[085] Koło Zagłady

W Internecie można znaleźć sporo prawdziwych i wygenerowanych komputerowo wypadków w wesołych miasteczkach. Urywające się huśtawki, spadające wagoniki i tym podobne rzeczy. Każdy, kto coś takiego widział, musi w głowie mieć taki sygnał alarmowy, gdy widzi kiepskiej radości konstrukcje w parkach rozrywki. Ale najwyraźniej nie wszyscy – czy to z braku dostępnych alternatyw, czy też przez brak wspomnianego alarmu. A my widzieliśmy Diabelskie Koło Śmierci…

Czerwony Fort

Jesteśmy już czwarty dzień w Indiach i nie odwiedziliśmy żadnego punktu z listy UNESCO – niedopuszczalne! By nadrobić tę zaległość wybraliśmy się do Czerwonego Fortu – Lāl Qila (Hindi: लाल क़िला). To zbudowana z czerwonego piaskowca forteca z murami długimi na 2.5km (jedną stronę oddzielała rzeka, której koryto obecnie znajduje się kilometr dalej) i bastionami wysokimi od 16 do 32 metrów. Zamówiona była przez Szacha (nie Mata) Dżahana, który miał w planie zbudować wiele wielkich budowli i w Agrze miejsca mu już brakowało, więc przeniósł stolicę kraju do Delhi. Budowę ukończono w 1648 roku, i właśnie ten Czerwony Fort miał stanowić jego stałą rezydencję. Trzeba zaznaczyć, że chyba jednak nigdy nie wyzbył się sentymentu do Agry, ponieważ kazał wybudować ponad stukilometrowy tunel od tego fortu do Agry (wysoki tak, by jeżdżąc na koniu nie dzwonić hełmem o strop). Rozumiecie to? Ponad 100 km tajemnego tunelu!

Fort zaprojektował nie kto inny, jak Ustad Ahmad Lahori – to ten od Taj Mahal (jak widać Dżahan przeprowadzając się wziął ze sobą kilka istotnych person). Stanowi on prominentny przykład sztuki Mogolskiej – połączenie stylów perskiego i hinduskiego. Głównymi budulcami był czerwony piaskowiec, zaś do wykończenia często stosowany był biały marmur.

Kilkukrotne podbicie kraju nie sprzyjało utrzymaniu się wyposażenia na miejscu, złota i klejnotów już brakło w XVIII wieku, zaś Brytyjczycy przerobili go na garnizon wojskowy i nie mieli zbyt dużo sentymentu do rzeźbień i zdobień.

Ale właśnie ten fort jest też symbolicznym miejscem dla Hindusów – to na jego szczycie została wzniesiona flaga po odzyskaniu niepodległości od Brytyjczyków (swoją drogą, czy w Wielkiej Brytanii jest święto niepodległości? Jeśli tak, to od kogo?), która od tej pory, rok rocznie jest wznoszona w rocznicę.

Od roku 2007 znajduje się na liście UNESCO.

Koło zagłady

Nim jednak dotarliśmy do murów budowli, musieliśmy przedrzeć się przez wszelakie przeszkody natury delhijskiej. Trzeba zaznaczyć – Delhi ma metro! Momentami jest koleją nadziemną, ale czasami zajeżdża też pod ziemię. Niestety podróżując z wózkiem należy się liczyć z faktem, że może nie być windy, lub może ona być po drugiej stronie dwujezdniowej drogi rozdzielonej wysokim płotem i wzmożonym ruchem, bez możliwości przejścia na drugą stronę „po płaskim”. Innymi słowy dźwigaliśmy wózek po schodach wielokrotnie, przedzierając się przez tłumy ludzi. A były to tłumy, ponieważ od tegoż Fortu odchodzi też ulica, która co wieczór zmienia charakter z samochodowej na pieszą, wypełniając się straganami z dobrem wszelakim i tłumami ludźmi mniej, lub bardziej zainteresowanymi ich zakupem. Było tłoczno, a wnosząc wózek po schodach w dwójkę, brakuje nam już rąk, by trzymać pozostałe dzieci – musieliśmy więc zatem polegać na naszej „tresurze” i dobrej woli młodzieży do współpracy i trzymania się blisko nas.

No ale przebiliśmy się przez zwały ludzi, by dotrzeć do… Wesołego miasteczka. Tak, był wystawiony park rozrywki pełny kolorów, dźwięków, muzyki, światełek i zapachów. A takie miejsca to dla dzieci niemal narkotyczna pokusa, a niestety do celu inna droga nie prowadziła.

Musimy się na chwilę zatrzymać by coś zaznaczyć – jesteśmy w Indiach. Tu nie ma wymogów certyfikujących jakikolwiek sprzęt w takich parkach. Nie ma ujednoliconych standardów, nie ma praw egzekwujących wymagania, nie ma nawet wystarczającej ilości wykształconych inżynierów mogących wypowiedzieć się na temat potrzeb, schematów, metodyki testowania i utrzymywania sprzętu w bezpiecznych standardach. Nie ma na to pieniędzy, świadomości pośród konsumentów, dokumentacji, czy dostępu do certyfikowanych sprzętów. A istniejący sprzęt jest pozyskany z niewiadomego źródła – czy to odrzucony stary sprzęt, czy wykonany chałupniczo lub przez przypadkowego, lokalnego producenta. Naprawiany jest prowizorycznie i zdawkowo, zaś systemy bezpieczeństwa – jeśli takowe są – są najtańsze, bez redundancji lub po prostu na pokaz. Nie wspominając o łapówkarstwie…

Gdy tylko weszliśmy na teren takiego przybytku, wszystkie systemy alarmowe w naszych organizmach zaczęły wyć niczym wilki w Bieszczadach. Nawet zwykła wata cukrowa wydawała się najeżona żyletkami (a przynajmniej złowieszczymi bakteriami z żyletkami). Chwyciliśmy dzieci za rękę i siłą odciągaliśmy je od kolejnych napotkanych atrakcji – bezdusznie? Może. Ale zbyt dużo czasu i energii poświęciliśmy w ich wychowanie, by je tak łatwo zaryzykować. Zresztą jeszcze w Wietnamie uprzedzając rozwój wypadków zapowiedzieliśmy, że w Indiach będziemy omijać takie miejsca.

Z ulgą wyszliśmy przed plac fortowy i skierowaliśmy się ku kasom biletowym. Szybko przeszliśmy przez stanowisko ochrony (najwyraźniej nie stanowiliśmy zbyt niebezpiecznego widoku, bo nie przetrzepali nas zbyt dokładnie), by w końcu ruszyć ku głównej bramie przybytku.

#TravelTip: Nie ufajcie internetowym godzinom otwarcia. Znacznie się one różniły od tych rzeczywistych, na szczęście na naszą korzyść.

Zatrzymaliśmy się jednak i popatrzyliśmy w stronę miasta – nasz wzrok przykuła jednak pewna szybko obracająca się rzecz – obiekt, który w Europie, chyba przewrotnie nazwany Diabelskim Młynem – tutaj intensywnie pracująca na swoją nazwę. Opisać to można następująco: wyobraź sobie diabelski młyn, który chyba został zrobiony z góry rowerów, poskręcanych sznurkami i trytykami, obracający się z prędkością koła tuk-tuka, który zjeżdża ze wzgórza o nachyleniu 70% – czyli bardzo szybko. Przystanęliśmy, ponieważ jesteśmy tylko ludźmi i jako tacy śledzimy wzrokiem pociągi uderzające w pojazdy stojące na przejeździe. I tu staliśmy (nie z nadzieją ale) z pewnością,  że za chwilę zobaczymy hinduską wersję Ikara. Statystycznie wystarczyłoby popatrzeć z 15 minut zapewne, by upewnić się, że Czerwony Fort dalej żywi się krwią ofiar składanych na jego ołtarzu, ale ruszyliśmy dalej. Nikt nie pofrunął gdy wchodziliśmy do Fortu gdzie zostaliśmy zagadani przez jednego z certyfikowanych przewodników.

Le Fort Rouge

Zazwyczaj nie korzystamy z usług przewodników z kilku powodów. Często jest to aspekt finansowy, innymi razy sami (tj. Niebieska) mamy wystarczającą wiedzę, by móc patrzyć na obiekt ze zrozumieniem. Jednak najczęściej wiemy, że mając naszą czwórkę, nie będzie szans na dostateczne skupienie się na opowieści przewodnika – co było by stratą pieniędzy i dosyć krępującą sytuacją, kiedy to musimy świecić oczyma przed obcymi za zachowanie naszych pociech (których do tej pory nie zgadzam się okować smyczą dla dzieci).

Tym razem jednak się zdecydowaliśmy skorzystać – być może wpłynął na to fakt, że przewodnik zaczął po francusku mówić do dzieci, chociaż z drugiej strony spróbujcie sobie wyobrazić hinduski akcent w języku francuskim…?

Ruszyliśmy zatem na zwiedzanie. Czego można się spodziewać w środku? Po pierwsze sporej przestrzeni – fort zajmuje powierzchnię około 100 ha i na jego terenie można znaleźć przeróżne konstrukcje. Trzeba zaznaczyć, że ostatnią funkcją, jaką pełnił były koszary, więc największy budynek do wybitnych raczej nie należy. Ale nie przyszliśmy podziwiać zwykłe prostopadłościany – nas interesują te starsze budowle. Wśród nich jest kilka pawilonów różnego przeznaczenia – czy to miejsce przyjmowania interesantów z tronem w centralnej części, pawilonu księżnej, innego dla kobiet (żon i nieżon władcy), czy całego ogrodu ze sceną i ogrodem wodnym (już bez wody, ale z kanałami wciąż pozostałymi na miejscu). Niby były to pawilony ale tak naprawdę to było dużo filarów przykrytych dachem. Można zatem wyobrazić sobie, że rezydencja była dość przewiewna. Ale żeby bardziej organizować przestrzeń tam wszędzie znajdowały się potężne kotary które tworzyły zasłonościanki. Ograniczały one wpływ czynników meteorologicznych oraz zapewniały prywatność. Aż dziw, że polscy patodeweloperzy jeszcze nie wpadli na takie rozwiązanie, nie musieliby wówczas płacić za stawianie ścian.

To od naszego przewodnika dowiedzieliśmy się o wspomnianym rekordowym tunelu. Dzieci szybko przestały słuchać, ale od czasu do czasu wyłapywały ciekawostkę – jak w przypadku jednej konstrukcji z kopułą, której konstrukcja umożliwiała usłyszenie szeptu mówionego w stronę ściany z drugiej strony pomieszczenia.

Inna ciekawostka mówiła o czterech (niestety w tym momencie pustych) basenach na dziedzińcu. W swoich czasach wypełnione były czterema różnymi płynami z czego zapamiętaliśmy mleko i miód. Obstawiamy, ze w pozostałych było zatem woda i wino. Ewentualnie pasta curry i płynna kurkuma.

Czy warto było wziąć przewodnika? Dla mnie meh – trudno stwierdzić, nie kosztowała nerki, ale moglibyśmy się obejść i bez wykładów. Z kolei Niebieska była zadowolona, że mogła się dowiedzieć czegoś więcej dostając szerszy kontekst kulturowo-historyczny. Więc była to dobra decyzja koniec końców.

#TravelTip: Toalety w Czerwonym Forcie znajdują się tylko przy wejściu i wyjściu z kompleksu.

Papka do papania

Indyjska Kuchnia – to temat rzeka (niekiedy niehigieniczna), który spróbujemy podsumować w kilku zdaniach. Po pierwsza jest pikantna – mieliśmy problemy ze zlokalizowaniem czegoś, co dzieci mogą zjeść  bez problemu. I niestety dotyczy to różnych sieciówek fast food, które to w momentach desperacji pomagały w dostarczeniu jakiegokolwiek pokarmu do tych wybiórczych brzuszków. Dla dzieciaków musieliśmy się zatem uciekać do dań zapożyczonych z innych krajów – makaronów czy pizzy (ale wierzcie nam, nie były to przysmaki), lub do znalezionego w końcu SubWay’a.

#TravelTip: Dla podróżujących z maluchami: spośród wszystkich znanym Europejczykom fastfoodów tylko Subway i McDonald dostarcza posiłek naprawdę niepikantny. Pozostałe których próbowaliśmy (Burger King, Pizza Hut, Domino i KFC) nie posiadają takich opcji.

Skupmy się zatem na starszyźnie (nas) i naszych wyborach. Pamiętacie jeszcze jaki miałem plan na Indie? Był dość ambitny a mianowicie planowałem nie dopuścić do zatrucia pokarmowego. Indie (razem z Egiptem i Tajlandią) stoją na podium krajów w których Europejczycy najczęściej mają problemy żołądkowe. Dobrym pomysłem jest stosowane probiotyków jeszcze przed wyjazdem, absolutnie koniecznym jest także omijanie miejsc gdzie zachodzi podejrzenie braku higieny. O ile w Tajlandii należy zasadniczo omijać street food, o tyle w Indiach sprawa już nie wygląda tak prosto. Tutaj nawet restauracje sprawiają wrażenie takiego ulicznego jedzenia. Ale na nasze szczęście (albo i nie) przeszliśmy intoksykację wiele miesięcy wcześniej w Tajlandii (witaj Tajlandia) więc nasze żołądki już ogarnęły, że na tym kontynencie bakterie rządzą się swoimi prawami. I o ile przez pierwszy tydzień baliśmy się nawet spojrzeć w kierunku hinduskiego jedzenia, o tyle po kilku dniach postanowiliśmy poddać się tym oszałamiającym zapachom.

Zasadniczo hinduskie klasyczne dania określaliśmy jako „papki”. Apetyczna nazwa oddaje to jak hinduskie jedzenie wygląda: aparycja jak z piekła, smak jak z nieba! Faktycznie wizualny aspekt nie jest mocną stroną kuchni indyjskiej, dania często podawane są na metalowych tackach stołówkowych (może bardziej więziennych), takich z podziałkami na pojedyncze elementy dania. I jednym z tych elementów jest właśnie jakaś forma „papki” – zmiksowane, półpłynne brązowe coś (bez skojarzeń proszę). Czasem ta papka przybiera inne kolory – na przykład w przypadku ulubionego dania Niebieskiej – Palak Paneer – kawałki sera pływające w sosie ze szpinaku.

Każdej papce towarzyszy chleb naan lub inna forma pieczywa pozwalająca nabrać papkę i ją skonsumować bo większość hindusów nie używa sztućców. Do tego zawsze miało temu towarzyszyć ujęte w menu „sezonowe warzywo”, w praktyce to zawsze była czerwona cebula (najwyraźniej marzec jest miesiącem bulwy). Do tego inne wytwory z kasz – często słodkie, co dobrze komponuje z pikantnością innych składników. A i coś śmietanowego też towarzyszy daniu.

Piszemy o tym dosyć ogólnikowo, ponieważ jest tyle różnorodnych dań o bardzo podobnie brzmiących nazwach, które jednocześnie nie rozszyfrowaliśmy, więc nie jesteśmy wyciągnąć wspólnych elementów. Do tego każdy rejon szczyci się swoimi wersjami pewnych dań, ale już z innymi nazwami. A my po prostu nie znaleźliśmy czasu by poświęcić się studiowaniu kuchni, skupiliśmy się na jej spożywaniu. Ale oczywiście spróbowaliśmy najsłynniejszego z wszystkich indyjskich dań czyli kurczaka z curry.

#TravelTip: Jeśli nie wiesz na co się zdecydować to weź coś co ma w nazwie „Thali”. Jest to miks różnych papek z dodatkowymi elementami. Pełna tacka jedzenia powinna kosztować 150-200 ₹ (czyli 6-8 PLN).

Co było dla nas istotne – to smak. I tu kuchnia hinduska nie zawodzi. Oprócz wszechobecnej pikantności (dla nas jest to plus), należy przypomnieć, że to właśnie Indie były (i są?) głównym eksporterem całej gamy przypraw. I przy niedoborze podstawowych składników, to właśnie przyprawami wprowadzają tak niesamowitą różnorodność. Wchodzi tutaj na scenę także aspekt kulturowy ponieważ większość populacji jest wegetarianami.

Zatem, jak tylko zobaczyliśmy (i warunki jedzenia i wytwarzania nie odrzucały nas) opcję spróbowania jakiejś papki – z chęcią się za nie zabieraliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *