[057] Lotos dawcą życia

Słyszysz Lotos – co przychodzi Ci na myśl w pierwszej kolejności? Stacja paliw? Czy może pozycja z jogi? A może jednak roślina o fascynujących właściwościach i z kwiatem niezwykłej urody? Załoga – mama chrzestna Tamary – na pewno wybiera tę ostatnią odpowiedź, co do reszty, to chyba znam odpowiedź – wszak 6.14zł to nie mało za litr bezołowiowej (ciekawe jak się ten żart zestarzeje)…

Lotus Silk Farm

W ramach zobaczenia czegoś nowego, wybraliśmy się na farmę lotosu. Była to rzecz wręcz się narzucająca, ponieważ nawet nasz hotel był położony przy zbiornikach wody, w której było coś, co wyglądało na lotos, ale taki bardziej zaniedbany.

Wybór padł na Lotus Silk Farm – położoną na obrzeżu Siem Reap farmę Lotosu, która ma bardzo dobre opinie w sieci, a które nie wyglądają na kupione (jeśli ktoś chce zobaczyć jak wyglądają kupione oceny i komentarze, niech spróbuje znaleźć wiarygodny hotel w Indiach).

Przyjechaliśmy na miejsce i przywitała nas niespodzianka w kwestii ceny za wejście. Okazało się, że pani w budce z biletami chciała policzyć też za najmłodszych. Było to zaskoczeniem, ponieważ dzień wcześniej się kontaktowaliśmy z nimi, w celu ustalenia ceny i Aurora, Makary i Tamara mieli mieć darmowe wejście. Szybko udało się wyjaśnić tę kwestię i mogliśmy wejść do środka.

Wybór padł na tę farmę, między innymi z tego powodu, że w ofercie były jakieś zajęcia praktyczne dla dzieci. Nie ukrywamy – jest to dla nas karta przetargowa – dzieci zadowolone, bo mogą coś same spróbować, a jak dzieci zadowolone, to i my szczęśliwi.

Można wybrać pakiet samego zwiedzania, zwiedzania z 3 lub 6 aktywnościami DIY („Do It Yourself” czyli zrób to sam – zajęcia praktyczne). My się zdecydowaliśmy na tę drugą opcję.

Widzicie te patyki, które tak leżą? Wyglądają jak dobra broń…

Pobyt na farmie zaczęliśmy właśnie od robótek ręcznych. Pierwszą aktywnością było robienie nici z łodygi lotosu – należy naciąć i złamać łodygę w odcinkach około 5-7cm, po złamaniu rozsunąć kawałki na szerokość stołu – pojawią się włókna, które należy następnie skręcić razem. Dzieciom szło to różnie, ale sznureczek na rękę udało się stworzyć.

Druga aktywność, to tworzenie własnej bransoletki z nasion lotosu. Tutaj wymagana była obecność całkiem okazałej igły, więc nie obyło się bez wsparcia, ale dzieci dzielnie nawlekały kolejne koraliki. Trzecim zadaniem, które zdecydowanie przyniosło najwięcej radości było wytworzenie własnego papieru. Była już przygotowany basen z pulpą, do której wkładało się taka ramę okienną z nałożoną moskitierą – służył taki zestaw jako sitko. Po nabraniu odpowiedniej ilości mieszanki, przenosiło się tę ramę na stół, gdzie następnie się wyciskało nadmiar wody za pomocą gąbek. Tu dzieci już pomagały, ale najwięcej radości przyniósł im kolejny etap – przystrajanie. Do dyspozycji mieli płatki kwiatów i liście klitorii ternateńskiej (jeszcze o niej powiemy innym razem). Nasze potworki lubują się w zbieraniu kwiatów i robieniu „miksturki”, czyli mieszaniny wody z czym się tylko da (kremy, żele, przyprawy, kamienie, części roślin i tak dalej), więc ta zabawa nie odbiegała za bardzo od tego, co uwielbiali.

Tak stworzone dzieła zostały wystawione na suszenie na słoneczku (którego w Kambodży nie brakuje). Czas schnięcia to około jednej doby więc papier można odebrać dopiero następnego dnia albo (za opłatą 3 $) można poprosić o dowóz do hotelu.

Po tak spędzonym czasie, przyszło nam w końcu wybrać się na lotosowe jezioro. Zanim jeszcze tam dotarliśmy, to Baltazar już powtarzał jak to bardzo dobrze wybraliśmy miejsce do odwiedzenia i że jest naprawdę super, a przecież to była dopiero połowa. Podjechał specjalnie przygotowany tuk-tuk i zawiózł nas na miejsce.

Trasa była ciekawa, ponieważ w końcu nasze pośladki poznały, co to znaczy wyjechać poza najczęściej uczęszczane trasy. Po przejechaniu biednej wioski z domami zbudowanymi na balach, dotarliśmy pod miejsce wypłynięcia. Podzieliliśmy się na dwie drużyny i ruszyliśmy.

Przewozili nas młodzi chłopaki, którzy jednak po angielsku się nie za bardzo porozumiewali. Dlatego wycieczka była w większości pokazywana.

A było co pokazywać. Zaczęło się od naszyjnika z kwiatu lotosu. Później panowie przewodnicy pokazali jak się robi bukiet, by na koniec zaskoczyć nas małym poczęstunkiem – świeżymi nasionami (orzechami?), które są bardzo pyszne. Jest to przysmak, którego pewno szybko nie będzie nam dane znów spróbować – wszak musi to być dopiero co zerwany dzwon (bo tak się nazywa takie stożki, wyglądające jak główka od prysznica, które są podstawą kwiatu). Ta wizyta była też okazją, by nauczyć dzieci coś nowego – tutaj poznały pojęcie „hydrofobowy” – powierzchnia liści taka właśnie jest. Nie oznacza to, że nienawidzi wody i uważa, że wszystkie związki wody z innymi są „nienormalne i nienaturalne”. Oznacza to tylko, że odpycha wodę – jeśli naleje się trochę wody na jego powierzchnię, to zamiast się rozlać – zbija się w zwartą kulkę i śmiga sobie po płaszczyźnie to w jedną, to w drugą stronę (można wyobrazić sobie kropelki rtęci – bo zachowanie wygląda tak samo).

Nasze dzieci-esteci nazbierali całkiem pokaźny zestaw kwiatów i zadowolone zasiadły do powrotu. Udało nam się porobić trochę fajnych zdjęć, ale wybraliśmy się trochę za późno nad wodę.

#TravelTip – jeśli wybierasz się na farmę lotosu, wybierz się wcześnie rano, ponieważ wtedy lotos otwiera swoje kwiaty, zaś w ciągu dnia już je zamyka.

Po powrocie do bazy mieliśmy okazję posłuchać tego, co się powinno wydarzyć na wstępie – wprowadzenie, wytłumaczenie o co chodzi z tym lotosem i co można z niego uzyskać. Przeszliśmy z przewodniczką po przestrzeni, którą wcześniej już widzieliśmy ale teraz opowiedziała nam trochę o przędzeniu włókien (dzieciaki jak tylko widzą wrzeciono, to ostrzegają Aurorę, by czasem go nie dotykała, bo zapadnie w stuletni sen) i wytwarzaniu lotosowej herbaty. Zakończenie wizyty to poczęstunek – ciasteczka z nasion lotosu oraz herbata z lotosem na tarasie widokowym. Dzieci nabrały już takiej śmiałości, że udało im się uzyskać kilka dodatkowych porcji ciasteczek (please more cookies). Małe skubańce nawet domówiły trzecią dokładkę kiedy Niebieska poszła do Tamary i powiedziała im, że już wystarczy. Nie ma co kryć – wykorzystały brak nadzoru rodzicielskiego – więc trzeba docenić inicjatywę i przełamywanie oporów, aby samemu podejść do dorosłego i go zagadywać.  

Lotos jest tutaj dosłownie i w przenośni dawcą życia. Jest to absolutnie wszechobecna roślina, która daje pracę setkom ludzi. Robi się z niego ubrania, papier, jedzenie, herbatę, ciasteczka, sznurki, tkaniny, jednocześnie wykorzystując „resztki” do dekoracyjnej biżuterii. Przy tym jest to bardzo fotogeniczny kwiat a roślina nie wymaga żadnego nakładu ludzkiej pracy. A i pozostałości z lotosu idą na przeróbkę na nawóz oraz do wytwarzania biogazu.

Khmerzy dorastający w tamtym miejscu sami nazywają siebie dziećmi kwiatów (nie mylić z dzieciami-kwiatami). Ten kwiat jest dla nich symbolem lepszego życia, odrodzenia, dążenia ku rozwojowi. Lotos jest świętym kwiatem, który ucieka ciemności szukając światła. Jest symbolem przestawiającym możliwość transformacji błota w piękno.*

Na koniec kolejna ciekawostka – na tej farmie, poza samym zbieraniem lotosu, zatrudnione są tylko kobiety – jest to nie tylko forma aktywizacji zawodowej – jest to niejako ośrodek wsparcia dla kobiet, a kobiecą rękę czuć na każdym kroku.

Całościowa ocena – rewelacyjna, było to tak ciekawie przygotowane i różnorodne, że dzieci stwierdziły, że to była najfajniejsza rzecz w całej Kambodży.

*treść tego akapitu pochodzi z książki którą można kupić tam na miejscu „Fleurs de lotus. Ame de soi” i została sparafrazowana przez Niebieską.

Phnom Krom

Gdy jechaliśmy na farmę lotosu, minęliśmy jedyne w okolicy wzniesienie – Wzgórze W Dół Rzeki (ភ្នំក្រោម). Nie jest to może najwyższa góra, raczej wzgórze, ale z racji płaskości okolicy, jej majestat jest zwielokrotniony. Postanowiliśmy się nań wybrać z dwóch powodów – ze względu na, podobno, najlepsze miejsce do oglądania zachodów słońca, a także – ponieważ na jej zboczu był kesz.

No faktycznie, tu też zachodzi

Dojechaliśmy na miejsce już trochę głodni, planowaliśmy złapać na miejscu jakiegoś fast-fooda po kambodżańsku. Pełni nadziei zaczęliśmy oglądać stanowiska przed wejściem na szczyt. A tak, na szczycie jest świątynia i ruiny i mnisi, więc odwiedzających nie brakuje. Jednak stanowisko, za stanowiskiem, jedyne co widzieliśmy, to jedna, czy druga forma smażonych kiełbasek. A przypominamy, że Azjaci nie wiedzą jak się robi kiełbasę. Zniesmaczeni i coraz głodniejsi rozglądaliśmy się za czymś do jedzenia – i w końcu nasze oczy natrafiły na inne oczy… dużo oczów – tyle oczów, że wygląda jak kawałki pieprzu. Oto smażone krewetki w postaci… placuszka? Wygląda to (i tak zapewne jest) jak dużo malutkich krewetek wrzuconych na patelnię z jakąś masą mączną. Głęboki tłuszcz skleił to wszystko skutecznie i oto On – placuszek pełen małych, czarnych oczu i wystających niczym włosy czułek. Ale w smaku był niezły. Szczególnie jak się skropiło sokiem z limonki. Krótka porównawcza analiza dziecięca stanowi, że te białe są smaczniejsze niż te czerwone.

Zadowoleni ruszyliśmy na szczyt, by zdążyć na zachód słońca. Udało się! Chociaż nie było łatwo – było sporo popędzania stada (w takich momentach człowiek czuje się jak kowboj – chłopiec od zaganiania krów do zagrody). Minęliśmy sporo rozstawionych kocyków – jest to chyba taka forma prowadzenia stanowisk z jedzeniem, zaś te kocyki, to miejsce konsumowania. W każdym razie sporo osób sobie już tam biwakowało, a my nieskromnie podglądaliśmy ich talerze – zobaczyliśmy raz nawet skorpiony (najpewniej również na głębokim tłuszczu).

Przed samym podejściem znajduje się punk kontroli biletów ponieważ ta góra stanowi część kompleksu Angkor Wat, chociaż pan kontroler już się zbierał jak my przyszliśmy, więc jeśli się człowiek trochę spóźni, to można wejść i bez płacenia.

Dotarliśmy na szczyt i faktycznie, były tam ruiny i miejsca do oglądania zachodu. Niestety najlepsze miejsce jest trochę obrośnięte i widok bywa zasłonięty, ale wciąż było widać, jak słońce kładzie się spać nad Kambodżą. A wraz z tym procesem pojawia się te piękne niebo, wspomniane już w Kambodża – gdzie pieprz rośnie.

Wracaliśmy już właściwie po ciemku, ale kesza nie odpuściliśmy, Niebieska uprawiała skałowspinaczkę, bo ja miałem Tamarę w nosidle. Ale go znaleźliśmy (brawa dla nas)!

Farma Krokodyli

Skoro już wyjechaliśmy z opowieściami poza centrum Siem Reap, to nie można nie wspomnieć o wypadzie do hodowli krokodyli. W Kambodży mają swoją odmianę krokodyli syjamskich, która jest gatunkiem zagrożonym wyginięciem (szkoda, że nie nazywają się Khmerskie Krokodyle, bo to naturalny pomysł na nazwę drużyny lub zespołu). Chociaż ten chów (VL Crocodile Farm – czyżby Vuitton Louis ma biznes na boku?) raczej nie była prowadzona w celu ratowania gatunku, a raczej dla zysku no i chyba tutaj mają inny rodzaj krokodyla (nie wiemy, nie znamy się, dość wiedzieć, że krokodyl oznacza niebezpieczeństwo).

Wybraliśmy się z Bastkiem (pozdrawiamy!), który towarzyszył nam w kilku innych przygodach.

Na miejscu okazało się, że jest to raczej ośrodek, które czasy chwały już za sobą. Tylko jeden basen był wypełniony tymi gadami, ale trzeba oddać – było ich naprawdę sporo. Szacowaliśmy tak 50-80 sztuk. Wchodzi się na taką ścieżkę nad tym basenem i można było je oglądać z bezpiecznej (mieliśmy nadzieję) odległości. A było na co patrzeć. W prawdzie te gady tylko leżały i prawie się nie ruszały, ale gdy się poruszyły (by to wejść, lub wyjść z wody), to oglądanie takiego potwora budziło jakieś pierwotne odruchy, wypracowane przez pokolenia nieszczęśliwych przodków, które kazały zbierać się do ucieczki.

Ku naszemu zawodowi, mimo wyraźnego napisu, że za ekstra opłatą można zakupić jakiegoś kurczaka lub ryby by móc je dokarmić – takiej opcji w rzeczywistości nie było.

Na pocieszenie mieliśmy wizytę w sklepiku przy tym ośrodku, gdzie można było zobaczyć całą gamę produktów ze skóry krokodyla, ale można też było sobie zakupić całą skórę. Albo zęby, albo czaszkę, a nawet wypchane krokodyle przeróżnych rozmiarów. Mając świadomość, że taka pamiątka przysporzyłaby sporo problemów na przejściach granicznych, nic nie kupiliśmy, ale krokodyl w pozycji Rose z Titanica („namaluj mnie jak jedną ze swoich francuskich dziewczyn”) kusił niemiłosiernie. Jak to stwierdził Bastek – tutaj ma faktycznie pewność, że to naturalna skóra. Baltazarowi najbardziej spodobały się zwierzaki w pozycjach kung-fu (jego interpretacja, my nie jesteśmy jej pewni), Aurorze z kolei kolorowe torebki i portfele.

Samo zwiedzanie zajęło nam może godzinę, a jak chcieliśmy przejechać do miasta, to nie było żadnego dostępnego przewoźnika na żadnej z aplikacji, a na drogach pustki. W końcu jeden z pracowników farmy zlitował się nad nami i przyjechał swoim powozem. Przyszło nam spakować się do najmniejszego tuk-tuka jakie istnieją i przywołało nam to migawki z dzieciństwa kiedy to do Fiata 126p dało się spakować 6 osobową rodzinę i cały sprzęt kampingowy. Krótki wypad ale zdecydowanie zapadający w pamięć.

Gdzie jest mój Leo? Tyle tu czekam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *