i innych krajach zmagających się z niedoborami wody.
Agrasen ki Baoli – to jeden z najbardziej popularnych baoli. I jednocześnie jeden z najstarszych – datowany jest na XIV-XV wiek, chociaż niektórzy twierdzą, że założył ją jeszcze władca Agrasen – król żyjący w okolicy 3100 roku p. n. e. Jak widać, rozbieżność jest niemała! Wprawdzie najstarszą studnią schodkową na terenie Indii datuje się już na II. wiek n. e., zaś Inskrypcje Aśoki z III w. p. n. e. wspominają o tym, że władca Aśoka kazał sadzić drzewa oraz budować studnie by pomóc wędrującym przez pustynie, ale w Delhi to właśnie Agrasen ki Baoli jest najstarszym ujściem wody.




Zejście składa się ze 108 stopni, co ma znaczenie w hinduizmie, bo z tylu paciorków składa się mala – hinduistyczny różaniec (to by było na tyle jeśli chodzi o laickość w kwestiach studniowych).
Z tych studni korzystano zarówno jako miejsce do kąpieli, prania, czy czerpania wody do rolnictwa – ale także do pojenia zwierząt. Wiadomo – nie zawsze się do tego ograniczano, więc takie ujęcia wody często stawały się źródłem wszelakich epidemii.
Groszek i studenci
Wybraliśmy się w to miejsce komunikacją publiczną – dosyć często korzystaliśmy z metra w Nowym Delhi. Mimo tego, iż dojście na najbliższą stację wymagało od nas przedarcie się przez pół Głównego Bazaru (najbardziej zatłoczoną ulicę w Delhi, przylegającą do dworca kolejowego), odmówienie dziesiątką ofert od riksziarszy, wdrapanie się na kładkę nad torami, przeciśnięcie się przez tłumy na tejże, zjechanie do podziemi, przejście przez bramki kontroli (czyli rozłożenie wózka na części pierwsze – również z odczepianiem kół, ponieważ taśmy skanujące były zbyt małe), przejście przez zatłoczoną stację, dopchanie się do peronu i wciśnięcie się do wagonu metra. Każdy z takich przypadków dodawał kilku siwych włosów i już na początku wyprawy sprawiał, że ubranie było spocone.


Wysiedliśmy w jakby innym mieście – trafiliśmy na coś, co można by porównać z dzielnicą korporacyjną na miarę warszawskiego Mordoru – chociaż z hinduskim twistem. Znajdowały się tam zatem szklane wieżowce, a także obwoźni sprzedawcy jedzenia ulicznego. Ale arteria była szeroka, zaś chodniki w miarę równe.
Krajobraz dosyć szybko się zmienił na taki z bardziej osiedlowym charakterem, gdy skierowaliśmy się ku keszowi. Skrytka była wymówką, celem pośrednim – a do tego nieosiągalnym, ponieważ otoczenie studni akurat było remontowane, więc teren był zamknięty (chociaż i tak w końcu przeszliśmy przez zabezpieczenia i go złapaliśmy). Same wejście do baoli stało otworem, a co ważne – wejście jest bezpłatne, ale pilnowane przez ochroniarza (który nie pozwolił nam wnieść wózka do środka, więc ponownie przyszło nam zaufać hinduskiej opatrzności bożej i zostawić naszą furę na parkingu niestrzeżonym – tj. przy wejściu do obiektu).


Miejsce jest zasadniczo wielkim prostokątem, którego dno pokrywają schody, zaś na ich końcu znajduje się woda. Trzy piętra głębokości, obudowane zdobionymi fasadami zbudowanymi z ułożonych na sobie kamiennych bloków – co ważne nie połączonych zaprawą – co jest celowym zabiegiem, ponieważ pozwala to na filtrację wód gruntowych.
Zatem było to świetne miejsce na odpoczynek – a nie byliśmy tam jedynymi. Oprócz turystów dostrzegliśmy grupy studentów, którzy najwyraźniej kontynuują wiekowe tradycje zarówno miejsca baoli, jako miejsca spotkań i odpoczynków, a także braci studenckiej – na wspólnym obijaniu się i korzystania z ostatnich lat beztroskiej młodości (rzekł to zmęczony 35-latek).


My również skorzystaliśmy z możliwości i się wygodnie rozsiedliśmy by spałaszować nasz prowiant. Musieliśmy się podzielić na mniejsze grupki, ponieważ Tamara była za mała na jedzenie surowego groszku więc musieliśmy odwrócić jej uwagę (niezmiennie mamy w głowie zdjęcie przekroju tchawicy dwulatka, który zmarł na skutek uduszenia połówką fistaszka…).
Odpoczywaliśmy śledząc tor lotu sokołopodobnego ptaka, który kręcił się po okolicy (niestety nie upolował żadnego z gołębi, które swoim zwyczajem zanieczyszczały przestrzeń miejską).
Siedząc tak, oczywistym skojarzeniem, które nam się nasunęło była sceneria z filmu Christophera Nolana – „Batman: The Dark Knight Rises”, kiedy to tytułowy Batman został porzucony przez Bane’a w głębszej wersji studni – ta filmowa jest jednak wizją artystyczną (inspirowaną największą tego typu studnią – Chand baori z Radżastanu), więc na próżno poszukiwać jej w okolicy.

Kapliczki Masala (po hindusku)
Religijność jest ważnym aspektem życia hindusów. Dlatego nie powinna dziwić obecność świątyń, małych miejsc kultu, czy kapliczek. Te ostatnie zwane są mandirami i jest ich bardzo dużo, czasem jest to całe piętro budynku, innym razem 4 kolumny zadaszone kamieniem (ale zamknięte kratą i wypełnione kwiatami). Dokładnej ilości nie da się wskazać, ponieważ często powstają nielegalnie, ale szacuje się, że w samym Delhi jest ich pomiędzy 500-2000. Niebieska była bardzo zafascynowana tymi obiektami, można znaleźć w nich odniesienie do wiejskich kapliczek przydrożnych ale ich mnogość była wręcz porażająca. Trochę tak jakby każdy chciał mieć swoją własną kapliczkę bo „mój bóg jest lepszy niż Twój” – wydaje się to wielce prawdopodobne biorąc pod uwagę ilość bóstw w tamtejszym panteonie, na pewno każdy może znaleźć coś dla siebie.



Mandirami są nielegalnie, ponieważ formalnie powinno się uzyskać pozwolenie na ich konstrukcje, ale ludzie nie mają w zwyczaju się tym za bardzo przejmować. Władze zaś przymykają na te praktyki oczy – po co powodować niepotrzebne wzburzenie pośród społeczności?
Przechadzając się uliczkami Delhi – mam tu w szczególności na myśli okolice naszego hotelu – widzieliśmy sporo mieszkań przerobionych na miejsce kultu. Tu również nie ma formalnych ram, chociaż obsługa trzyma się zasad hierarchicznych. Zazwyczaj rozróżnia się właściciela/fundatora/patrona oraz kapłana – Ci ostatni zaś tradycyjnie są bramini – najwyższą kastą. Chociaż to też zależy od dostępności takich osób, zaś władze próbują walczyć z podziałem kastowym społeczności, więc czasem jest to jakaś szanowana postać, która zna rytuały i może poprowadzić obrzędy. Pod tym względem kościół katolicki jest o wiele bardziej restrykcyjny i zaborczy…




Kama-ich-ta-sutra
Jak wiemy, joga wywodzi się z Indi. A co się dzieje, gdy nie ma miejsca, stroju do jogi, a jest trochę prywatności? Tak, zgadliście – powstaje joga dla dorosłych, spokój, wyciszenie i statyczne pozy nie są w niej priorytetem.
No dobra – widać jak to niedouczony, zachodni ignorant spłaszcza całą kwestię. I fakt, że kamasutra funkcjonuje jako książka z obrazkowymi instrukcjami wymyślnych pozycji łóżkowych w ogólnym postrzeganiu, nie usprawiedliwia powtarzania tych półprawd.

Kamasutra, to dzieło mówiące o relacjach, miłości i życiu społecznym. Porusza takie kwestie jak relacje między kobietą i mężczyzną, małżeństwo, sztukę uwodzenia, normy obyczajowe a nawet rolę kobiet w społeczeństwie. Napisana została pomiędzy III a V wiekiem n.e., więc raczej nie można się spodziewać zbyt feministycznych rad, ale to i tak coś więcej niż „instrukcja jak urozmaicić życie łóżkowe i zwichnąć sobie przy okazji jakiś staw”.
Nie można powiedzieć, że dużo tego tematu spotykaliśmy na swojej ścieżce – temat seksu wydaje się być tematem tabu i ludzie raczej się nie szkolą w kamasutrze na lekcjach wiedzy z dzieł antycznych.
Ale można znaleźć pewne dzieła sztuki, a właściwie fragmenty, które z dużą dozą pewności nawiązują do niej. I jest to całkiem abstrakcyjne doświadczenie zobaczyć w świątyni – miejscu kultu i modłów – reliefy z postaciami eksponującymi swoje przerysowane przyrodzenia. Takie rysunki w Europie możemy raczej znaleźć na ścianach publicznych toalet, ławek szkolnych i na marginesach znudzonych lekcją uczniach.*


*sprostowanie mojej żony, naczelnego średniowiecznika w rodzinie: w gotyckiej architekturze zachodniej, zwłaszcza na terenach Francji pojawiały się rzeźby które wołały o pomstę do nieba. Znanych jest co najmniej kilka przykładów płaskorzeźb z przerośniętymi fallusami a to tylko najłagodniejsze z przykładów. Co ciekawe umieszczanie one były na katedrach, najczęściej w miejscach gdzie zwykły zjadacz bagietki nie był w stanie ich zobaczyć. Kamieniarze najwyraźniej cechowali się wielkimi cojones, że pozwalali sobie na takie folgowanie na świątyni ku czci Boga.
Świątynia Lotosu

Bywało tak, że mimo naszych starań, nie udawało nam się dostać w wybrane miejsce. Nawet jeśli mieliśmy je na wyciągnięcie ręki.
Tak było ze Świątynią Lotosu – jedną z najbardziej rozpoznawalnych budowli Nowego Delhi. Zbudowana w 1986 roku (hello Czarnobyl!) mierzy ponad 34 metry i składa się z 27 marmurowych płatków lotosu. Jest to świątynia bahaistów, ale jest otwarty dla wszystkich religii – nie ma w środku ani ołtarzy, ani obrazów, a panująca wewnątrz cisza ma skłaniać do zadumy i pomagać w modlitwie. A przynajmniej tak wyczytałem, bo – jak już wspomniałem – nie udało się nam wejść do środka.

Dotarliśmy do otaczającego go parku, ale przestrzeń była oddzielona płotem, zaś teren świątyni wydawał się opuszczony. Może był w jakimś remoncie, albo totalnie nie trafiliśmy w czas – a może podeszliśmy od złej strony? Trudno stwierdzić. Jednak nasza wizyta zakończyła się na podziwianiu budowli z odległości. Dzieci wprawdzie skorzystały – mieli do dyspozycji plac zabaw, gdzie nawet przyszło im się integrować z lokalną dziatwą!
Jeśli ktoś się wybierze w odwiedziny świątyni, to dajcie znać jak tam faktycznie jest!


Irlandia w Indiach
Dzień Świętego Patryka – narodowe święto Irlandii, jest również przez nas z radością obchodzone. I chociaż początkowo wynikało to z prostej miłości do tego kraju, jego kultury i całego celtyckiego klimatu, to od roku 2020 jest to również nasze święto – ponieważ właśnie wtedy wzięliśmy ślub! Piękny moment, dwa dni wcześniej zostały wprowadzone COVIDowe restrykcje, granice zostały zamknięte i konsul w Pradze już miał odwołać nasz ślub, ale w drodze wyjątku dopuścił do ceremonii tylko nas (i świadków), bez osób towarzyszących. Oznaczało to, że nawet nasze dzieci nie mogły nam towarzyszyć w tej chwili – niech ktoś pobije jeśli chodzi o skromność uroczystości!


Konsekwencją tego wszystkiego jest fakt, że 17. marca, który nas dopadł w Nowym Delhi, trzeba było w jakiś sposób świętować. Internetowy przegląd dostępnych irlandzkich pubów dał mierne wyniki – najbliższy nas od kilku lat już nie istniał (chociaż i tak się na wszelki wypadek wybraliśmy na miejsce – być może pub pojawiał się tylko spragnionym podróżnikom?), zaś druga „restauracja” była kawałek od centrum.
No ale nie odpuszczamy – wybraliśmy się na miejsce. Sporo czasu poszukiwaliśmy samego przybytku, bo znajdował się on w kilkupiętrowej galerii handlowej z labiryntem korytarzy i miejscówek.
Na miejscu spodziewaliśmy się tłumów – ale byliśmy jedynymi klientami. Najwyraźniej Irlandczycy nie pozwalają sobie na podróżowanie w okolicach tego święta, tylko zostają tam, gdzie jest dostęp do Guinnessa. Bo tu niestety go nie było, więc zadowoliliśmy się zielonym piwem.
Ale i tak nie narzekaliśmy – byliśmy razem i mogliśmy świętować kolejny rok szczęścia bycia ze sobą.
Więc w najbliższe święto Świętego Patryka – 17. marca, wspomnijcie nas ciepło .



Dodaj komentarz