Dzisiaj będzie krwawo! I to w Białym Mieście, więc lepiej złapać z środki do czyszczenia, by plamy nie pozostały… A szkoda by było, bo ładne to takie.
Rajastan
Albo Radżastan (wszak Polacy nie gęsi, swój zapis nazw własnych mają) – राजस्थान – to stan w północno-zachodnich Indiach i jest największym regionem w kraju. Jest to teren głównie pustynny i półpustynny, więc jest bardzo zależny od pogody i dostępu wód. W latach 60. XX wieku zbudowano 650 kilometrowy kanał wodny Indiry Gandhiego, który częściowo rozwiązał ten problem.



No ale nie zebraliśmy się tutaj na wspólne czytanie Wikipedii – jesteśmy tutaj, bo lubimy kolory! A właśnie to tutaj znaleźć można słynne kolorowe miasta. Zazwyczaj wymienia się ich 4, ale jeszcze kilka miejsc próbuje się dokleić do tej listy – my je tymczasowo zignorujemy.
Główną czwórkę stanowią zatem miasta: Jaipur (Różowy), Jodhpur (Niebieski), Jaisalmer (Złoty) i Udaipur (Biały). I już wiem co myślicie: „na pewno pojechali do Jodhpuru – wszak kolor Niebieski zobowiązuje”. Uzasadnione przypuszczenie ale nie – tym razem to Udaipur. Złote miasto znajdowało się już za daleko w głąb pustyni, by można było sensownie potem wrócić do Delhi, a Niebieskie miasto nie było do końca po wyznaczonej wcześniej trasie, zdecydowaliśmy się zatem na dwa pozostałe.
Udaipur
Pamiętacie władców mogolskich (nie mongolskich) z regionu Delhi wspomnianych we wcześniejszych wpisach? To właśnie owi władcy zmusili w 1559 roku władcę Królestwa Mewar Udai Singha II do przeniesienia stolicy z miasta Ćittor nad jezioro Pićhola. Niech nie będzie wątpliwości – nazwa Udaipur (उदयपुर) rzecz jasna pochodzi od imienia tegoż władcy. Zaledwie 8 lat później, znany nam władca Akbar podbił Cittor, zaś Udai kazał wybudować sześciokilometrowy mur dookoła Udaipuru. W 1576 roku Akbar dotarł do obrzeży miasta i zaczął próby jego zdobycia, ale przez pół roku mu się to nie udało! Zatem całkiem solidne te mury zbudowali! Obszar wewnątrz murów obronnych obecnie jest nazywany starym miastem, albo „miastem otoczonym murem”.


Miasto jest wyjątkowe i doceniane przez wielu. Z racji mnogości jezior (7+ z czego przynajmniej 5 są jeziorami sztucznymi) nazywane jest Wenecją Wschodu, zaś w 2009 roku wygrał plebiscyt magazyny Travel + Leasure na najlepsze miasto na świecie. Zdecydowanie jest miejscem wybieranym na śluby – zarówno przez hindusów jak i obcokrajowców.
Strefa euro-5
Do Udaipuru wybraliśmy się samolotem. Był to nasz jedyny wewnątrzkrajowy lot w Indiach. I chociaż były to tanie przeloty, to dostaliśmy przekąski – takie ciasto ze szpinakiem, ale chyba nie muszę dodawać, że były… pikantne! Szczęśliwie nie był to długi lot, więc nie musieliśmy opierać diety dziecięcej na tych przystawkach.
Wylądowaliśmy na lotnisku znajdującym się około 20 kilometrów od centrum. Zamówiliśmy Ubera (mieli nawet swoje stanowisko i to z młodymi pracownikami, z którymi dawało się dogadać po angielsku). No, może z tym „dogadać” to lekko przesadziłem – w aplikacji wpisałem adres naszego hostelu, a oni mi coś próbowali tłumaczyć, że kierowca nie może tam podjechać czy coś. Dla nas to nie pierwszyzna – wszak nasza baza wypadowa w Delhi również jest położona w jakiejś ciasnej uliczce, że bez skutera się nie zbliżaj. Ale nie – okazało się, że CAŁE stare miasto jest wyłączone z ruchu samochodowego. To znaczy – czysto teoretyczne, bo samochodów było tam więcej jak dużo, jednak porównywalnie mniej niż w stolicy. Ale najwyraźniej wjazd był tylko dla wybranych/mieszkańców. Koniec końców dotarliśmy do położonego na obrzeżach Starego Miasta parkingu, albo lepiej by było to nazwać „stacją przesiadkową” – miejsca, gdzie kierowca przerzucił nas do tuk-tuka. Niestety, tuk-tuk nie był wliczony w cenę z aplikacji, a co więcej – kierowca podyktował nam cenę „dla białego” i w ogóle nie był chętny do negocjacji. Odległość nie była jakaś wybitna – raptem 1.5 – 2 km, ale z całym tobołem, głodnymi dziećmi i ogólnym zmęczeniem upałem i podróżą, zaciskając zęby zapłaciłem i wpakowaliśmy się do pojazdu. Jedynym pocieszeniem był fakt, że ten tuk-tuk był rozmiaru bardzo zadowalającego, nie to co te Delhijskie malutkie bączki.
Wjechaliśmy przez jedną z bram i od razu utknęliśmy w korku. To znaczy nie tyle co w korku, ale wjechaliśmy w tłum. Taki miks ludzi, turystów (tak, to osobny gatunek), skuterów, tuk-tuków i sporadycznych samochodów. Trzeba oddać, że kierowcy tych pojazdów bardzo dobrze znają wymiary swoich wehikułów, ponieważ mijanki były na centymetr, bez zbędnych ceregieli i nerwowego obgryzania paznokci.





Dotarliśmy do wyyysoko położonej noclegowni (tak wysoko, że wjeżdża się na jedynce!) – ale koszta przychodzą wraz z nagrodą – widok na biały (oj, chyba wyciągniemy słownik synonimów) Pałac Miejski. Tak – zdecydowanie najbardziej imponujący widok z całej naszej mieszkalnej kariery. Wybór noclegowni był podyktowany właśnie walorami panoramicznymi, ale bądźmy szczerzy – trudno jest znaleźć nocleg gdzie nasza szóstka nie będzie podzielona na osobne pokoje! W całej podróży na szczęście udało nam się tak manewrować, że zdarzyło nam się to tylko dwa razy: w Luoyang, chińskim mieście gdzie nie znają europejczyków (Trzecia stolica), i w laotańskim miasteczku Luang Prabang (Laotańskie opowieści).
Nie bylibyśmy sobą, gdybyś nie wyruszyli na mały spacerek po porzuceniu bagażu – więc oto jesteśmy – na chyba najbardziej głównym skrzyżowaniu, krzyżującym przynajmniej 5-6 ulic, z nieświadomymi zasad kierującymi ruchem uczestnikami tegoż ruchu. Nim jednak podjęliśmy się zachwycać dzikością, chaosem i architekturą – musieliśmy podjąć ryzyko napełnienia brzuchów strawą.
Wybór podyktowany opiniami na google i ponaglaniem pustych żołądków padł na Mayur Cafe https://maps.app.goo.gl/4HxFVV7HH7CQ7kDt8. I to był strzał w dziesiątkę! Po pierwsze – jest to miejsce, gdzie Niebieska spróbowała po raz pierwszy Palak Paneer – szpinakowej pasty z serem typu feta-twarożek i momentalnie się w nim zakochała. Po drugie – mieli do dyspozycji NIEPIKANTNE jedzenie dla dzieci. Po trzecie – z ich dachu rozpościerał się widok na pobliską świątynię, widok który wraz z ramą stworzoną przez architektoniczną część (okno bez ściany) podziwiać możecie jako okładkę tego wpisu. Widok niesamowity i upewniający nas w tym, że Udaipur ma dla nas wiele do zaoferowania.
Zwiedzanie Udaipuru ograniczyliśmy zasadniczo do Starego Miasta – poza mury wybraliśmy się raz, czy dwa w trakcie całego naszego pobytu. Miasto w murach cierpi na objawy typowych „starych miast” – wąskie, kręte uliczki, mnogość zaułków, ciasne zabudowania i praktyczny brak miejsca na chodniki. Jest to ich urok i przekleństwo.
Pałac miejski
Najbardziej charakterystycznym, i zarówno jednym z powodów do nadania miastu przydomku „biały”, jest Pałac Miejski. Tak – nazwa jest zawodem (potencjał jest ogromy – „pałac tysiąca witraży”, „pałac łączący niebo i ziemię”, „pałac pod wąsem wschodzącego słońca”), ale sam kompleks nadrabia urodą. Zbudowany i rozbudowywany na przestrzeni 400 lat, góruje nad miastem, zaprasza do zwiedzania ogromnej liczby komnat, dziedzińców i korytarzy, każdy wypełniony wszelakimi artefaktami i dziełami sztuki z przestrzeni lat. Możliwość oglądania takiego cuda każdego poranku przy śniadaniu i oglądanie go przy zachodzącym słońcu i później świetle księżyca – wynagradzało to każdorazową konieczność wspinaczki do hostelu.





Pierwsze fragmenty kompleksu powstały w miejscu, gdzie według legendy pustelnik doradził zbudowania nowego miasta władcy Udaiowi. Kolejne pokolenia dodawały coś od siebie, dobudowując fragment, tworząc w sumie 11 pałaców wewnątrz tego kompleksu, pełnych małych komnat połączonych zygzakowatymi korytarzami (by potencjalnie atakujące wojska miały utrudnioną sprawę), by w końcu zmusić autorów Wikipedii do określenia jego stylu jako „ekstrawagancki”. Mimo tak wielu autorów, całość tworzy bardzo spójną konstrukcję – budowano przede wszystkim z marmuru i białego granitu.
Kolejne pokolenia dynastii Mewar radziły sobie coraz gorzej na arenie międzynarodowej, że w końcu w 1818 roku podpisali traktat z Brytyjczykami uznając ich zwierzchność w zamian za ochronę. W 1949 roku, po powstaniu demokratycznych Indii, księstwa Radżastanu zostały włączone w poczet kraju, królewska rodzina Mewar utraciła królewskie przywileje, ale zachowali własność pałacu. Nawet w 2024 roku rozpętały się zamieszki w Udaipurze ponieważ jeden wuj nie chciał wpuścić syna poprzedniego władcy do kompleksu! Jak widać, historia nie została jeszcze spisana do końca.
Walki słoni
Pałac miejski miał pełnić funkcję ochronną. Posiada zatem kilka warstw murów z bramami w przejściach. Do środka można się dostać od dwóch stron wschodniej i zachodniej. Ta od strony wschodniej wchodzi od „centrum miasta”, ale my podeszliśmy sobie od zachodniej. Okazało się, że to znacznie dłuższy spacerek, również przez przypałacowy parking samochodowy. W jego centrum znajduje się głaz, do którego kiedyś parkowano słonie. Był to też miejsce walk słoni – polegało ono na pewnej formie przeciągania liny – pierwszy, który dotknie muru pomiędzy nimi – przegrywa. Gdy czytałem o „walkach słoni” wyobrażałem sobie coś bardziej ekscytującego, ale jeśli chce się później używać tego silniejszego słonia, to dobrze by było, by nie był zbytnio poraniony, nie?





Oprócz samochodów znaleźć można tam pociągi. Dobra, to są ciągniki, które się przebrały za lokomotywy, których zadaniem jest wwiezienie odwiedzających do jednej z wyższych bram prowadzących do centrum kompleksu. I aż się połasiliśmy – dobrze by dzieci zaczęły zwiedzanie z pełnymi bateriami, a do tego będzie to jakaś rozrywka dla najmłodszych.
Zajechaliśmy na szczyt i po przejściu przez kontrolę biletów znaleźliśmy się na kolejnym placu z wielką statuą wystrojonego słonia – chyba będzie to powtarzalny motyw…
I znów trzeba przejść przez kolejną bramę na kolejny dziedziniec, gdzie można zacząć zwiedzanie wnętrz pałaców. Tutaj, po raz kolejny, trafiliśmy na schody (dosłownie i w przenośni), które uniemożliwiają zwiedzanie z wózkiem. Zastosowaliśmy zatem sprawdzoną strategię i podzieliliśmy się na grupy.
Na dziedzińcu cienia nie brakuje, można przeczekać w dawnych stajniach, pod cieniem drzewa albo na krużgankach.
Zwiedzanie zajmuje dłuższą chwilę i nie da się go przyspieszyć z powodu wspomnianych wcześniej, wąskich, zygzakowatych korytarzy. Ale też nie chce się przyspieszać – każda komnata prezentuje coś, przy czym człowiek chce się zatrzymać i przyglądnąć – czy to piękne okna z witrażami, albo i bez, ale z widokiem na jezioro lub miasto. A to wystawione stroje, pokój z dawnymi zabawkami, oręże, obiekty religijne, czy plansze z opisem ciekawych historii. Ale to wszystko nie przyćmiewa najbardziej istotnego aspektu – architektury. I faktycznie – jest ekstrawagancko, eklektycznie, poplątanie i pomieszanie, a jednocześnie w pewien sposób spójnie.






Na terenie kompleksu można, rzecz jasna, znaleźć miejsca, gdzie można zostawić pieniądze. Przy samym wejściu jest budka z lodami – z dziećmi to sprawa przegrana. Ale wystarczy cofnąć się o jedną bramę i znajdzie się cały zagajnik restauracyjny. By tego było mało – zwiedzanie części pałacowej wieńczy kolejny dziedziniec z kolejną jadłodajnią. Jednak nie można wejść tam od strony wyjścia, bo pilnują go panowie o smutnych twarzach i wielkich ramionach, chyba że się jest nami i właśnie rozdzieliliśmy się na dwie grupy – kiwając głowami, uśmiechając się i tłumacząc, że my tylko zjeść – przeszliśmy obok ochrony i stołowaliśmy się właśnie w tym miejscu.
I to tu dostaliśmy – w bardzo niskich cenach – dania podane na metalowych tackach z wgłębieniami na poszczególne składniki całego dania (centralnym punktem musiała być – rzecz jasna – pewnej formy papka). Tutaj też spróbowaliśmy podawanego mleczno-kefirowego napoju podawanych w glinianych, nieemaliowanych naczyniach (sugerujących jednorazowość, a już na pewno biodegradowalność). Niebo w gębie! I w bardzo przystępnych cenach! Jeśli więc zastanawiacie się, czy warto się zatrzymać na posiłek – to warto.








Poświątyniujmy
Nie tylko Pałac Miejski przyciąga wzrok w Udaipurze. Stołując się i odkrywając Palak Paneer, robiliśmy sobie zdjęcia z nieznaną nam jeszcze świątynią w tle. Nie trzeba było jej nam poznawać, by docenić jej urok – wygląda jak kopiec, lub ociosany stożek i jest bardzo charakterystyczną konstrukcją – nie sposób jej przeoczyć.





By dotrzeć do świątyni Jagdish należy wspiąć się na 32 marmurowe stopnie. Ukończona w 1651 roku składa się z platformy, na której stoi dwukondygnacyjna sala (Mandepa) oraz również dwupiętrowe zadaszone obejście (saandhara). Ta pierwsza ma kolejne piętro schowane wewnątrz dzwonnicy (samavarnie), zaś nad wszystkim góruje piramidalna iglica z dwoma kolejnymi, niefunkcjonalnymi piętrami.
Wybudowana w tak zwanym Indoaryjskim stylu architektonicznym jest najbardziej okazałą świątynią boga Wisznu. Co najbardziej przykuwa wzrok to wszelkie rzeźbienia – wydaje się, że każda z powierzchni jest pokryta jakimś słoniem, lub innym bohaterem. Jest piękna z daleka i z bliska. Mimo małej powierzchni, można zagubić się w jej immersyjnej urodzie i spędzić tam sporo czasu.
Z racji naszej wózkowatości, to Niebieskiej przypadło zwiedzenie i wyszła zachwycona. Trafili akurat na jakąś modlitwę albo imprezę – ciężko stwierdzić. Dorośli tańczyli, dzieci biegały dookoła świątyni, wszyscy robili sobie zdjęcia więc nawet nie odstawaliśmy swoim byciem turystom.
Tutaj mamy małą zagwoztkę, ponieważ ja odwiedziłem sąsiednią świątynię – niewiele ustępującej misterności wykonania Jagdish Temple, ale nie jesteśmy w stanie znaleźć jej nazwy w Internecie. Znajduje się tutaj: https://maps.app.goo.gl/GqTpn58PoCeXEhoG8 i nie jest nawet oznaczona na mapach Google, zaś na mapy.cz nazwana jest jako Jagat Shiromani Temple, ale Internet twierdzi, że nie ma takiej świątyni w Udaipurze, zaś jest w pobliskim Amerze.
I to nie jest, że jest jakoś szczególnie ukryta – wstąpiłem tam zaraz po wyjściu z Pałacu Miejskiego, do jej środka prowadzą wychodzące na ulice schody i nikt nie broni tam wejścia.
A warto wejść, ponieważ najwyraźniej tam właśnie sobie rzeźbiarze pozwalali na więcej po wyrzeźbieniu tysiąc pierwszego słonia w Świątyni Jagdish – tutaj całkiem frywolnie oddawali to, co się dzieje w zaciszach domostw i chyba – co niebiańskie zastępy robią, gdy nikt nie patrzy… Tak, tam są sprośne, szokujące, zabawne i szalone rzeźbienia.
Dajemy Wam więc na tacę najwyraźniej mało popularną perełkę w samym sercu Udaipuru – nie ma za co!






Przeklęty palec
Tak się składa, że to właśnie w tym miejscu straciłem część siebie i przelałem swą bezcenną krew.
Nasza rutyna usypiania dzieci składała się z podziału na drużyny – Niebieska czytała bajki starszakom, zaś ja pakowałem Tamarę w nosidło i z rurką PCV ruszałem na wieczorny spacer-usypianiec. Rurka PCV została mi wypożyczona przez właściciela hostelu, by odganiać się od bezpańskich psów. Tak, widzę Wasze zszokowane twarze, ale niestety bezpańskie psy są wszechobecne i mogą być agresywne wobec pojedynczych przechodniów. Szczęśliwie nie musiałem się nią posługiwać, poza kręceniem i gwizdaniem sobie pod nosem, niczym jakiś bandzior z tanich filmów (z dzieckiem w nosidle na piersi).






Podczas jednego z tych wieczornych spacerów połączyłem się drogą internetową z mamą na tak zwanym video-czacie, gdzie chciałem jej zaprezentować dostępne hinduskie suknie, które się jej zamarzyły. Gdy tak sobie rozmawialiśmy, ja zaś prezentowałem kolejne, pełne koloru i totalnie nieprzystające do polskiej mody ulicznej suknie, moja noga w pewnym momencie natrafiła na pustą przestrzeń, tam gdzie spodziewała się solidnego, żelbetonowego podłoża. Będąc w ciepłych krajach, wieczorem nie trzeba się ciepło ubierać i tyczy się to również kwestii obuwia, więc wyposażony jedynie w klapki-stringi (jedyna, poprawna nazwa klapków zwanych „japonkami”), w momencie wystąpienia braku podłoża, zahaczyłem jednym z palców na granicę rozdzielającą światy podłoża i jej braku.
Wywinąłem orła (z pięknym przerzutem przez ramię do tyłu) ku zdziwieniu otaczającego mnie lokalnego folkloru – nie budząc nawet dziecka! Kilku ludzi od razu pospieszyło mi z pomocą, pomogli mi wstać i upewnili się, czy mam się dobrze. Wskazałem jedynie na mojego zaczynającego krwawić palca, który nie był złamany – czego nie można było powiedzieć o ozdabiającego go paznokciu – ten był już „napoczęty”.

Podziękowałem za pomoc i już się miałem kierować z powrotem ku wyborowi sukni, ale zostałem przekonany, że nie wypada tak zostawiać krwawych śladów na chodniku. Stwierdziłem więc, że zakupy mogą poczekać i postanowiłem powrócić do naszego hostelu. Daleko może nie było – raptem kilometr – chociaż z niemałym przewyższeniem – ale nie było mi dane wybrać się tam na piechotę. Jeden ze świadków moich popisów akrobatyczno-rodzicielskich zaproponował, że podrzuci nas skuterem do pobliskiej apteki. Uznałem to za nie najgorszy pomysł – już mi się stopa ślizgała w klapku od tej krwi – więc niczym panna na koniu, zasiadłem z nogami z jednej strony na skuterze i razem ruszyliśmy do znachora.
W głowie miałem plan zakupu jakiegoś bandaża i przeprowadzenia oględzin już w hostelu, ale okazuje się, że aptekarze tutaj również pomagają w aplikowaniu medykamentów, więc zostałem posadzony na plastikowym krześle, pode mną zostały rozstawione gazety (czy tylko ja oglądałem film American Psycho?!), zaś aptekarz zabrał się do aplikowania bandażu.
Wszystko przebiegło w bardzo miłej atmosferze, mimo nasilającego się bólu w związku ze spadającym poziomem adrenaliny we krwi, zaś opatrunek został bardzo profesjonalnie założony (co potwierdził nasz przyjaciel-ortopeda na e-wizycie – pozdrowienia Drzazga!).


Koniec końców zapłaciłem za użyte do ratowania zasoby, zaś aptekarz nie chciał słyszeć o zapłacie za samą usługę. Hindus, który mnie przywiózł zaoferował się, że podrzuci mnie do hostelu. Z radością przystałem na propozycję. Na miejscu również i on odmówił jakichkolwiek rekompensat finansowych za swoją pomoc.
I tutaj znajdujemy potwierdzenie tego, o czym pisaliśmy wcześniej – na stopie osobistej spotykaliśmy się ze strony Hindusów z ogromną ilością sympatii i człowieczeństwa. Tu też potwierdziło się, że warto dać im szansę – a nóż widelec pomogą zmienić nasze ich postrzeganie?






Dodaj komentarz