[072] Duże bonsai, mała zabudowa

Dzisiaj zakasamy rękawy i pobrudzimy sobie ręce. Będziemy kręcić kołem i brudzić wszystko dookoła – a przynajmniej tak będą dzieci robić – dodatkowo jedno z towarzystwa spróbuje smaku tworzywa, aczkolwiek nie zdradzimy, kto to będzie…

Stara dzielnica garncarska

Położona 13 km od centrum Hanoi w jego południowo-wschodniej części, niegdyś wioska, obecnie dzielnica Bát Tràng znana jest ze specjalizacji w ceramice. Jest to oczywiste niedopowiedzenie – Bát Tràng było ośrodkiem ceramiki już od XVI wieku, a do tego krążą opowieści, jakoby to około 1010 roku, wraz z nastaniem dynastii Ly, zostały sprowadzone w okolicę nowopowstałej stolicy cechy ceramiczne z Chin. Fakty są takie, że dźwięk tłuczonych spodków słychać tu było od dawna.

Co zrobić z nadmiarem talerzy?

Ruszyliśmy zwiedzać okolicę komunikacją publiczną (sama podróż z naszego domu trwała prawie 1,5 h) i opierając się na mapach google wyszliśmy na przedostatnim przystanku danej linii autobusowej. Później okazało się, że końcowy przystanek jest w samym sercu tejże wioski, więc spacerując do celu byliśmy dosyć zdziwieni – wszak wejście do jednej z atrakcji Hanoi nie mogło wieść przez nierówne, ułożone z płyt, zabłocone drogi, nie?

Minęliśmy kilka punktów sprzedaży ceramiki wszelakiej, by natrafić od razu na główny punkt naszej wyprawy – Muzeum Garncarstwa.

Muzeum Garncarstwa

Nie jest to budynek, który można przegapić. Wystarczy zresztą rzucić okiem na zdjęcia – czyż nie wygląda jak muzeum i to wyrobów ceramicznych? Ułożone w stosy koła garncarskie, albo zgrubna forma wymyślnego naczynia do trzymania ciasteczek z wróżbą, nasion słonecznika i zielonej matchy. Albo wycinek tunelu wydrążonego przez mrówki w podziemnym królestwie? Interpretacji jest tyle, co oglądających, ale to nadaje niesamowitości tej konstrukcji. Zgodnie stwierdziliśmy, że jak na budowlę współczesną, plasuje się w czołówce trafnie zaprojektowanych budynków.

Czyż nie jest to ekscytująca budowla?

Oficjalna nazwa muzeum to Bat Trang Museum of Viet Soul Art (czyli w wolnym tłumaczeniu Muzeum Wietnamskiego Ducha Sztuki w Bat Trang) i jest to prywatne muzeum zasponsorowane przez lokalnego artystę Vũ Đức Thắng (aka Vũ Thắng). Powstało w 2020 roku, więc jest to całkiem świeża sprawa i to widać – budynek jest wciśnięty w nieprzygotowaną na to okolicę, przy wąskiej dróżce bez chodnika, za to z intensywnym ruchem. Gdy zatem zatrzyma się autokar z wycieczką przed wejściem, to poważnie utrudnia przejazd innym pojazdom (jak na przykład autobusom miejskim). Tak prawdziwie po Wietnamsku – ciasno ale (inaczej niż do tej pory) bardzo powoli.

Na początek należy zdecydować się na bilet. I tutaj dostajemy w twarz rozpiską niczym tablica ograniczeń prędkości w naszym kraju: zwiedzanie piętra 1,2,4, zwiedzanie piętra 3, warsztaty garncarstwa, doświadczenie herbaciane, zestaw kombo 1 i zestaw kombo 2  – a to wszystko z wariantami innych cen dla dzieci, lub nie… trochę postaliśmy przy tej tablicy, aż zdobywaliśmy się na podstawę – warsztaty ceramiki i podstawowe piętra. Jedno dziecko pominięte (bo takie małe) i jakoś się dogadaliśmy co do ceny.

Już sam przejazd autobusem, przejście długiej ulicy i wybranie odpowiednich wejściówek zajęły nam dużo czasu. A do tego jeszcze doszło „muszę siiiiiiiiiiiiiiiikuuuuuuuuuuu” tuż przed samym wejściem do środka. Kolejne 30 minut i 3 wizyty w toalecie później byliśmy w końcu gotowi do wejścia.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od piętra przedstawiającego proces tworzenia ceramiki. Mimo naszych usilnych starań, trudno było utrzymać dzieci w ryzach (długo i relatywnie spokojnie przesiedziały w autobusie miejskim by tam dotrzeć), ale muzeum było chyba w tym miejscu przygotowane na bardziej organoleptyczne eksploracje. Przykładem niechaj będzie 7-10 koszów z różnego rodzaju sproszkowanej, wysuszonej gliny, wokół których już przed naszym przybyciem można było znaleźć ślady odbitych maleńkich, dziecięcych łapek. Więc jesteśmy usprawiedliwieni (chociaż trochę nam wstyd). Poza tym były tam makiety różnych pieców do wypalania, narzędzi, naczyń na różnym etapie tworzenia i tym podobnych punktów.

Kolejne piętro zaś było wręcz pułapką na osoby z dziećmi – wystawiano tam wszelakie naczynia, rzeźby, i inne twory ceramiczne. Dalej jestem zdziwiony, że w ogóle nam pozwolili tam wejść z tymi małymi diabłami tasmańskimi. Przelecieliśmy przez to piętro zostawiając za sobą ścieżkę potu wylewanego w wysiłku, by nasze pociechy niczego nie zniszczyły (zanotowaliśmy tutaj sukces!). Trochę szkoda takiego tempa zwiedzania – z jednej strony z samego szacunku dla wszystkich ludzi zaangażowanych, z drugiej nie było przez to możliwości zagłębienia się w opisy eksponatów – mimo obejrzenia ekspozycji nie dowiedzieliśmy się wiele więcej niż to co do tej pory było nam znane. Ostatnia kwestia, to galeria współczesna – było tam sporo naprawdę fajnych wytworów, które chętnie byśmy przytulili i podzielili się radością z naszymi bliskimi miłośnikami szkiełek (pozdrawiamy Lublin i ich sanktuarium wazoników).

Zestaw do ćwiczenia malowania martwej natury

Całe to zwiedzanie było wciąż miłym doświadczeniem, ale zebraliśmy się tu, by ubrudzić sobie ręce.

I to dosłownie – na warsztatach garncarskich.

W tym celu udaliśmy się do lochów by walczyć ze złem ukrytym w ciemności… Nie, wróć – przepraszam, ostatnio Wiedźmin wrócił na tapetę. W tym celu wybraliśmy się do poziomu minus jeden, gdzie czekało nas całe garści lepkiej zabawy.

Na dzień dobry dostaliśmy do ubrania fartuchy, a będąc zapalonymi pomagaczami kuchennymi, dzieci szybko rzuciły się do wyboru kolorystyki. Kolejnym etapem było szkolenie BHP. Albo coś, co je bardzo przypomina – obowiązkowy film instruktażowy. W odróżnieniu od szkoleń BHP nikt nie usnął (Tamara spała przed filmem, więc to się nie liczy), za to każdy pochłonął odpowiednią ilość danych, by bezpiecznie zacząć przygodę z wyrobem naczyń. Tutaj trzeba oddać, że film faktycznie był krótki i ze skondensowany, przekazem, więc dzieci nie zdążyły się rozproszyć.

No dobrze – czas wziąć glinę w swoje ręce i zacząć się brudzić.

Do dyspozycji było ogrom kół garncarskich – tak na oko 50. Szczęśliwie nie trafiliśmy na wycieczki szkolne w tym czasie więc wybraliśmy sobie najwygodniejsze pozycje – takie, by Tamara nie wpadała w inne stanowiska i by mogła sobie swobodnie truchtać od miejsca do miejsca. Mimo iż opłaciliśmy zajęcia tylko dla samych dzieci, nam też przypadła do dyspozycji porcja gliny, więc nie wyprowadzając nikogo z błędu zasiedliśmy na bardzo małych krzesełkach do stołów. Te małe krzesełka ponownie stanowiły dla mnie problem – nie mam pojęcia jaką to trzeba przybrać pozycję, by móc wygodnie pracować po wiele godzin na tak niskim siedzisku – no ale to już zagwozdki nieelastycznych Europejczyków. Dzieci, rzecz jasna, nie miały z tym problemu, więc co żyw zabrały się do roboty. Początkowo moją pracę można było by określić „zespół do szybkiego reagowania na wnioski dziecięce” – te wnioski to: mi nie działa, co mam teraz zrobić, tato a zrobisz mi…, i tak dalej. Niebieska się samozaturdniła przy „kontroli nad niszczącymi czynnikami” (z angielska damage control), gdzie niszczącym czynnikiem była Tamara,  dorabiała dodatkowo jako fotografa (jak tu zrobić zdjęcie i nie ubrudzić sprzętu glinką). Po pierwszych porażkach i kilkukrotnym przypominaniu treści filmiku dopiero obejrzanego, wszyscy złapaliśmy rytm. Tamara przestała niszczeć, zaś zapragnęła tworzyć, zaś starszaki wkręcili się (he he, że koło garncarskie, nie?) w robotę i przynosili co raz to bardziej skomplikowane zbitki gliny. Ja, nie chwaląc się (bo nie ma czym), również stworzyłem coś, co w ciemnym pokoju, mogłoby uchodzić za naczynie (wody może nie utrzyma, ale kształt sugeruje coś więcej niż porzuconą plastelinę).

Dzieci bawiły się przednio i z niechęcią przyjęły fakt, że po lepieniu następuje proces wypalania. W tym procesie największym wyzwaniem było odklejenia „tworu” od koła garncarskiego bez zbytniej deformacji pierwotnego kształtu, ale powiedzmy, że nam się to udało i ruszyliśmy do stanowiska wypalania. Okazało się, że stanowisko wypalające składa się z miłej pani wietnamki z dwoma palnikami propanowymi w rękach, której zadaniem było opalanie naszych tworów, w celu doprowadzenia ich do mniej-więcej suchej postaci. Jest to istotny proces w garncarstwie, ale intuicja podpowiada mi, że w przypadku „profesjonalnego” zakładu, robi się to nieco inaczej. Ale co ja tam się znam.

Końcowym etapem jest pomalowanie swojego „dzieła”, do którego dzieci ochoczo zasiadły. Jest to czynność bardzo popularna w Hanoi, ponieważ miasto to znalazło świetny sposób na urozmaicenie pobytu w kawiarniach – można za dodatkową opłatą uzyskać glinianą figurę, którą przy kawie można sobie relaksacyjnie pomalować (nie tylko kawiarnie to oferują. W jednej sali zabaw Aurora pomalowała figurkę renifera, z którą nie chciała się rozstać, więc ostatecznie została ukryta w nigdy nie otwieranej szafce jednego z domów na AirBnB – jesteśmy pewni, że jeśli wrócilibyśmy do tego mieszkania w Da Nang za kilka lat to ona tam dalej będzie). Początkowo nie wiedzieliśmy o co w tym wszystkim chodzi, ale szybko zrozumieliśmy, że może to być pomysł na biznes – wszak każda czynność, która odklei nas od smartfonu powinna być promowana i próbowana. A zdecydowanie jestem w stanie dwie starsze panie, malujące figurki Maryi przy szklankach z koszyczkiem pełnym kawy zalewajki, obok studenta z sojowym latte.

W muzeum byliśmy 5-6 godzin, z czego ponad 4 spędziliśmy w warsztacie. I nikt nie chciał wracać! Nie sądziliśmy, że coś może zająć całą rodzinę na tak długi czas, a już szczególnie, że będzie to lepienie garnków! Zdecydowanie, ku swojemu zaskoczeniu – polecamy wszystkim rodzicom podróżującym do Hanoi!

Stara dzielnica garncarska ciąg dalszy

W muzeum spędziliśmy dużo czasu i moglibyśmy już wracać, ale byliśmy na miejscu, a dojazd trwa godzinę, więc na pewno już tutaj nie wrócimy (przynajmniej nie na tym wyjeździe), dlatego ruszyliśmy ku centrum tejże dzielnicy. Poprzednie zdanie jest dość długie ale tak właśnie wyglądał nas dialog w tamtym momencie. Z każdym przebytym metrem ilość miejsc sprzedających wyroby garncarskie wzrastała wykładniczo. Ścieżki prowadziły do centralnego bazaru, gdzie różnorodność wyrobów z ceramiki przyprawiało o zawrót głowy (a już na pewno o zawał serca z trójką wolnobiegającą, czwarte na szczęście było przytwierdzone do wózka). Na miejscu można było znaleźć rzeczy wszelakie i kruche – figurki postaci rzeczywistych i tych niekoniecznie, skarbonki świnki, pandy, czy żółwie, wazy rozmiaru od naparstka do pojemnika na nielubianych sąsiadów, zestawy talerzy w deseń kubków i kubków z deseniem talerzy, węże, ryby, minionki, garnuszki, żaby i ogrom rzeczy, które nie powinny być zrobione z ceramiki, a były.

Nie zabawiliśmy już tam długo, ale można było dostać oczopląsu. Jeśli więc ktoś poszukuje oryginalnej pamiątki, to jest to odpowiednie miejsce do polowania.

Duże Bonsai, mała zabudowa

W Wietnamie sztuka miniaturyzacji drzew nazywana jest Hòn Non Bộ, zaś oryginalnie przypisuje się tę sztukę Chinom (chińska nazwa to penjing). I chociaż w świadomości współczesnych, bonsai figuruje jako wiodąca sztuka Japońska, to każdy wschodnioazjatycki kraj ma swoją wariację.

Ktoś widział elfy?

By stworzyć takie dzieło trzeba dużo czasu i cierpliwości – wyrastającemu drzewku kontroluje się każdą gałązkę poprzez odpowiednie obwinięcie go drutem ukierunkowanie w wybraną stronę i okazjonalne przycinanie nowych (za)pędów rośliny.

Zdecydowanie to coś, czym zajmę się, gdy dzieci już trochę podrosną.

Wychodząc z muzeum garncarstwa przeszliśmy zaciekawieni na drugą stronę ulicy, gdzie rzuciły nam się w oczy właśnie wspomniane drzewa sztucznie skarłowacone. Ale tutaj właśnie wchodzi na scenę wietnamski styl przygotowywania tychże. W odróżnieniu od Japońskiego – tego, który pierwszy przychodzi na myśl, perfekcyjnego, ułożonego, opanowanego, eleganckiego – wietnamski styl miniaturyzacji drzew charakteryzuje się większą „naturalnością”. Drzewka są bardziej rozrośnięte, bardziej chaotyczne, często występujące w grupkach, a także ułożone są w kompozycje z bieżącą wodą i układami skalnymi – a do tego z umieszczonymi figurkami w scenki rodzajowe, lub sprytnie poukrywane niczym elfy w lesie. Do tego te drzewka przyjmują rozmiary naturalnych drzew, ale są umieszczone w zdobionych donicach – przypuszczam, że są to jedyne rzeczy, których Wietnamczycy nie przewiozą na skuterach (chociaż teraz może przeczyta to ktoś, kto będzie chciał mi udowodnić, że się mylę?).

Ktoś poszukuje nowego hobby?

Bambusowa ulica

Skoro jesteśmy przy drzewach (chociaż tych malutkich), to wspomnimy o drzewach bambusowych. Tak, wiemy – bambus formalnie zalicza się do traw, ale jeśli możesz kogoś pozbawić przytomności uderzając go nim w głowę – to trawą nie jest. Nie jesteśmy biologami, by się wykłócać o formalizmy, więc przejdźmy do rzeczy.

Bambus od wieków jest jednym z głównych materiałów budowlanych, w tym używany do wytwarzania narzędzi, mebli i wielu innych produktów. A właśnie różnorodność produktów prezentowała pewna mała uliczka w Hanoi – P. Hàng Vải. Tutaj wychodzi charakterystyka krajów azjatyckich jeśli chodzi o umiejscowienie sklepów – występują one w grupach. Potrzebujesz elektroniki? Idź na tę i tę ulicę – w tym masz 5 sklepów obok siebie sprzedających nagłośnienie, 10 sprzedających oświetlenie, 4 elektroników, 5 z zabawkami elektronicznych i tak dalej. Podobnie jest z innymi produktami – papiernicze – cała ulica sklepów papierniczych, naczynia miedziane – dwie ulice zapełnione sklepami i straganami z garczkami i patelniami. I tak to wygląda, więc gdy trafiliśmy na ulicę pełną drabin z bambusa, mioteł z bambusa, krzesełek, ławeczek, stolików, półeczek czy nawet samych badyli bambusowych – musieliśmy się nią przejść i porobić kilka zdjęć.

Wspominamy o tym, bo bardzo polecamy przejście się ulicami Hanoi – to miasto pełne niespodzianek, pięknych i zaskakujących zakątków i jeśli ktoś potrafi docenić taką różnorodność – spędzi tam bardzo miły czas (najlepiej przy kawie z jajkiem).

Always

A wiecie, że Hanoi znajduje się klubokawiarnia Always w temacie Harrego Pottera? Tak, nawet tam znajdziecie rzeszę fanów twórczości J. K. Rowling oraz świata, który stworzyła!

Z racji, że można śmiało określić nas fanami tego świata (ale nie filmowego, książkowego!), to nie mogliśmy przejść obojętnie obok tego przybytku. Niestety nasza grupa była zbyt liczna, by się tam zmieścić, więc weszliśmy tam jako turyści, rzuciliśmy okiem na wystrój wnętrza, by następnie niemal siłą wyciągać stamtąd dzieciaki. Nie powinniśmy byli być tym zaskoczeni, wszak malutkie, słodziutkie pluszami Hedwigi są trudne do zignorowania. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *