Jesteśmy na tej naszej wyprawie raptem kilka miesięcy, a to będzie chyba 3. lub 4. celebrowanie światła, na które natrafiamy (w tym najsłynniejszy tego typu spektakl w Chiang Mai w Tajlandii, o którym możecie poczytać we wpisie Festiwal Świata). Chyba lubią się tutaj z lampionami. Aż dziw, że co dekadę nie było pożarów z tutejszą drewnianą zabudową.

Festiwal światła… w nocy
Celowo wybraliśmy się do Hội An dokładnie dnia, kiedy rozpoczynał się nowy miesiąc lunarny. Data była nieprzypadkowa, bo właśnie każdej pełni księżyca ma miejsce festiwal latarni. Tyle podróżujemy po tej Azji, że wypadałoby w końcu zadać sobie pytanie – dlaczego właśnie taki termin?
Otóż święto to bardziej kładzie nacisk na fakt pełni księżyca – wywodzi się to z buddyzmu, gdzie Budda miał się narodzić, doświadczyć objawienia i umrzeć podczas pełni (rzecz jasna nie tej samej).
Srebrny Glob, a za nią lampiony symbolizują pełnię życia, powodzenie, szczęście no i oświecenie (takie duchowe). Każda pełnia ma swoje nazwy, które stosowane były przez rdzenne ludności wszelkich kontynentów. My się wybraliśmy w czasie Śnieżnego Księżyca (inne nazwy to Burzowa lub Głodna Pełnia). Figuruje jeszcze Niebieski księżyc, którym nazywa się drugą pełnię w tym samym miesiącu kalendarzowym.
Hội An organizuje takie świętowanie co miesiąc (lunarny). I wraz z zapadnięciem zmroku, świętowanie się rozpoczyna…





*Zachęcamy do zapoznania się ze wszystkimi określeniami Srebrnego Globu: https://www.national-geographic.pl/przyroda/pelnie-ksiezyca-co-sie-kryje-za-nazwa/ Najbliższa pełnia zwie się Księzyć Podróży (albo Pełnia Obumierających Traw).
Wypożyczenie kulturowe
Nim jednak zapadnie zmrok, trzeba jakoś pierwszą połowę dnia spędzić. Trzymając się naszego procesu podróżniczego, przyszedł czas na przebieranki.








Dla osób, które dopiero dołączyły do grona czytelników, śpieszymy z wyjaśnieniem, że w (prawie) każdym kraju, który odwiedziliśmy zdecydowaliśmy się wynająć kostium danego narodu/rejonu i zrobić sobie małą sesję zdjęciową. Powoduje to jednocześnie podniesienie ciśnienia kulturowym aktywistom, dla których biały paradujący w stroju azjaty to „zawłaszczenie kulturowe”, ale my tylko wypożyczamy strój, więc skończyliśmy na „wypożyczaniu kulturowym”. Siakoś azjatom to nie przeszkadzało (a przebrana Tamara topi serca obserwujących).
Nim jednak przywdzieliśmy te stroje, trzeba było wybrać przybytek, który nam je dostarczy. Niebieska miała już jeden wcześniej upatrzony, który miał dobre opinie w internecie i chyba wystarczająco bogatą garderobę, by wystroić naszą szóstkę i zrobić to we w miarę spójny sposób. Gdy pod koniec pierwszego dnia dotarliśmy na miejsce – okazało się, że było bardzo drogo (jakieś 500 zł na osobę) a ponadto przewidywany czas przebrania naszej rodziny dałby nam może pół godziny światła słonecznego do dyspozycji. Zrezygnowaliśmy z tego miejsca i ruszyliśmy ulicą z kilkoma innymi podobnymi wypożyczalniami. Zaskakująco dużo miejsc nie przewiduje przebierania się dzieciaków, a przynajmniej tych płci męskiej, więc gdy trafiliśmy do miejsca, które miało wszystko, a do tego najniższą cenę – okazało się, że warto było się wstrzymywać (na google maps miejsce wygląda jak pusty budynek, ale jest pod tym adresem). Umówiliśmy się na odbiór strojów na następny dzień, nie przewidzieliśmy jednak, że wraz z opuszczeniem lokum, dzieci porzucą chęci i entuzjazm do przebierania, by ich już nie odnaleźć następnego dnia…





Wietnamskie stroje noszą nazwę Áo dài (co wymawia się „au yai” na północy i „au zai” na południu, zaś na polskojęzycznej Wikipedii używa się określenia „auzaj”) – jest to taka tunika noszona na spodnie, zarówno przez mężczyzn i kobiety. W 1744 roku król Vu Vuong zarządził, że mężczyźni i kobiety mają nosić spodnie i tunikę zapinaną z przodu. W 1930 roku wietnamski projektant mody Cat Tuong (nazywany przez Francuzów Monsieur Le Mur) zmienił jej projekt, by góra bardziej przylegała do ciała, wydłużył tunikę do ziemi, zaś guziki przeniósł na ramię. 20 lat później dwóch krawców w Sajgonie wprowadziło raglanowe rękawy (kolejne hasło do krzyżówki! To takie rękawy, których szew idzie od szyi do pachy – często widoczny w strojach sportowych) i oto mamy współczesną wersję auzaju. Kolorystyka również ma znaczenie – młode dziewczyny nosiły głównie biały strój, trochę starsze, ale wciąż niezamężne ubierały bardziej pastelowe kolory, dopiero zamążpójście dawało możliwość przywdziania odważniejszych barw.
Strój jest wygodny – spodnie są luźne, zaś tunika nie krępuje ruchów (dzięki raglanowe rękawy!) i jest standardowym ubraniem w wielu miejscach – również w biurze czy urzędach. Ciekawostka – nakrycia głowy różnią się poziomem ażurowatości – kobiece są bardziej prześwitujące.








Przyszło nam wybrać kolorystykę i nie ma co się oszukiwać – każdy miał swoje preferencje, które musiały zejść na dalszy plan, bo bylibyśmy niespójni. O ile wcześniej Niebieska na coś takiego (niechętnie) przystawała, to tym razem plan był jasny – mamy wyglądać dobrze jako indywidua i jako grupa, więc pozostało przekonanie dzieciaków, że my wiemy lepiej. Szczęśliwie są jeszcze w takim wieku, że rodzice są dla nich wzorem, do którego chcą się upodabniać, więc gdy znaleźliśmy granatowe tuniki (a dzieci nie przepadają za tym kolorem), ale ze złotym smokiem, chłopaki ruszyli za mną. U dziewczyn najważniejsze było znalezienie bliźniaczych strojów dla naszych księżniczek, a makijaż (dla Aurory i mamy) uciszył potencjalne głosy średniozadowolenia.
To było bodaj najtrudniejsza sesja zdjęciowa tej wyprawy. Żar lał się z nieba, dzieciom się nie chciało, tłumy były ogromne. Nie ma lekko ale w końcu kto nie ryzykuje, ten nie je ziemniaków (albo ryżu, skoro jesteśmy w Azji). Tym razem sprawdziła się najprostsza technika proszenia (tylko kilka zdjęć dla nas, prosimyyyy!), chwalenia (jesteście super!) i przekupstwa (potem pójdziemy na statek, obiecujemy). Było dużo zrzędzenia, narzekania i przewracania oczami (zarówno dorośli jak i dzieci). Jednak jak na takie warunki i na amatorski plener, to uważamy, że zdjęcia się udały. Hội An jest bardzo malownicze, zabudowa jest kolorowa, lampiony są wszędzie, a my też jesteśmy niczego sobie (może trochę brakuje nam skromności). Warto jednak zawsze pamiętać, że za instagramowymi plenerami nie stoi idealne życie chociaż swoje zaiste uważamy za znamienite.














Światłem ich teraz!
Spacerując po starówce niejednokrotnie jesteśmy zaczepiani przez tak zwanych „naganiaczy”. Ot klasyczne: chodźcie tutaj, dzięki mnie będziecie mieli 10% zniżki. Tym razem trafiliśmy na człowieka, który zachęcał nas do wieczornego rejsu łodzią. Oferta była zdecydowanie kusząca finansowo, zaś perspektywa oglądania świętującego Hội An wieczorową porą – trudna do przegapienia. Zatem zdecydowaliśmy się skorzystać z okazji.

Wraz z zachodzącym słońcem wpakowaliśmy się na korab i ruszyliśmy. Trasa była krótka, ale widzieliśmy to, na co czekaliśmy – gaszące się światła elektryczne, by lampiony przejęły rolę oświetlenia. No dobra, nie była to całkowite zaćmienie miasta, zaś współcześnie latarnie świecą dzięki technologii półprzewodnikowej, ale nie odebrało to całemu doświadczeniu uroku. Sama łajba była koloru pistacjowo-turkusowego, przystrojona w lampiony i naszym jedynym niedopatrzeniem (chociaż też nie mieliśmy jak tego sprawdzić wcześniej) był fakt, że miała ona zadaszenie. Może przy gorszej pogodzie byłoby to dobrym znakiem, ale znacznie to utrudniało podziwianie spektaklu świetlnego,
Z każdą minutą przybywało zarówno oświetlonych łodzi jak i samych świateł na brzegu. Wycieczka wiodła niestety dalej od centrum, więc nie przyszło nam pływać pomiędzy małymi papierowymi łódeczkami ze światełkiem.








Jakimi łódeczkami pytacie? Jest to taki wietnamski odpowiednik puszczania wianków – tylko tutaj się używa papierowych łódek, wkłada się do środka małą świeczkę i myśli życzenie, nim puści się ją, by płynęła wraz z nurtem wody.
Myśmy nasze łódeczki zdobyli po tym nocnym rejsie – podeszła do nas starowinka i zaoferowała całkiem atrakcyjną cenę od sztuki – a każdy musiał przecież wysłać swoje życzenie, by się spełniło. Była to profesjonalna obsługa, bo poza towarem dostarczyła również narzędzia – zapalniczkę i specjalny kij-podbierak, który się używało, by spokojnie i bezpiecznie umieścić świetlika na wodzie – zamiast rzucać go z nadzieją, że nie zgaśnie i się nie wywróci. Oczywiście, gdy przyszedł czas do płacenia, cena nagle podskoczyła dwukrotnie (ale się nie daliśmy).








Całe doświadczenie było bardzo pozytywne i magiczne – kolorowe łódeczki masowo spływały rzeką, żadna z naszych nie zatonęła w przeciągu pierwszych minut (co było sukcesem) i mogliśmy obserwować jak dołączają do stada migrujących punkcików w kierunku zaszłego już słońca.
Czuć było energię miasta – to świętowanie – chociaż widocznie już przystosowane pod turystykę – wciąż nosi duży ładunek emocji, wierzeń, uczuć przekazywanych z pokolenie na pokolenie. Miasto tym żyje, księżyc w pełni wzbudza ten pełen ekscytacji niepokój, a ludzie dają się ponieść tym falom. I my również się daliśmy – krążyliśmy długo jeszcze po Hội An, chłonąc atmosferę i ciesząc się tym, że jesteśmy tam, gdzie jesteśmy.
#TravelTip: Latarenki można puszczać z brzegu albo z wynajętej łódeczki z wiosłami. Łodzie silnikowe nie mogą pływać pomiędzy lampionami.
Zrób to sam
Jednym z ciekawszych ofert dla przyjezdnych są warsztaty z robienia lampionów. To miasto jest kulturowo zatopione w ich wytwarzaniu. Myśmy się nie zdecydowali, bo mieliśmy mało czasu przewidzianego na Hội An (oczywiście – mało czasu podróżując z małymi dziećmi – bez tych słodkich potworów byśmy znaleźli czas na wszystko i jeszcze się wyspali), a koszt takiej przyjemności też jest niemały, zaś transport gotowego dzieła niemalże niemożliwy (a na pewno narażony na zniszczenie).





Są dwie opcje – krótsza i dłuższa. W tej drugiej tworzy się cały lampion, począwszy od wykonania stelażu do warstwy go oblekającej. W tej krótszej (zalecanej dla dzieci) skupiasz się na pomalowaniu materiału – jest możliwość dowiedzenia się więcej o motywach używanych w sztuce, ale na pewno można dać się ponieść fantazji i stworzyć swój, wyjątkowy lampion.
Głodny?
Pisząc ten akapit, mój żołądek skręca się z tęsknoty. Hội An ma najlepszą kuchnię w Wietnamie. Dlaczego? Trudno stwierdzić, ale każde z naszych doświadczeń były pełnymi ekscytacji ucztami, gdzie nie tylko oko się cieszyło, ale przede wszystkim brzusio.
Możemy wskazać 3 miejsca, w których się stołowaliśmy przez te dwa dni i każde możemy polecić. A kto czyta ten wie, że praktycznie nie polecamy konkretnym jadłodajni. Tym razem mamy same konkretne
#TravelTipy:
Pierwsze jest to restauracja zaraz obok bambusowego teatru. Wybraliśmy się tam przy okazji spacerowania po tej stronie wyspy i byliśmy chyba jedynymi klientami (a na pewno pierwszymi). Jest to klasyczny rodzinny biznes, gdzie część mieszkalna jest zaraz obok części restauracyjnej. Nie odmówiliśmy sobie przyjemności wejścia na piętro, by mieć lepszy widok na zabudowę nad kanałem. Jedzenie było pyszne i to z tego miejsca mamy dokumentacje zdjęciową. Zdecydowanie polecamy – próbowaliśmy wtedy już drugi raz dania z noodlami Cao Lau – potrawa zawierająca cały przekrój wietnamskich dodatków – od samych noodli, poprzez mięso i ryżowe chrupki, paletę ziół, ćwiartkę limonki i odrobinę wywaru. Tam się dzieje i to jest eksplozja smaków i kolorów – cały pakiet!





Drugi punkt jest dosłownie po drugiej strony ulicy – wieczorami ulica staje się restauracją, ludzie wyjeżdżają swoimi wózkami-stanowiskami, które oferują cały szereg przysmaków – owoce morza, owoce, drinki, zupy, ale przede wszystkim Bánh! Wychwalaliśmy to danie już we wpisie Trochę Francji, trochę Ameryki, ale to tutaj osiągnęła apogeum niesamowitości. I nie przeszkadzało nam nawet, że pomylili się w zamówieniu i dostaliśmy wersję pikantną – więcej dobroci dla nas – bez żalu poprosiliśmy o dodatkowe buły.
I w końcu Nhà Nhân mała, niepozorna restauracyjka obok punktu wypożyczenia strojów. Byliśmy tam dwa razy, bo tak bardzo nam jedzenie posmakowało. Oprócz wspomnianego wcześniej Cao Lau, próbowaliśmy tak zwanej Białej róży, czyli wietnamskich pierożków ułożonych na talerzu w kształt róży z sosem po środku (tak, wiem, upraszczam), ale także nie odmówiliśmy sobie Morning Glory – ulubionego azjatyckie dania Niebieskiej (jak je określił kuzyn Bastek – to sama góra zielska). I jednocześnie to właśnie w tym miejscu Aurora również rozkochała się w tej potrawie – a sprawienie, by 5 latka rozpływała się nad górą szpinaku jest nie lada osiągnięciem. Jeśli mielibyśmy polecić jedno miejsce do posilenia się w Hoi An, to właśnie ta restauracja.
Zgłodniałem od tego wszystkiego…




















Dodaj komentarz