[055] Kambodża – gdzie pieprz rośnie

Z Luang Prabang wybraliśmy się do Siem Reap – ani jedna, ani druga nazwa nie jest łatwa do zapamiętania, obie natomiast odnoszą się do dawnych stolic swojego kraju. No i jest to inny kraj – Kambodża. W mojej głowie Kambodża była gdzieś w Afryce, ale proszę, niech moja ignorancja nie rzutuje na całą rodzinę.

Cała szóstka na zdjęciu! Nieczęsty widok

Kambodża zaskakuje na wielu krokach. Chcecie wiedzieć więcej? No to posłuchajcie…

Przylot

Przed przylotem do Kambodży musieliśmy wypełnić deklaracje wjazdu. Przypomnieliśmy sobie to na lotnisku w Luang Prabang, które miało kody QR z informacją, że trzeba to zrobić (z tego lotniska samoloty nie latają w zbyt wielu  kierunkach, więc niezmienna informacja na kontuarze check-in ma swoje uzasadnienie). I tu nastąpiło pierwsze zaskoczenie – po pobraniu aplikacji i wypełnieniu pierwszego wniosku (typowe informacje paszportowe, daty wlotu i datę wyjazdu, adres hotelu, czy termin wylotu) okazało się, że jest możliwość wykorzystania tych samych danych do zadeklarowania kolejnej osoby! Wiem, że dla Was to może nie brzmi jak rewolucja, ale przy 6 podróżnikach czas, który musimy poświęcić na wypełnienie takich informacji jest dluuuuugi, więc każde usprawnienie tego procesu witamy z otwartymi ramionami. A to właśnie Kambodża – kraj z tych najbardziej w tyle w porównaniu do dotychczas odwiedzonych – miał wprowadzoną taką funkcjonalność.

Taxi było zwykłym autem, resztę czasu tak się bujaliśmy

Proces uzyskania wizy (visa on arrival – wiza po przybyciu na miejsce) też był jednym z najbardziej płynnych, w jakim uczestniczyliśmy. Byliśmy przygotowani na stanie w kolejkach i tłumaczenie się ze swojego żywota, a tu proszę – wszystkie informacje już były w komputerze (wspomniane e-deklaracje), jedyne co to trzeba było zrobić, to dać paszporty, zapłacić i podejść do okienka po odbiór wypełnionych już dokumentów. No bosko! Dzieci nawet nie zdarzyły się znudzić, chociaż ciągle brakuje im powagi przed urzędnikami państwowymi. Dobrze, że możemy się wykpić różnicami kulturowymi, ale w Polsce te manewry już nie przejdą.

#TravelTrip: Zawczasu można także aplikować o e-wizę, która kosztuje tyle samo co za on-arrival.

Lotnisko jest położone około godzinę drogi od Siem Reap, więc skorzystaliśmy z zaproponowanej przez hotel taksówki, która zawiozła nas pod samo wejście, a przy tym koszt tegoż został wpisany w hotelowy zeszyt. Tak, mieliśmy możliwość brania rzeczy na zeszyt w naszym hotelu! To się nazywa zaufanie do klienta.

Kambodża

Mówi się, że to jeden z biedniejszych krajów świata. Poziom analfabetyzmu szacuje się tu na 20% – co powinno wystarczająco świadczyć o poziomie życia. Większość ludzi żyje w okolicy jeziora Tonle Sap oraz dolinie rzeki Mekong, która przecina kraj na długości około 500 km i prawie cały kraj znajduje się w jego dorzeczu. I chociaż nie zapuszczaliśmy się za bardzo poza Siem Reap, to było to odczuwalne. Drugą rzeczą, która zwróciła naszą uwagę była płaskość okolic. Po górskim Laosie, podczas lądowania, gdy zeszliśmy poniżej poziomu chmur, za oknem samolotu zobaczyliśmy równinę. Równą, płaską, niegórzystą, niewzgórzystą i jakkolwiek by to jeszcze nie nazwać – po prostu płaską. Również pod względem klimatu jakąś-takąś inną. Szczerze mówiąc, ja byłem sceptycznie nastawiony do tego, co widzę. Szczególnie po tak cudnym Laosie, który wprawdzie nas troszkę wymroził, ale dał oddech po upałach Tajlandii.

Wschód słońca, chłodno i miło

Pierwsza nocka zaskoczyła – okazało się, że tutaj po zapadnięciu zmroku robi się chłodno! Co oznaczało, że nawet jeśli dzień był gorący, to wieczór i noc pozwalała na solidny wypoczynek.

Skoro już o klimacie mowa, to odczuwalne temperatury w ciągu dnia były znacznie przyjemniejsze, niż te tajskie. Mniejszą wilgotność Siem Reap zawdzięcza temu, że jest położony kawałek od morza.

Siem Reap

Siĕm Réap (ក្រុងសៀមរាប), to drugie największe miasto Kambodży. Jego nazwę tłumaczy się jako „Klęska Syjamu” (dzisiejsza Tajlandia). Geneza tej nazwy wzięła się od historii, kiedy to Khmerzy (przed Kambodżą było Królestwo Khmerów, a ta nazwa się będzie wiele razy przewijała) skorzystali z okazji osłabienia Syjamu i zaatakowali w 1549 roku syjamskie miasto Prachinburi, ogołocili je i wzięli ludność do niewoli. Syjam w tym czasie traw w bezkrólewiu – żona króla go otruła i obsadziła swojego kochanka, z pospólstwa, na tronie. Później królowa i uzurpator zostali zlikwidowani, a na tron posadzono króla Chakkraphata. Gdy khmerski król dowiedział się, że sytuacja na syjamskim dworze się uregulowała, szybcikiem wycofał się z Prachinburi i udawał, że to wcale nie on i że nie wie o co chodzi. Nowy syjamski król jednak zauważył, że coś się nagle khmerowie wzbogacili w niewolników i nie dał wiary zapewnieniom króla Ang Chana. Wysłał więc swoją armię na Anghkor (stolica królestwa Khmerów), gdzie przegrał z kretesem.

I przyjechał On, z obstawą

Na cześć tego wydarzenia, król założył w miejscu bitwy miasto, które nazwał Siem Reap właśnie.

A Jagiełło stracił taką okazję by założyć wioskę Klęska Krzyżaków…

Riel i dolar

W Kambodży funkcjonuje system dwuwalutowy. Do wyboru jest kambodżański riel albo dolar amerykański.

Ale jak to dwie waluty?

Jest to sporym zaskoczeniem, zważywszy na to, że do tej pory, w żadnym innym kraju nie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. Więc, gdy dowiedzieliśmy się, że taksówka będzie kosztowała x dolarów, to pierwsza myśl – skąd ja dolary wezmę? Okazuje się, że bankomaty wydają dolary i riele. Każdy przyjmuje jako zapłatę dolary (wrażenie jest, że nawet chętniej niż rodzimą walutę – czy jest aż tak niestabilna?). Mam wrażenie, że w związku z tym niektóre ceny też poszły do góry, bo nie ma centów – najmniejszym nominałem jest 1 dolar, zaś niższe kwoty są już w rielach. I chociaż z czasem nauczyliśmy się co ile powinno kosztować, to zdarzało się wielokrotnie, że za przejazd płaciliśmy 2-3-4 dolary, a kwota, którą powinniśmy byli zapłacić mieściła się gdzieś pomiędzy. Dlatego z bankomatu wybierałem raz jedną walutę, raz drugą (przelicznik na ulicy to 1 dolar = 4000 rieli, zaś w markecie 1 dolar to 4100 rieli), często resztę przyjmowałem w rielach i też nimi płaciłem.

#TravelTip jeśli masz, weź ze sobą dolary, ale spodziewaj się reszty w rielach.

Komary

O hotelu sobie jeszcze porozmawiamy, ale tutaj przywołamy naszą bolączkę.

W naszym pokoju było pełno komarów. I gdy mówimy pełno – nie mamy na myśli 5-10 sztuk, które latając w nocy po pokoju potrafią zepsuć nastrój. Tu liczyliśmy w SETKACH! Raz wszedłem pod prysznic i urządziłem małe polowanie (to stało się z resztą naszym rytuałem wieczornym – Niebieska przygotowywała kolację, ja zaś polowałem na komary). W jednym, małym pomieszczeniu ubiłem 65 sztuk w 5 minut (liczyliśmy i czas i zabite owady). A to tylko osobne pomieszczenie prysznicowe.

Gdyby tego było mało, mówimy o komarze tygrysim – tym odpowiedzialnym za przenoszenie dengi!

#TravelTip przed wyjazdem planowaliśmy szczepienia przeciwko dendze, ale nasza immunolożka (jednocześnie pediatrka i lekarka medycyny podróży, cudowna kobieta! Pozdrawiamy) powiedziała, że to drugie przechodzenie dengi jest tym najcięższym, dlatego szczepienie w Polsce oznaczałoby, że dengę numer 1 mamy za sobą i na miejscu czekałaby na nas tylko ta cięższa opcja. Dodatkowo szczepionka miała relatywnie niską skuteczność. Dlatego też nie zalecała szczepienia i my jej posłuchaliśmy. Chcemy jednak jasno zaznaczyć NIE JESTEŚMY LEKARZAMI i wszelkie wskazówki co do szczepień należy wcześniej konsultować ze SPECJALISTĄ!

Parkowaliśmy wózek przed wejściem do mieszkania i za każdym razem, przed użyciem, należało nim wstrząsnąć, by wygonić stado komarów, które używały sobie go jako miejsce postojowe. Naszym małym marzeniem stał się zakup elektronicznej rakiety na komary (i żałujemy, że tego nie zrobiliśmy), ale właściciel hotelu wspominał, że kiedyś próbowali, ale szybko się psuły – ponoć to bardzo delikatne narzędzie – raz uderzysz w ścianę i po sprzęcie. Ale pisząc to jeszcze bardziej żałujemy, że sobie tej małej przyjemności odmówiliśmy.

Co do nocek – nie dało się wybić każdego osobnika, rzecz to nie do zrobienia. I bywało, że nie kąsały, ale bywały też takie nocki, że każdy z nas miał ślady jak po śrucie. Oczywiście najbardziej sobie upodobały Aurorę, Ona to ma zdecydowanie błękitną krew. Szczęśliwie nikt nie zachorował. Jedynym plusem tych komarów, że nie mają tendencji do złośliwego krążenia koło ucha i bzyczenia: „tutaj jestem, nigdy mnie nie złapiesz ty łysa małpo” – więc nawet te pogryzienia nie były aż tak złe…

Pieprz

Wiecie, że jak kogoś wyganiacie „Gdzie pieprz rośnie”, to wysyłacie ich do Kambodży? A najsłynniejszym z miejsc jest Kampot. W prawdzie tam nie byliśmy (za daleko od Siem Reap), ale tego pieprzu próbowaliśmy. Oj próbowaliśmy to mało powiedziane – myśmy go smakowali, degustowali i zdecydowanie zachwycali. Nawet Tamara dorwała się raz do miseczki z pieprzem, wylizała palucha który był nim obtoczony i chciała więcej! Pewnie się zastanawiacie „no dobra, pieprz jest jaki jest, ile o tym można mówić?”, a my odpowiemy – dużo. Bo ten pieprz tutaj dodaje nowy poziom do dania.

Pieprz ten pochodzi właśnie z Kampot, gdzie ma idealne warunki do rośnięcia: duża wilgotność, nasłonecznienie i odpowiednia gleba sprawiają, że rocznie produkuje się tam około 90 ton tej przyprawy! Z tego samego krzaczka otrzymuje się różne kolory pieprzu (czerwony, biały i czarny) zależnie od okresu rośnięcia oraz sposobu i czasu suszenia.

Warto tutaj też dodać, że pieprz w restauracjach daje się na osobną, małą miseczkaę z pieprzem we wszystkich kolorach zmieszanym z solą w sosie z limonki.  Opcjonalnie może być sól i cukier (czasem nawet sos rybny) ale nam najbardziej smakowała podstawowa wersja.

Zachód słońca

Zachodzące słońce, to zjawisko niesamowite wszędzie, niezależnie od tego, gdzie się człowiek znajduje. Ale zazwyczaj trzeba popatrzeć w okolice zachodzącego słońca. Kambodżańskie niebo reaguje w całości, a słońce wydaje się być większe. Tutaj niebo przechodzi przez tak niesamowitą paletę barw, od niebieskiego, przez róż, fiolet i wszelkie inne odcienie, których przeciętny mężczyzna nie potrafi nazwać. Co wieczór, niezależnie od tego, gdzie się znajdowaliśmy, to robiliśmy przystanek, bo nie da się nie zachwycić tym, co przed nami. Niby prosta, codzienna rzecz ale o ile przyjemniej jest kiedy styczniowy dzień kończy się o godzinie 19 jak w Kambodży.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *