Podróżowanie z dziećmi rządzi się swoimi prawami. W większości przypadków to prawo dżungli – kto ma więcej siły, ten przejmuje dowodzenie. Dlatego bardzo istotnym jest wczesne ustalenie strategii i jej skuteczne egzekwowanie. Nasza główna strategia jest prosta – zmęczyć przeciwnika (kto czyta regularnie bloga ten wie jak często się nią posilamy).

Właśnie po to, by wozić ją„
Ale nie chcąc, by nasza relacja była tak antagonistyczna, co jakiś czas dzieciaki mają wyjście na jakąś atrakcję. Oto i niektóre z nich w mieście Siem Reap:
Miniaturowy Angkor Wat
Park miniatur w Siem Reap może reprezentować tylko jedno – Angkor. Stworzony przez lokalnego artystę, zaś dalej utrzymywany przy życiu (chociaż ledwo) przez jego córkę. Park pokazuje najważniejsze budowle kompleksu. Jest to raczej ciekawostka, ale sprzedaliśmy to dzieciom jako możliwość poczucia się jak gigant (bez niszczenia wszystkiego w koło). Baltazar uruchomił żyłkę blogera i „na żywo” relacjonował naszą obecność, zaś reszta dzieciaków tylko próbowała wspinać się wyżej i wyżej – one poczuli żyłkę King-Konga. Szczęściem nic nie zniszczyli, zaś właścicielka bez stresu obserwowała nasze poczynania.

Jest to trochę już zapuszczone miejsce, toaleta – z której musieliśmy skorzystać – wygląda prawie jak z filmu Trainspotting, budowle widziały lepsze czasy (pewnie podobnie wyglądały w czasach, kiedy oryginalny kompleks zjadała dżungla). Wstęp jest tani, bo $2 (za naszą szóstkę pani poprosiła $5), ale jest to jedyne źródło dochodu, więc jeśli ktoś nie podróżuje później do kilku kolejnych krajów, to może zakupić tam taką wypaloną, pamiątkową płytkę. Dzieciom się podobało, nam się podobało – cel został osiągnięty. Średni czas zwiedzania bykowego (czyli takiego bez dzieci) to pewnie z 5-7 minut, średnia z pociechami – do 30 minut.











Mini golf
Wyszukując park miniatur, google wskazało jeszcze jedną miejscówkę z miniaturowym Angkor – tematyczny mini golf. Dla niezorientowanych, to taki golf, ale niepełnowymiarowy – to kilkanaście małych torów z różnymi przeszkodami i przeróżnym ułożeniem ścieżki. Cel i środki są takie same – należy piłeczkę golfową umieścić w otworze za pomocą kija do golfa.

Nie byliśmy pewni jak zareagują nasze potworki na taką rozrywkę – wszak uderzenie takiej piłeczki wymaga pewnego poziomu koordynacji, cierpliwości i umiejętności przegrywania (tego ostatniego często im brakuje). Ale efekt przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że dzieciom ta rozrywka przypadła do gustu w stopniu wybitnym, to jeszcze ich zachowanie można by wpisać w podręczniki „Rodzicu – robisz coś dobrze!”. Trzeba powiedzieć, że każdy z entuzjazmem podchodził do zadania, ale przede wszystkim wspierali się w przypadku niepowodzeń, pocieszali się i zachęcali do dalszego grania, zaś zdobycie punktu witali z radością – każdy dla każdego. Nasze serca się roztopiły z nadmiaru miłości i bratersko-siostrzeńskiej współpracy.
Planowaliśmy spędzić tam godzinkę, ale w sumie zajęło nam to ponad dwie, ale ani na chwilę dzieci się nie nudziły i nie wypadały z formy.

Było 14 torów, każdy przedstawiał jakąś budowlę z kompleksu Angkor. Do dyspozycji były kolorowe piłki i kije golfowe każdego rozmiaru (Tamara nie dostała kija, ale piłeczkę już swoją miała).
Końcowe wyniki wyłoniły zwycięzcę – Baltazara, ale Aurora jako jedyna miała jeden strzał „za pierwszym razem”, zaś Makary z kolei był pierwszym zwycięzcą toru, a przy tym był najbardziej entuzjastyczny ze wszystkich (ale ten typ tak już po prostu ma).

Dzieci teraz tylko wypytują, kiedy znów się wybierzemy na minigolf. Więc wpisujemy tę rozrywkę na naszą listę dziecięcą.
P.S. W tym miejscu można zdobyć darmowe piwo jeśli za pierwszym podejściem trafi się w dołek.







Miniaturowe pojazdy
Ruch uliczny w Kambodży to kolejny poziom zaawansowania w chaosie ulicznym. To jak się mijają, wciskają, jeżdżą w każdym kierunku wygląda jakby był wyssany z mlekiem matki. I być może jest, ponieważ widzieliśmy sporo bardzo młodych ludzi na różnego rodzaju skuterach, którymi jeździli do szkoły.
Ale tego też muszą się gdzieś nauczyć, nie?

Ano owszem, musza i uczą – w miejscach, gdzie można sobie wynająć elektrycznie sterowane autka i miniskuterki. Niebieska takie coś zobaczyła pierwsza na swojej „samotnej” wyprawie, zaś ja zobaczyłem, gdy z Baltazarem biegałem w tych okolicach. Baltazar też to zobaczył, a że jest wielkim fanem autek i wszelkiej formy „szybkości”, to było po sprawie – musieliśmy się tam wybrać.
I wróciliśmy, aczkolwiek na sam koniec naszego pobytu w Kambodży. Koszty były bardzo niskie, rzędu $2 za pół godziny (albo więcej za większe autko). Do wyboru było ogrom pojazdów – od małych trójkołowych gokartów, cztero i dwukołowe miniskutery, ciągnikopodobne pojazdy i na dwuosobowych autkach kończąc. Każdy wybrał sobie podług własnych upodobań – Aurora taki, by mogła swoją pluszową kapibarę wozić i by była muzyczka, Makary to ciągnikopodobne (muzyka również była istotna), zaś Baltazar – najszybciej wyglądający, który faktycznie miał 2 biegi i mógł osiągnąć niezłą prędkość (kilka razy tak się zapędził przed zakrętem, że musiał w niego wejść driftem). Tamara bardzo chciała i co rusz wchodziła do jakiś zaparkowanych pojazdów, a w którymś momencie starszy-młodszy brat wziął ją do siebie na pakę i woził jako ładunek.
Spędziliśmy godzinę na tym, ale dzieciom zdecydowanie było za mało. No cóż, może wybierzemy się na kolejne takie napotkane przejazdy?




Pełnowymiarowy plac zabaw
Najczęściej odwiedzane przez nas miejsce w Siem Reap to kryty plac zabaw. Znaleźliśmy go zupełnie przypadkiem, bo chcieliśmy się wybrać na Diabelski Młyn, który jest widoczny z daleka. Ale ta rozrywka okazała się bardzo droga (bodaj $12 za dorosłego, niewiele mniej za dzieci) a stan techniczny sprzętu na pierwszy rzut oka pozostawiał wiele do życzenia. Warto zapisać sobie lokalizację tutaj jeśli ktoś się wybiera w tamte okolice, bo niestety w Kambodży idea parkowego placu zabaw nie istnieje, zaś w samym Siem Reap tego typu miejsc są podobno tylko dwa (informacja od naszego hosta).

Gdy Niebieska się czuła gorzej, albo miała pracę do zrobienia – ja zabierałem stado dzieci na tenże kryty plac. Wstęp był $1 od dziecka, ale można było siedzieć tam cały dzień, a nawet wyskoczyć na obiad w międzyczasie. Dużo zjeżdżalni, otoczone barierką (więc żadne dziecko nie zaginie) – no świetne miejsce dla naszych pociech (odpowiedni przedział wiekowy). Dodatkowo dzieci zaczęły nawiązywać znajomości z miejscowymi. Khmerowie mówią świetną angielszczyzną, więc i nasi nie chcieli być gorsi. Kiedy żegnaliśmy się już z Kambodżą naszym ciężko było się rozstać z nowymi kolegami. Baltazar dodał na odchodnę „mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy” (Aj hołp Aj zi jiu egejn).


Karmienie rybek
Swoimi stopami. Tak, wspomnieliśmy o tym przy okazji omawiania Pub Street we wpisie Białe złoto.

Z tej atrakcji próbowali korzystać prawie wszyscy (poza Tamarą i Niebieską), ale Bastek nie wytrzymał nadmiaru gilgotania, zaś dzieci miały niewystarczająco naskórka by zainteresować ryby na dłuższy czas – ku ich wielkiemu rozczarowaniu. Jedynie ja stanąłem (a właściwie usiadłem) na wysokości zadania i wytrzymałem łaskotanie, zaś moje zmęczone biegami stopy, pełne martwego naskórka, wykarmiły całe rybie wioski na dłuższy czas. A i dawali piwko w gratisie – tym też z resztą przyciągnęli nasz wzrok. Teraz prosimy o wypowiedź podologów na pokładzie, czy takie oczyszczanie stóp ma sens, jest bezpieczne (dla nas i rybek) i w ogóle czy się powinno to robić?




Dziecięcy drop-off
To takie miejsce, gdzie się zostawia dziecko na początku dnia i na koniec odbiera. Brzmi jak przedszkole i trochę takim było. Czynne od 9:00 do 17:00 ale dzienna opieka jest liczona do godziny 15, za dodatkowy czas trzeba zapłacić ekstra. Wykorzystaliśmy każdą minutę z tych 6 godzin, byliśmy pod bramą dokładnie minutę przed otwarciem. Miejsce miało świetne opinie w sieci, więc mimo początkowych obaw zdecydowaliśmy się zaryzykować widząc jak ciężko szło (a raczej nie szło i leżało) podczas zwiedzania Ankor Wat by ich zachęcić do poruszania nóżkami. Na samym początku zwiedziliśmy przybytek i potwierdziło się, że standard jest europejski, zaś dzieci z miejsca rzuciły się do eksplorowania przestrzeni. Nawet Tamara się wkręciła i nie chciała wychodzić, ale takich brzdąców nie przyjmują… O ile początkowo nie były zachwycone samą ideą pozostania „samymi”, tak potem błagały by tam wrócić następnego dnia. Nie wiemy ile na ogólne wrażenie miał wpływ, że na obiad dostali frytki, ale ketchup na pewno zrobił swoje.
Jest to dobra opcja, jeśli ktoś ma ochotę pozwiedzać Angkor, a ma na pokładzie znajdują się takie małe kotwice. Ponoć jest to dość popularna praktyka wśród turystów, w końcu jest jest popyt tam jest i podaż.
Świetnie wydane pieniądze! Chociaż kwota to była niemała, na szczęście dla rodzeństwa są zniżki. Jeśli ktoś potrzebuje więcej informacji to zapraszamy na ich stronę
Co jeszcze można?
Nie przeszliśmy przez wszystkie opcje dla młodzieży. Dostępne są również Farma Motyli (podobno piękna ale dośc droga), Aquapark czy nawet coś na miarę wesołego miasteczka. Pięknym terenem zielonym dla dzieci jest także ogród botaniczy. Dzieci też bardzo się polubiły z bilardem od czasu pobytu w Chiang Mai Kolory północy więc jak tylko się nadarzyła okazja, to zrobiły maślane oczy do wujka, który zgodził się z nimi pograć. No ale i tak sporo było rozrywek dla dzieci, ale zdecydowanie najczęściej wspominany jest minigolf i pojawia się bardzo często w marzeniach na przyszłość.

Europejskie zakupy
Mamy jeszczre jedną polecajkę w Siem Reap. Chyba każdy, kto podróżuje tak długo (albo nawet i krótko) zmaga się z czasem z brakiem „podstawowych” dla danego klimatu produktów. Dotknęło nas to oczywiście już w samych Chinach (placu zabaw, gdzie jesteś?) i od tego czasu zmagamy się z nowymi wyznaniami. Jednym z większych było pożywienie dla malutkiej, no bo jak wyruszaliśmy, to nasza Tamara-kapibara miała zaledwie 9 miesięcy. Na początku Niebieska przygotowywała posiłki (standardowy obiadek: marchewka, ryż, ziemniak, kurczak, a do tego zawsze miała kukurydzę z McDonalda) ale od tego czasu się jej urosło, preferencje zmieniły a i wpływ rodzeństwa odegrał kluczową rolę. W każdym razie – dieta sama się nie rozszerzy. Bez większych nadziei spytaliśmy niezastąpionego Haka, o to gdzie można nabyć jakieś produkty dziecięcy, a on bez wahania polecił nam TEN sklep. Mekka turystów, bazar dla zachodnich podróżników, ostoja europejskości i świetny przykład windowania cen. Ale nie bez przyczyny! Podobno dorosłość zaczyna się wtedy kiedy masz swój ulubiony sklep spożywczy, no to w tej podróży dorośliśmy kolejny raz. Jak tylko weszliśmy, to oczka nam się zaświeciły na widok chleba, bułek, bagietek i innych (głównie francuskich) produktów. Do tego ogórki za grosze, duży wybór warzyw i owoców, salchicia prosto z Hiszpanii (taki iberyjski kabanos) i nawet dział polski z kapustą kiszoną i buraczkami w słoiku!

A to wszystko dopiero na parterze, a prawie całe drugie pięto było przeznaczone na produkty dziecięce. Z jednej strony trochę nam to zrobiło pod górkę, bo dzieciaki chciały zakupić WSZYSTKO, z drugiej strony przynajmniej miały zajęcie oglądając skrupulatnie każdą zabawkę. My za to znaleźliśmy, to po co tam przyszliśmy – czyli ścianę słoiczków. Przeznaczone dla wszystkich grup wiekowych, zarówno owocowe jak i mięsne, do tego kaszki, biszkopciki, jogurciki, mleka, soczki. Czyli standardowe wyposażenie Rossmana, w Azji natomiast ewenement na skalę kontynentalną. Jedyna rzecz której tam brakowało, to pieluchy do basenu ale to już chyba pozostanie Złotym Graalem tej podróży.


Dodaj komentarz