[083] Indie miesiącem wege

No i dotarliśmy do Indii. Najbardziej kontrastowy spośród kontrastowych, kraj znany wszystkim, mekka wielu podróżnych, inni z kolei wolą go omijać z daleka. Albo go polubisz albo znienawidzisz. Można by dużo napisać i jeszcze więcej przeczytać ale podstawowe pytanie brzmi „Kto normalny zabiera dzieci w podróż do Indii?”. Pewnie niewiele się takich znajdzie ale my od dawna wiemy, że normalni to my nie jesteśmy. Zatem wiedzieni wizją Niebieskiej, zgodziliśmy się (żona każe mi powiedzieć, że z własnej, nieprzymuszonej woli) iż to czas na Azjatycką, kolorową mieszankę o zapachu curry! Miałem niewiele oczekiwań i zasadniczo jedno wymaganie – chciałem uniknąć zatrucia pokarmowego. Niebieska z kolei chciała uniknąć zgubienia któregoś z dzieci (zależy z której strony się na to spojrzy jest to albo większe albo mniejsze wymaganie). Od razu uprzedzimy – udało się uniknąć obu rzeczy!

Indie? Będzie grubo!

Nowe Dehli

Dolecieliśmy do Delhi (नई दिल्ली) późnym wieczorem. Mieliśmy zamówionego taksówkarza, który wytrwale na nas czekał.

Dobra, Nowe Delhi – a dlaczego nie Stare Delhi – wszak przylecieliśmy tu zwiedzać zabytki, nie? Trzymajcie się, bo to jest nieco zagmatwane: Jest sobie Megamiasto Delhi, którego częścią są Stare, Nowe Delhi oraz inne „dzielnice”. Ale potocznie Delhi nazywa się Nowe Delhi, poza Starym Delhi, które nazywa się Starym Delhi. Jasne? No to skoro już tu ustaliliśmy, to dla ułatwienia będziemy od teraz używać określenia Delhi (zarówno do Starego, Nowego i Wcale Nie Nowego Delhi).

Nowe Delhi zamieszkuje zaledwie 250 tysięcy ludzi, a całe Delhi już 22 miliony, więc widać proporcje i zamieszanie.

Jest miastem stołecznym od 1911 roku, gdy Brytyjczycy przenieśli stolicę z Kalkuty (Matkę Teresy nie przenosili). Swoją drogą to Brytyjczycy kazali zaprojektować układ Nowego Delhi z hasłem „miasta ogrodów” (czyżby inspiracja Katowicami?), a jak im to wyszło… chyba podobnie jak na Śląsku.* Warto wspomnieć, że teren Staro Delhi stanowił stolicę kilku krajów w historii tego regionu – między innymi stolicą Imperium Mogołów (nie Mongołów!), który zasponsorował mogolski cesarz Szahdżahan (ten sam, któremu zawdzięczamy Tadż Mahal).

A i jest to jedno z najbardziej zanieczyszczonych miast na świecie – kilkukrotnie wygrywał ten ranking, przekraczając normy od kilkunastu do kilkuset razy. Zdecydowane wiem jak Was zachęcić do podróży, prawda?

*Szybki research internetowy mówi, że w Delhi jest 20 znaczących parków, podczas gdy w Katowicach jest ich 7. Więc stosunek powierzchni do zieleni jest podobny.

Przed przyjazdem

  • VISA

Nim jednak wlecieliśmy do Indii, trzeba było zdobyć wizę. Ci z Was którzy mieli kiedykolwiek doświadczenie z produktami z Indii pewnie już łapią się za głowę. Dodatkowo po wietnamskim fiasko byliśmy już trochę zestresowani (Good Morning Wietnam). Ale to było duże, pozytywne zaskoczenie! Proces jest stosunkowo prosty, chociaż należy w miarę ostrożnie stąpać po gruncie Internetu (tu jak i wszędzie): Stron oferujących załatwienie wizy jest więcej jak dużo, dlatego lepiej się posiłkować oficjalnymi kanałami i używać stron polecanych m.in. przez polski MSZ https://indianvisaonline.gov.in/visa/index.html. Strona jest na szczęście bardzo czytelna i jedynym wymaganiem (poza posiadaniem paszportu) jest zaznaczenie adresu swojego pobytu (albo jego części), ponieważ jest wymagany podczas wnioskowania. Tę kwestię oczywiście rozwiązuje dokonanie rezerwacji internetowej w dowolnie wybranym hotelu.

Zdecydowanym plusem tej strony jest fakt, że zapamiętuje wpisane dane, więc składanie wniosku dla kolejnego członka rodziny jest o wiele bardziej ułatwione.

O dokument można wnioskować najwcześniej miesiąc przed datą przyjazdu a czas przetworzenia podania szacowany jest (według informacje ze strony) na 1-2 tygodnie. Na zaakceptowanie czekaliśmy około 2-4 dni (Adam dostał pierwszy, Niebieska ostatnia), więc proces jest sprawny.

  • Szczepienia

Wyjazd do Indii wiąże się z potrzebą zaszczepienia się zawczasu. Można znaleźć wiele opracowań odnośnie zalecanych szczepień, których skrupulatnie przestrzegaliśmy, ale my mieliśmy pewną wyjątkową sytuację. Z racji, że dwójka naszych dzieci urodziła się w Czechach, to musieliśmy nadrobić pewne różnice – szczepienie na gruźlicę.

W Polsce jest ono obowiązkowe i znajduje się w pakiecie noworodkowym, jednak w Czechach, mimo naszych próśb, dzieciaki nie zostały zaszczepione przeciwko tuberkulozie (z jakiegoś powodu w tamtejszych szpitalach szczepienie to obejmowało tylko ukraińskie dzieci, stan na czas sprzed rosyjskiej agresji). A wiecie jak trudno jest znaleźć tę szczepionkę? W Polsce, przykładowo, nie idzie kupić sobie wakcyny w aptekach, zaś zaszczepienie się w przychodniach wymaga, by uzbierało się więcej chętnych, ponieważ producent zapewnia paczki na 10 i więcej sztuk szczepionki. Więc moglibyśmy sobie tak czekać wiele miesięcy albo się nie doczekać w ogóle. Dlatego też będąc już w Tajlandii – kilka miesięcy wcześniej – znaleźliśmy możliwość zaszczepienia się w szpitalu z czego skorzystaliśmy.

Dlaczego nam na tym zależało? A to dlatego, że rocznie na suchotę umiera około miliona osób, co stawia gruźlicę na pierwszym miejscu najniebezpieczniejszych chorób wirusowych na świecie, z czego ponad ćwierć  zgonów ma miejsce właśnie w Indiach. Fajne te nasze dzieci, szkoda byłoby ryzykować.

Zakwaterowanie

Jak wybrać hotel? Czym się kierować, co jest prawdą, a co tylko podrasowanym zdjęciem?

Pierwszym i najoczywistszym rozwiązaniem jest przeglądnięcie opinii odnośnie danego apartamentu na stronach wynajmujących miejsca. I tak, pełno jest kupionych opinii. PEŁNO! Chyba w żadnym kraju, który do tej pory widzieliśmy, skala tego zjawiska nie była tak wielka. Zasadniczo nie było hotelu, który nie miał ogromnej ilości podobnych komentarzy dających 10 gwiazdek. Nasza tajemnica:

#TravelTip – poszukujcie opinii gości zza granicy – można założyć, że opinie wystawione przez hindusów są kupione.

Nie jest to pewnie bezbłędny system, a w dobie AI może być to już system przestarzały, ale jakiś trzeba było sobie wybrać.

No to wybraliśmy sobie nasz hotel (miał trzy gwiazdki, ale chyba powinien kilka schować – chociaż drugiej strony to Indie…). Już na wstępie możemy przywołać kilka ciekawostek które są charakterystyczne dla ogółu hoteli na miejscu: włączenie ciepłej wody oraz klimatyzacji następuje z poziomu recepcji, zatem za każdym razem jak wracaliśmy ze zwiedzania, należało poprosić obsługę o uruchomienie tychże (bywało, że prosiliśmy kilkakrotnie). Dodatkowo dostawy najważniejszego wyposażenia każdego miejsca na świecie (czyli papier toaletowy) było zapewnione w ilości która odpowiada tylko ludziom podcierającym się biletem komunikacji miejskiej. Jeśli nie wiecie o czym mowa – to spytajcie swojego wujka.

#TravelTip: Zatem powtarzamy i zapamiętujemy. Przy wejściu do hotelu w Indiach prosimy o ciepłą wodę, zimną klimatyzację i papier toaletowy.

W naszym przybytku można było zamówić sobie jedzenie do pokoju, albo zjeść zamówione jedzenie w „Jadalni” na dachu. Widoków niestety nie było, czysto też już było i minęło. Być może sprzątali regularnie, zaś wszechobecny smog krzyżował ich plany po wielokroć.

Ale żeby być uczciwym w naszej ocenie to trzeba zaznaczyć że: zdjęcia odpowiadały stanowi faktycznemu, łazienka była czyściutka, winda działała, hotel był ulokowany w miejscu zgodnym podanym z opisem, w ciągu dnia było cicho, mogliśmy sobie zasłonić okno a karaluchy pokazały się tylko 3 razy i były malutkie.

Pierwsze wrażenie

Osobiście miałem duże obawy w związku z wyjazdem do Indii. Chyba każdy widział niejeden materiał o tym kraju, przedstawiający niejednokrotnie obrzydliwe, brudne, dzikie i niebezpieczne jego oblicza. Rzeka Ganges jest chyba najsławniejszym przykładem „rozbieżności opinii na temat zasad higieny i pojęcia czystości” jaki sobie można wyobrazić.

Ale my Gangesu nie widzieliśmy, a dzięki Niebieskiej pozwoliłem tej bardziej ciekawskiej stronie przejąć dowodzenie i wybrać się tam z otwartą głową.

#LifeTip – znajdźcie sobie partnerki/partnerów, którzy sprawiają, że chcecie być lepszymi ludźmi.

I wylądowaliśmy. Lotnisko nie wyglądało jak zbudowane z blachy i błota – a wręcz nie odstawało od innych międzynarodowych lądowisk na świecie. Pierwszy plus.

Przejście przez kontrolę paszportów przebiegło prawie bezproblemowo – złośliwość rzeczy martwych – komputer się zaciął panu w budce i musieliśmy dłużej poczekać na przejście przez bramki – a podeszliśmy do dedykowanych dla rodzin z dziećmi (uczcie się inne kraje, uczcie!).

Z hotelu mieliśmy zapewnioną taksówkę, więc gdy już wyszliśmy nieco później z bramek, mogliśmy bez obaw „dziękować” innym kierowcom oferującym swoje usługi, tylko znaleźliśmy „naszego” pośród stojących z karteczkami.

Gdy jednak podeszliśmy do naszej taksówki, złapaliśmy się za cudzysłów i z wątpieniem wypatrywaliśmy pasów bezpieczeństwa. Tak, ten pojazd tych pasów miał niewiele i niekoniecznie przymocowanych – fotele z resztą też – mój, na którym siedziałem z Tamarą w nosidle zdecydowanie tęsknił za śrubami z podłogi, więc co większe wyboje musiałem użyć swoich umiejętności surfingowych. Wszystko byłoby do przeżycia, gdyby kierowca jechał w miarę ostrożnie – a trafiliśmy na domorosłego rajdowca, który pomylił sprzęgło z pompką do materaca, zdecydowanie znał szerokość swojego wehikułu i uważał, że moc jego ego uchroni nas przed zmiażdżeniem przez ciężarówki, pomiędzy które bez strachu się wciskał… Tak, to był najbardziej przerażający przejazd w naszej karierze, a trzeba zaznaczyć, że było już blisko północy i ulice były w większości puste! I nagle zatęskniliśmy na tymi „nienormalnymi” kierowcami z Wietnamu, o których mieliśmy bardzo niepochlebne opinie (patrz wpis Klakson Grozy).

Nasz hotel wybraliśmy w sercu Głównego Bazaru  मेन बाजार (czyli Main Bazar zapisany w hindi). Tak, zaraz przy stacji kolejowej znajduje się dzielnica tak określana – nie bez przyczyny. W 1911 roku Brytyjczycy zaczęli budować swoją nową stolicę, więc potrzebowali sporo pracowników – przy stacji kolejowej powstało więc osiedle robotnicze, które szybko zyskało swoją handlową charakterystykę. Z czasem robotników było mniej, ale wraz z odzyskaniem niepodległości w 1947 roku obszar ten przyjął sporą ilość migrantów, którzy jeszcze gęściej upakowali się w okolicy. W latach 70. XX wieku zaś ten obszar stał się częścią tzw. Szlaku Hipisów – oferując tani nocleg, bliskość stacji i ogólną atmosferę. Ta podróżnicza „backpakerska” cecha się utrzymała i chociaż znajdą się lokale oferujące wyższe standardy, to pełno jest jeszcze takich budżetowych opcji.

Gdy dojechaliśmy, ulica Main Bazar była praktycznie pusta – jedyne bezpańskie psy i kilku ludzi się tam kręciło. Nasz hostel był jakieś 100 metrów od tej ulicy, ale samochodem już się tam nie dało podjechać, więc musieliśmy się przetransportować na nogach.

W momencie jak wyciągaliśmy bagaże i śpiące dzieci i próbowaliśmy się z tym wszystkim zebrać, kierowca zaczął coś do mnie mówić, czego z początku nie mogłem zrozumieć. Trochę go zignorowałem, bo ilość bagażu na moich plecach przybierała rozmiary małego wzgórza. Gdy dotarliśmy do hostelu, kierowca wciąż za nami podążał powtarzając coś, co się okazało frazą „Tip me”, czyli „daj mi napiwek”. Pierwsze zderzenie z kulturą płacenia szybko nas dopadła. Byliśmy zmęczeni po długim locie, było gorąco, głód doskwierał, obudzone dzieci jęczały, a tutaj jeszcze ktoś coś od nas chce…

Szczerze mówiąc nie miałem ochoty mu dawać napiwku – stawka była uzgodniona z hostelem zawczasu i to przez nich szła płatność, zaś jakość usługi zostawiała wiele do życzenia (chociaż szczęśliwie dotarliśmy na miejsce). Mimo to dałem mu, ponieważ chwilę na nas musiał czekać na lotnisku, ale najwyraźniej spodziewał się drugie tyle bo kręcił się przy nas jeszcze przez jakiś czas ignorując nasze ignorowanie go. Czy się źle czułem z tym, że dałem mały napiwek? Nieszczególnie – ogólnie uważam, że jeśli się ktoś umówił na jakąś kwotę, to na napiwek trzeba zrobić coś ekstra. Aż strach z takim nastawieniem wyjechać do Stanów Zjednoczonych!

Kolejne wrażenia

Z racji lokalizacji hotelu, nasza droga codziennie wiodła przez ten Główny Bazar. I było tłoczno, głośno – ciąg tuk-tuków, skuterów i samochodów wiódł przez jego środek (chociaż ktokolwiek podjął się wjazdu tu autem, musiał się liczyć na woooooolną podróż). Po obu stronach każdy budynek coś sprzedawał, do tego było sporo stanowisk tymczasowych i ludzi, którzy przyjeżdżali swoimi mobilnymi stanowiskami by sprzedać co akurat tam mieli do sprzedaży. My zakupy robiliśmy praktycznie codziennie – szczególnie spożywcze – kupowaliśmy owoce i warzywa, które później odparzaliśmy (jeśli nie miały zdejmowanej skórki jak np. banany czy mandarynki) za pomocą zakupionego na tym samym bazarze czajniczka.

#TravelTip – jeśli nie chcecie się nabawić zatrucia pokarmowego, to NIE JEDZCIE warzyw i owoców bez ich umycia (w szczególności pomidory czy winogrona) – jeśli owoce były przemywane to na pewno nie wodą butelkowaną, a wszechobecne muchy też czystych nóżek nie mają.

Naszym żywieniowym odkryciem był groszek cukrowy, który tu był dostępny w marcu, w super niskiej cenie w ogromnych ilościach. Zdecydowanie objedliśmy się nim pod korek. W pewnym momencie miałem już „swojego” sprzedawcę, do którego codziennie zachodziłem po kolejne porcje i wymienialiśmy się uprzejmościami, każdy w swoim „dialekcie” angielskiego.

Ogólnie chodzenie po tej ulicy wymagało oczu dookoła głowy, trzymania się za rączki i szybkiego reagowanie, ale jednocześnie nie było to na tyle stresujące jak nam się wydawało przed przyjazdem. Co ważne – nie byliśmy nagabywani przez sprzedawców! Było może machnięcie zachęcające do spróbowania aktualnie smażonego przysmaku (odmawialiśmy i dzieciom też nie pozwoliliśmy brać – zatrucie żołądkowe szło zapewne w pakiecie), ale gdy powiedzieliśmy „nie, dziękuję” temat się urywał.

Będąc tutaj też popracowałem nad moimi umiejętnościami negocjacyjnymi, wszak jest to nieodzowny etap w procesie zakupowym. A kupić można było prawie wszystko. Jedzenie, zabawki, ubrania (z usługą krawiecką w cenie), naczynia, narzędzia, sprzęt elektroniczny. Wszystko, nawet czapki i rękawiczki przy 40 stopniowym upale (dla takich klientów jak my najwyraźniej, skoro skorzystaliśmy). Nie zliczymy ile widzieliśmy miejsc w których: można przekłuć nos (kobiety), zrobić tatuaż z henny, zjeść europejski posiłek albo pomodlić się.

W ramach wysyłania pamiątek, mama poprosiła o kolorową suknię, więc takich przybytków również sporo zwiedziłem. Pierwszego dnia zaś, gdy wszyscy jeszcze spali, poza Tamarą, która postanowiła, że nie ma takiego odsypiania podróży, wyszedłem z nią na spacer. Zabrałem ją w nosidło i robiłem pierwszy obchód bazaru.  Podczas spaceru zaczął mi towarzyszyć hindus, z którym uciąłem sobie małą pogawędkę. Stwierdził, że zdecydowanie za długo zaplanowaliśmy na pobyt w Nowym Delhi (uważamy inaczej), ale też tak sprytnie poszedł ze mną, że aż zaprowadził mnie do sklepu z tkaninami (wręcz całego centrum handlowego), najwyraźniej sądząc, że zdecyduję się na jakikolwiek zakup belki materiału bez zatwierdzenia od żony (naiwniak).

Główny Bazar jest chaotyczny, kolorowy, tłoczny, miejscami bardzo brudny, miejscami bardzo czysty, okablowany, zaludniony psami i niezmiennie ciekawy – z ogromem małych uliczek odchodzących we wszystkie strony oferujących kolejne przybytki do odwiedzenia. Ogólnie – nie ma się czego bać!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *