Przyjeżdżając do nowego miejsca, rzucamy się niczym wygłodniałe psy na najjaśniejsze atrakcje danego miejsca – wszak coś nas tam przywiodło. Ale najbardziej popularne obiekty stanowią jedynie mały fragment całości. Ludzie tam żyją i z pewnością nie myślą tylko o tym, że 500 metrów dalej stoi obiekt wpisany na listę Światowego Dziedzictwa (chociaż w Udaipurze to akurat nic nie ma). Zatem po zwiedzeniu najważniej atrakcji jaką jest Biały Pałac wybraliśmy się na spacer dookoła jeziora. A, że woda w Indiach to temat-rzeka to już się przekonaliśmy wielokrotnie.

Malowane domy
Wspomnieliśmy we wcześniejszym wpisie o naszej rutynie usypiania dzieci i moim spacerowaniu wieczorową porą z małą w nosidle. Często w ramach takich spacerów wybieram się na zakupy – czy to znaleźć coś do przegryzienia, czy też uzupełnić zestaw na następny dzień. Wyszukuję sklep na mapie, lub powracam myślami do obserwacji z poprzednich dni i ruszam na polowanie.


I tak – spaceruję z rurką PCV, by odgonić się od bezpańskich psów. A jak w całej Azji – jest ich tu sporo. Zdarzało się, że przezornie zmieniałem trasę widząc mała sforę czekającą na naiwniaka, który zdecyduje się przejść tamtą uliczką. I tak właśnie sobie krążyłem pomiędzy budynkami, kiedy zwróciłem uwagę, że część z domostw jest ozdobionych malunkami. Hinduskie Zalipie? Może za daleko idące porównanie, ale zdecydowanie jest to urzekający widok.
Tematyka tych malunków jest dosyć powtarzalna – obok motywów roślinnych i przedstawień pawi i słoni, najciekawsze i najbardziej inne od tego co do tej pory widzieliśmy, są malunki hinduskich procesji. Są to postacie namalowane z profilu, wystrojone, zarówno kobiety jak i mężczyźni z instrumentami, proporcami i bronią. Ubrania są pełne kolorów i ozdobników, a wystrojeni są nie tylko ludzie, ale słonie, konie i wielbłądy. Widać tu radość i taniec, szczególnie właśnie dzięki kolorowości strojów. Ale chyba najbardziej przyciągającym wzrok jest podobieństwo twarzy wszystkich uczestników – i chociaż różnią się pewnymi niuansami, to na pierwszy rzut oka wygląda jakby artysta miał wykupioną licencję na tylko jedną twarz męską i kobiecą.
Przykłady takich malunków już widzieliśmy w Pałacu Miejskim, ale malunki te znajdują się na terenie całego miasta i robiły wrażenie. Poza samym aspektem wizualnym pełnią one funkcję dokumentującą historię Udaipuru ale także służą rozwojowi lokalnej turystyki. Służą jako namacalny przejaw bogatego dziedzictwa miasta.
Szczególnie fajną kwestią jest, że wcale nie wyglądają na zniszczone, a wręcz jakby były świeżo namalowane – czyli tradycja jest ciągle żywa i kultywowana. Tak, znów przychodzi na myśl Zalipie, tylko tam to co rok zamalowują stare malunki, by nanieść nowe.








Jak nie rzeka, to jeziora
Przez Udaipur płynie rzeka Ayad. Ale umówmy się – nazwa „Wenecja Wschodu” pochodzi od głównych jezior – stąd też mówi się o nim Miasto Jezior. A tych jest pod dostatkiem: Pichola, Fateh Sagar, Udai Sagar, Rang Sagar, Swaroop Sagar, Badi, Doodh Talai, Goverdhan Sagar, Jaisamand i Rajsamand (pomineliśmy te sezonowe). Część z nich jest sztucznymi zbiornikami stworzonymi za czasów świetności dynastii Mewar.
My mieliśmy okazję lepiej poznać jezioro Pichola. Przyznam, że pierwszą moją myślą było „czy da się przebiec dookoła tego zbiornika?” – po tym jak dobrze się bawiłem obiegłszy zbiornik w Hanoi (Kto panu tak zafugował?), ale przypomniałem sobie, że jest tu dużo bezpańskich psów, a po moich akrobatycznych wyczynach zwieńczonych zerwanym paznokciem (Radżastan: białe miasto) ideę przerzuciłem do zakładki „nierealizowalnych”.








Ale jezioru nie odpuściliśmy i wybraliśmy się na rejs na jedną z wysp. Wprawdzie trafiliśmy na inną, aniżeli Niebieska planowała, ale i tak było ładnie. Jeśli ktoś poszukuje bardziej zjawiskowych hoteli, to właśnie jedna z tych wysp – Jag Niwas – jest jednocześnie hotelem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Udaipuru. My zaś dopłynęliśmy na Jag Mandir – również pałac, ale z przestrzenią restauracyjną, mini-ogrodem i mini-wystawą.
By się tam dostać, należy wybrać się do Pałacu Miejskiego i dotrzeć tak do 1/3 wysokości wzgórza od strony parkingu słoni/lokomotywy, ponieważ tam jest przystań, z której wypływają barki. Bilet kupuje się na przepłynięcie, ale nie na konkretną godzinę. Podobnie z powrotem – wraca się dowolną barką, więc jakby człowiek się uparł, mógłby na tej wysepce spędzić cały dzień (ale raczej by się zdążył znudzić).
Ponieważ nie ma tam żadnej infrastruktury poza budką biletową i ocienioną poczekalnią, po raz kolejny w naszej hinduskiej podróży musieliśmy „porzucić” wózek mając nadzieję, że będzie na swoim miejscu gdy wrócimy (był).








Gołąb-friendly
Nie odpuszczaliśmy Jezioru Pichola i po rejsie zaatakowaliśmy je od brzegu. Idąc od starego miasta, można dotrzeć do samego jego brzegu, a po przerzuceniu wózka przez bramki – nawet podejść na samo jego nabrzeże.
Miejsce, które szczególnie upodobała sobie Aurora, nazywa się Gangaur Ghat, i tu chcemy zwrócić uwagę szczególnie na tę drugą część nazwy – Ghat. To takie schody wchodzące do rzeki, jeziora czy morza. I są one bardzo istotne w sferze duchowej i społecznej w Indiach. Wierzy się, że codzienna kąpiel o wschodzie słońca oczyszcza duszę i obmywa ją z grzechów. Szczególnie mocno to działa w przypadku świętych rzek, takich jak Ganges, czy Jamuna (oj z tym oczyszczaniem w Gangesie to trochę niefortunny wybór). Na takich schodach ludzie modlą się i medytują. A także i kończą swoją wędrówkę po tym świecie – na dedykowanych, pogrzebowych ghatach odbywają się kremacje, które pozwalają wyrwać się duszy z kręgu reinkarnacyjnego i pozwala od razu przejść do zbawienia (moksza). Tutaj szczęśliwie nie palono zwłok, więc przyszło nam spokojnie pozwiedzać.
Przy zachodzącym słońcu tworzy się piękna sceneria, szczególnie do sesji fotograficznych, którą to sporo ludzi skrzętnie wykorzystywała.
My również nie omieszkaliśmy spróbować zrobić sobie kilku zdjęć, więcej uwagi jednak poświęciliśmy widokowi. A przynajmniej my – rodzice – bo dzieci znalazły sobie rozrywkę. Na placyku było sporo gołębi… chyba nie trzeba dodawać jak to się mogło rozwinąć? W niechęci do gołębi wychowani (kto żył w Krakowie, ten zrozumie), puścili się gonić za pierzastymi fujkami. Szybko podszedł do nas jeden z handlarzy, by zwrócić nam uwagę, że jest to zakazane, a nawet można dostać mandat wysokości tysiąca rupii! Świadczyć o tym miała napisana informacja na ścianie. Machnęliśmy na to ręką, ale zdecydowanie daleko nam do zrozumienia logiki – tam, gdzie są duże ilości gołębi, tam można się spodziewać brudu, który zdecydowanie zniechęca do tego by sobie przysiąść, nawet zakupić coś u licznych sprzedawców i podziwiać sobie widoczki.








Podążając wzdłuż wybrzeża można napotkać całkiem sporo ghatów- przy samej północnej części jeziora Pichola google maps wskazuję przynajmniej 5, a są to tylko te bardziej popularne. Z jakiegoś powodu Udaipur nie oferuje jeszcze wynajmowania indywidualnych łódek, albo nawet rowerków wodnych – wydaje się to najlepszym miejscem w całym kraju (a przynajmniej tej części, którą przyszło nam odwiedzić). Ktoś ma ochotę na rozkręcenie biznesu?





Wózek? A po co to komu?
W ramach naszego kręcenia się po okolicy, przeszliśmy przez most Swaroop Sagar. Nazwa pochodzi od jeziora, które jest połączone z opisywanym jeziorem Pichola (kto decyduje kiedy dane jezioro jest już innym jeziorem?) i ponoć jest kolejnym z miejsc, które trzeba odwiedzić, by zrobić sobie wspaniałe fotografie w złotej godzinie. Wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że na wejściu i zejściu zamontowane są bramki blokujące możliwość wjazdu rowerom i skuterom na most. No i wózkom również – ponownie musieliśmy się odwołać do prostej siły, by przerzucić wózek przez tą przeszkodę. I co ciekawe – ta konstrukcja również uniemożliwiała przedostanie się starszym osobom poruszającym się z pewną formą balkoniku – tutaj miałem okazję pomóc przerzucić na drugą stronę balkonik (nie właścicielkę na szczęście), więc można powiedzieć, że zabezpieczenie jest zaprojektowane z nadgorliwością.








Po drugiej stronie mostu trafiliśmy na bardzo przyjemną okolicę. Jest tu kilka restauracji, sporo sklepów z ręcznie robionymi ubraniami i biżuterią, hotele i hostele – ale za to z bardzo małym ruchem samochodowym. Można było odnieść wrażenie, że to pewna forma bohemy, a przynajmniej na taką figurowało – ścienne murale już nie nawiązujące do wcześniej opisanych malowideł pomagały w osiągnięciu takiej atmosfery.
Krążyliśmy po tej drugiej stronie, by dotrzeć do kolejnej przestrzeni kultu religijnego. I tak, znów musieliśmy przerzucać wózek przez zabezpieczenia (ten wózek sporo czasu spędza w powietrzu). W gwoli ścisłości – na takie okoliczności prawie zawsze wyciągamy dziecko z niego. Ale tam też sobie przycupnęliśmy i popodziwialiśmy widoki, zaś dzieci ruszyły w długą – biegały wzdłuż wybrzeża jakby uczestniczyły w swojej osobistej olimpiadzie.
Można by zaryzykować stwierdzenie, że chociaż poza terenem Starego Miasta, ta część Udaipuru jest równie atrakcyjnym miejscem, by wybrać hostel, jak to, co wybraliśmy my.
Tym którzy nie sądzą, że w Indiach może być spokojnie, cicho i czysto polecamy (po raz kolejny) to miasto. Spędziliśmy tam późne popołudnie i podziwialiśmy ciepły, pastelowy zachód słońca.









Małpy i pelikany
A tak na koniec rzucimy okiem, co można znaleźć w pobliskim parku znalezionym na mapach google o tutaj.
Jak zawsze – podróżowanie z dziećmi wiążę się niezbywalnie z poszukiwaniami placu zabaw. I niestety – Radżastan nie grzeszą ich powszechnością – dlatego też kierując się zwykłą logiką, uznaliśmy, że park jest miejscem z potencjalną przestrzenią by dać się dzieciakom wybiegać.
Czy trafiliśmy w dziesiątkę? Teoretycznie tak – z jednej strony po parku jeździła malutka kolej wąskotorowa, która zapraszała dzieci do namawiania rodziców na wydawanie pieniędzy – sklepy ze słodyczami i zabawkami, restauracja ze śmieciowym (nie w sensie hinduskim) jedzeniem i jeszcze więcej zabawek na samej stacji początkowej. Przy naszej pierwszej wizycie w parku jedynie popatrzyliśmy na kolejkę i skierowaliśmy się do znalezionego oznaczenia na mapie parku, sugerującego plac zabaw.
I proszę – oto i on! Piękny, ogromny i wyposażony! Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale tak – znaleźliśmy chwilę oddechu, zaś dzieciaki możliwość spalenia nadmiarowej energii.

Dzieci bardzo dobrze się bawiły, ja pisałem wpisy, a później Niebieska tworzyła grafikę dla jednego ze swoich klientów. Jedyne zgrzyty pojawiły się, gdy Baltazar nabawił się poważnych odcisków dłoni wieszając się na drabinkach (musiały się trochę nagrzać w słońcu), zaś niedługo później jeden hindus zaczął sobie przesiadywać zdecydowanie zbyt blisko bawiących się naszych dzieci i próbował nawiązać jakąś rozmowę. Przezornie się zbliżyłem i przez to uciąłem wszelkie próby w zarodku.
W parku oprócz wspomnianych obiektów znajduje się również małe zoo ale z ptakami. I musimy oddać – nienajgorsza kolekcja! Jednak najbardziej nasze dzieci zafascynowały pelikany indyjskie. Nie są to najmądrzejsze z ptaków – zwierzęta te próbują połknąć wszystko, co się rusza. Gdy zatem takie małe stwory podchodziły do ich klatki, naturalną koleją rzeczy było, że tamte porównywały rozmiary Tamary w stosunku do ich paszczy. Ale największej efektu dawały dźwięki przez pelikany wydawane – coś pomiędzy świnią, otwierającymi się drzwiami i niedźwiedziem. Dzieci od razu podchwyciły i tak sobie „rozmawiali”. Radości było co niemiara!
A jeśli chodzi o dzikie zwierzęta – kierując się do wyjścia trafiliśmy na małpy. I nie – nie kilka – cale stado małp! Gatunek Hulmanów jest jedynymi spośród naczelnych (poza ludźmi) którzy przystosowali się do życia w temperaturach dochodzących do 50℃. Siedzące, niby grzecznie sobie na całej szerokości ścieżki, rozmiarem to było większe od połowy naszych dzieci. Niby przywykliśmy do ich obecności w Delhi ale te tamtejsza odmiana była dużo mniejsza (ciekawostka – w stolicy są tresowane do odstraszania innych dzikich zwierząt). Zdecydowaliśmy się pójść inną drogę. Inną ścieżką, gdzie również były obecne, ale w zdecydowanie mniejszej ilości. Oj to był spacer z duszą na ramieniu… Nie wyobrażam sobie życia w otoczeniu z takimi zwierzakami. Pozostanę przy Europie, dziękuję bardzo!









Dodaj komentarz