Dłuższe przebywanie w Azji wpływa na człowieka na wiele sposobów. Zaczyna się rozpoznawać niektóre z tych dziwnych szlaczków (zwane potocznie alfabetem), flora bakteryjna nabiera aromatu limonki i sosu sojowego, zaś język ciała wychodzi przed słowa mówione.
No i następuje mocne przestawienie w diecie – nagle okazuje się, że z ryżu nie tylko robi się te białe półsfery na talerzu, czy praży (by kupić za 50 groszy w sklepiku szkolnym). Ryż pokazuje wiele swoich obliczy, zaś jego znaczenie w społeczeństwie zaczyna się mocno uwidaczniać.
Farma ryżu
Laos oferuje bardzo dużo w aktywnościach, jakie człowiek może powziąć podczas wizyty. Zrozumiałe, że mając na pokładzie 4 małolatów – niektóre od razu idą w odstawkę (aktywności, nie dzieci) – część zaś zależy od pogody. I właśnie niskie temperatury skłoniły nas do zrewidowania swoich planów i skorzystania z listy zapasowej. A na niej była jedna, z której można by skorzystać w którymkolwiek kraju w okolicy – no ale padło na Laos – wyprawa na farmę ryżu.

Wybraliśmy https://livinglandlao.org/ którą Niebieska wypatrzyła na plakatach po Luang Prabang. Oczywiście nie jesteśmy jakimiś przypadkowymi podróżnikami – wcześniejsze wizyty w napotkanych biurach turystycznych dały nam obraz kosztów i zakresu ofert, ale nie jest on ostateczny:
#TravelTip – jeśli masz chwilę czasu – zrób rozeznanie po ofertach różnych pośredników – a jeśli jest taka możliwość – skontaktuj się bezpośrednio z docelowym obiektem.
Tak też było w naszym przypadku – u pośredników dzieci musiałyby płacić, zaś po bezpośrednim kontakcie, okazało się, że są wystarczająco małe by uniknąć opłat.

Wybrane miejsce oferuje nie tylko moczenie nóg w błocie – to cały ośrodek z miejscami do spania, restauracją i nawet szkołą! To znaczy szkoła nie jest dla gości (chyba, że ktoś chciałby się przysłużyć i dać lekcje np.: angielskiego, wspierając rozwój młodzieży ze społeczności – i jest to rzecz która figuruje jako „atrakcja turystyczna” na różnych portalach!), ale reszta obiektów owszem.
Wizyta zatem została zaklepana, zaś tuk-tuk wysłany przez obiekt na nas już czeka przy chodniku. Dalej przygodo!

14 kroków ryżowego spełnienia
Dojechaliśmy na miejsce, gdzie mogliśmy sobie wybrać tradycyjne nakrycia głowy (mieli takie nawet w rozmiarach Tamary! Nasuwa się więc pytanie: czy takie maleństwa już też tam wysyłają w pole?). Tam dołączyliśmy do grupy innych turystów, których oprowadzać miał Johny (nawet miał napisane imię na swoim nakryciu głowy – co za cudowny sposób zastąpienia identyfikatorów w korporacjach).
Johny wprowadzał nas w cykl wytwarzania ryżu. Proces ten opiewa 13 kroków, ale z racji złej sławy, którą cieszy się (albo nie cieszy) ta liczba – a do tego dając zadość przesądności ludzi, których los zależy od ilości opadów, poziomu rzeki, szkodników i nasłonecznienia – został dodany krok 14.: konsumpcja. Mój ulubiony…

Przywołane tutaj kroki mogą nie do końca pokrywać się z tym, co było prezentowane – ogarnianie małoletnich na wąskich ścieżkach, po bokach których są baseny błotne – odciąga uwagę co jakiś czas od mówiącego.
Przejdźmy więc razem przez ten proces.
1. Krok pierwszy, to wybór ryżu do produkcji. Tutaj może być dla niektórych zaskoczeniem, ale zwykły ryż i sticky rice (klejący się ryż), to różne odmiany ryżu, zatem produkcja musi być ukierunkowana już na wczesnym etapie. Farma od pokoleń skupia się na produkcji właśnie sticky rice (który jest pokarmową podstawą spożywczą w Luang Prabang i ogólnie Laosu – nawet się mówi, że ten klejący ryż jest czymś wspólnym dla Laotańczyków porozrzucanych po świecie, więc będzie, nomen omen, klejem spajającym naród).

2. Zanim zacznie się siew, należy odsiać puste kłosy, które nie zawierają ziarna. Robi się to w ten sposób, że świeże jajko (które rozpoznać można wrzucając takowe do wody) i wrzuca się je do pojemnika z wodą. Następnie dodaje się sól – odpowiednie stężenie wyznacza moment, kiedy świeże jajko zaczyna wypływać na powierzchnię. Do tak przygotowanego roztworu wrzuca się ryż – kandydat na siew – te ziarna, które wypłyną na wierzch są puste w środku i idą na karmę dla kur i innego zwierza. Pozostałe – te na dnie – można wykorzystać w polu.
Adnotacja żony – chyba sobie żarty z nas robią? To tak na serio?





3. Ziarno namacza się przez minimum dobę (ale nie dłużej niż 3). Takie nasiona następnie wysiewane jest na przygotowanych poletkach w wyznaczonych basenach (nie do pływania – ot takich prostokątach w ziemi, otoczonych wybrzuszeniem gruntu – po angielsku bed – łóżko). Robi się taką górkę z błota, następnie się ją spłaszcza (by licowała z poziomem wód dookoła) i na takie miejsce wysypuje się garść ziarna.
Tutaj mieliśmy pierwsze wejście do błotka – rzecz jasna dzieciaki były gotowe się rzucić, ale wiedzieliśmy, że błoto sięgające kolan skutecznie zablokuje nogi i skończy się to maseczką błotną. Udało się je poskromić i spokojnie, za rączki się trzymając, zanurzyć nogi, a nie twarz. Że sprawiło im to radość, to nie powiedzieć nic. Baltazar i Aurora byli wniebowzięci, zaś u Makarego włączył się tryb czyścioszka i to był jego ostatnie wejście w błotko. Cóż, ten typ czasem tak ma i nie ma co się kopać z koniem – uszanowaliśmy jego decyzję i wszyscy byli zadowoleni.




4. Tak przygotowane poletka muszą być wilgotne przez najbliższy miesiąc. Można basen zalać wodą, można tylko polewać wodą ziarna kilka razy w ciągu dnia, chociaż raczej stosuje się wspomnianą na początku metodę – istotne, że muszą być wilgotne.


5. Po miesiącu należy wyciągnąć rośliny wraz z korzeniami (ryż z korzeniami!). Sianie pozostawia zbyt wiele roślin blisko siebie i należy je rozdzielić na mniejsze kępki.

6. Tutaj zaczyna się zabawa. Należy do pracy zaprzęgnąć babę… znaczy wołu, BAwołu – któremu zarzuca się chomąto i rusza w pole (coś jak czeskie wesele). Brodząc po kolana w błocie, rozbija się podłoże, by osiągnąć konsystencję glinianej wody.
Dzieci początkowo bały się zbliżać – wszak Suzan (bo tak bawolicy na imię było), to kawał zwierza. Gdy jednak zobaczyli, że inni są gotowi podążyć za pługiem i nic im się nie stało – ruszyli ze mną w błoto. Tutaj teren był jeszcze bardziej wyzywający – głębokie bruzdy w ziemi, tempo narzucone przez zwierzę – to wszystko sprawiło, że prowadzenie pługa i trzymanie dwójki dzieci spowodowało wyhodowanie u mnie trzeciej ręki, którą z jakiegoś powodu nie widać na zdjęciach. Ale tam była – bo jak inaczej wytłumaczyć, że nikt nie zażył kąpieli błotnej?



7. Wyrosłe na około 30 cm pędy wyciąga się z ziemi, ponieważ jest ich zbyt dużo w jednej grupie (taka metoda siewu). Następnie rozdziela się je na mniejsze grupki – po 5-7 pędów i sadzi się je w przygotowanym poprzednio poletku. Sadzi się je wciskając je po prostu w grunt (dlatego rzadka konsystencja jest istotna) w odległościach około 30 cm od siebie.
Tutaj zaangażowanie Aurory i Baltazara było już rozpędzone, więc przydział pędów, jakie dostaliśmy, skończył się bardzo szybko, dzieci zaczęły się zatem bawić błotem, co skończyło się tym, czym skończyć się musiało – żalem, że nie ubraliśmy brązowych spodni. Ale i tak wytrwali w czystości dłużej, niż mogliśmy się spodziewać – byliśmy do tego psychicznie nastawieni. Makary wzgardził zabawami pospólstwa i tylko doglądał jak jego chłopi robili w polu (notabene zdaliśmy sobie sprawę, że po roku spędzonym na Pomorzu, nasze małopolsko-podkarpackie dzieci zaczęły wychodzić na „dwór”! Jak tylko zjedziemy do Galicji, to pewnie straż miejska nałoży na nas jakiś mandat).




8. Ostatnim etapem w polu są zbiory. Następują one po 3-4 miesiącach. Przed terminem należy osuszyć basen – baseny są systemem naczyń połączonych za pomocą rur przechodzących przez graniczne nasypy. Zatyka się je po prostu kępą trawy. Rośliny ryżu zmienią kolor z zielonego na żółto-złoty. Zbiory wykonuje się za pomocą sierpa (bez młota).
Tutaj dzieci już nie miały okazji spróbować swoich sił – z oczywistych przyczyn. Ale za to widzieliśmy uratowanie małego ptaszka, który zaplątał się w siatkę rozwieszoną nad zbiorami.
Taka ciekawostka, że jeden pęd daje około 100g ryżu (a w przypadku stosowania chemicznych specyfików nawet 300g!).




9. Ścięte trawy następnie przenoszone są do młócenia. Tutaj nie wiedzą jak prosta jest konstrukcja cepa – bierze się zwitek traw i uderza nimi o specjalnie przygotowaną konstrukcję (pochylona deska). To wystarcza, by ogołocić kłosy. Dość wspomnieć, że dzieci z ogromnym entuzjazmem wyżywały się na roślinkach.
A ten zwitek traw trzymany jest za pomocą połączonych sznurkiem dwóch patyków (coś jak konstrukcja cepa… a więc jednak!). Mam wrażenie, że jesteśmy bardzo blisko odkrycia pochodzenia broni ninja – nunchaków.


10. Ziarna z resztkami traw leżą teraz na podłodze, więc by je odseparować, należy skorzystać z wielkich wachlarzy. Pomaga to nie tylko oddzielić pozostałości roślin, ale część pustych kłosów.
Tutaj też dzieci nie odmówiły sobie przyjemności – oczywiście ich zaangażowanie powodowało często większy bałagan niż oczekiwano, ale współdziedziczący oraz prowadzący podchodzili od tych spraw z dużą dozą zrozumienia. Oto potęga posiadania czwórki dzieci – nasz trud i znój są o wiele bardziej widoczne.
Tak przygotowane ziarna przenoszone są do następnego stanowiska. Tu przy okazji można wykazać różnice pomiędzy nosidłami na ziarna. Johny pokazał nam 3 typy nosideł: plecak, zawieszane na czole, oraz dwa kosze na patyku. W zależności od terenu wybiera się inny typ: plecak wybierany jest, gdy teren jest górzysty; zawieszany na czole w przypadku potrzeby transportu na duże odległości; na patyku transportuje się więcej ryżu, więc to w przypadku niewielkich odległości i w miarę płaskiego terenu. Ten ostatni wymaga bardzo tanecznego kroku, by zmniejszyć ruchy w pionie (i nie wysypywać w ten sposób ryżu) – można by rzec, że jest to krok bardzo kobiecy i zmysłowy (a gdzieś romanse musiały przecież mieć miejsce).






11. Ziarenka ryżu wciąż są ukryte w łupinach, więc trzeba je rozbić – stosowana jest w tym przypadku specjalna konstrukcja, gdzie mężczyzna skacze na jednym końcu belki, podnosząc drugi z głową „młotka”, który następnie opada i rozbija je na elementy składowe.
Dzieci znów nie mogły nie spróbować, bo tym razem ich nikła waga nie pozwoliła na efektywne wykorzystanie narzędzia. Do tego potrzeba prawdziwego chłopa – więc na scenę wkroczyłem ja. I muszę przyznać, że tekst Johna „godzina takiej pracy i spokojnie można sobie odpuścić siłownię” ma zdecydowane uzasadnienie.



12. Kolejny krok jest w opcjonalny, ale jednocześnie nie jest – to tworzenie wina ryżowego. Sam proces nie jest skomplikowany, bowiem tajemnice wytwarzanie alkoholu z wszystkiego wpisane są w nasze DNA (wszak najważniejsza, wygrana bitwa miała miejsce w 1410 roku, co jest jednocześnie przepisem na bimber – kto nie wie, ten niechaj zapyta starszyzny). A smak takiego wytworu jest bardzo przyjemny – stężenie szacuje się na około 8%-12% i ma słodkawe nuty.
Dzieci z wielkim żalem nie mogły wziąć udziału w zabawie w sommeliera. Ale my już owszem! Smakowało w sumie tak samo jak wino Radomyskie (czyli wytwornie i zwodniczo).





13. Ostatni etap to gotowanie ryżu. W pierwszym kroku należy ryż namoczyć. A później następuje gotowanie – ale tylko i wyłącznie na parze! Zatem specjalne sitko z traw jest włożone do kociołka z wodą, gdzie następuje gotowanie. Potrawę z ryżu je się dwa razy dziennie – i ten ryż jest na tyle sycący, że porcja wystarcza na dzień pracy w polu. I na tyle lepki, że dzieci mogłyby spokojnie ulepić z tego ludki jak z plasteliny.


14. A teraz coś, co wszystkie misiaczki lubią najbardziej – konsumpcję! Dostaliśmy cały zestaw różnych rzeczy zrobionych z ryżu i oto co się znalazło na talerzu:
- Ryż klejący (sticky rice) – taka dosłownie mała porcja w małym koszyczku z trawy – suuuper smaczny. Człowiek może sobie myśleć, że to tylko ryż, ale to było coś więcej (czyżby doświadczenie?).
- Ryż prażony i uformowany w taką miseczkę, czyli po prostu wafle ryżowe – nie jest to coś dla nas nowego – raz już wcześniej spróbowaliśmy i od tej pory poszukiwaliśmy u różnych sprzedawców tego przysmaku.
- Słodkie ciasteczka ryżowe – tu, wiadome, dzieci najbardziej były zainteresowane.
- „Chipsy” z ryżu – można je spotkać jako dodatek do zup, ale same w sobie też są bardzo smaczne.

Jak podsumować ten wypad? ŚWIETNY! Zdecydowanie polecamy każdemu – i to jak widać również z dziećmi. Ciekawie jest zobaczyć od kuchni proces wytwarzania ryżu – wszak człowiek tylko kojarzy te baseny i stożkowe nakrycia głowy. Dodatkowo pogoda nam bardzo zagrała – obawialiśmy się chłodu, ale przyjechaliśmy na poobiednią turę i to był dobry wybór. Rano by nam stopy zmarzły, a tak było bardzo przyjemnie. No i sam ośrodek jest dobrze przygotowany, czysty i nawet ma miejsce do grania w siatkę i bulę (oraz, przypuszczamy inne rozrywki również). Wiedząc to wcześniej, może zdecydowalibyśmy się zostać jedną nockę (ale nie więcej, bo jednak jest to kawałek od tej pięknej części Luang Prabang). Ciągle też mamy w głowie jedną amerykankę która powtarzała, że jest to „best day ever!”.
















Dlatego, jeśli ktoś się wybiera w te okolice – spróbujcie! Tamten dzień to nasze ulubione wspomnienie z Laosu.
Jeszcze więcej jedzenia
Skoro już wspomnieliśmy o kilku potrawach z ryżu, to pociągnijmy temat i dorzućmy do listy kilka innych, pysznych potraw. Bo jak sam wielki, głośny Gordon Ramsey twierdzi „kuchnia laotańska jest najsmaczniejsza na świecie”.

Zaczniemy od wspomnianego we wcześniejszym poście Larb (laap, lap, larp) – to mięso mielone lub siekane (głównie wieprzowina lub kurczak) podane na zimno lub gorąco z ziołami (bazylią), chilli, limonką i sosem rybnym. Aurora okazała się największym fanem tej portrawy, choć w wersji bez chili. Brzmi może niezbyt apetycznie, bo głównie spożywa się ją zimną, ale naprawdę smakuje niesamowicie. Z takich prostych składników wyciągnęli absolutne maksimum. Jest to najbardziej laotańskie spośród tamtejszych dań, obowiązkowo trzeba go spróbować.

Laotańska kiełbasa – po traumatycznych doświadczeniach ze słodkimi kiełbaskami w Chinach ograniczyliśmy próbowania tego przysmaku w Azji. Więc, gdy na horyzoncie pojawiły się polecenia laotańskich kiełbasek, byliśmy bardzo sceptyczni. Koniec końców była całkiem smaczna – mocno pieprzna – chociaż i tak się nie umywa do rodzimych wytworów (swojska z Radomyśla będzie zawsze na pierwszym miejscu) to przywoła dobre nuty.

Ryżowy kleik z mięsem w bambusie – wprawdzie trafiliśmy na niego przypadkiem – poszukiwaliśmy wersji ryby w liściu bambusowym – ale mimo iż brzmi to obrzydliwie, to miało wiele smaku. Konsystencja przypomina budyń, więc dla wielu byłoby powodem by powiedzieć „nie” – ale warto czasem wyjść poza swoją strefę komfortu. Smakowało wszystkich członkom ba(t)mana (Tamara nie próbowała).

Sałatka z zielonej papai – tu na scenę wchodzi Niebieska – wszak papaya salad to jej ulubiona potrawa z Tajlandii: Nie nie mogłam odpuścić poszukiwań kontynuacji tej kulinarnej przygody. Ta tutaj jest gorszą wersją sałatki – trochę za dużo gorzkości jak na mój gust. Jest to inne danie, nawet nie jestem pewna, czy rozpoznałabym, że to sałatka z papai, gdybym dostała ją na ślepe testy. Co ciekawe jest tu kontynuacja myśli, na którą natrafiliśmy jeszcze w Gruzji – sałatka typu DIY (Do it yourself – zrób to sam), czyli część warzyw/ziół jest w formie niepociachanej, więc należy sobie samemu pokroić i dorzucić do dania ile tam się ma ochoty.
Z plusów, to właśnie z tym daniem przyszły wspomniane wafle ryżowe, więc nie można tego doświadczenia spisać na straty.

W Laosie byliśmy sumarycznie krótko, więc nie udało nam się upolować więcej nowości (jak np. zupa z mrówek, która jest tamtejszym przysmakiem) ale na pewno będziemy ją smacznie wspominać.








Dodaj komentarz