To historia o cichej bohaterce, osobie, która przeciwstawiła się urzędniczej obojętności i niewydolności systemu. To była walka o lepsze jutro, uśmiechnięte twarze dzieci i o zasady.
Solina na sterydach
Jezioro Cheow Lan (เชี่ยวหลาน) lub Rajjaprabha Dam Reservoir (อ่างเก็บน้ำเขื่อนรัชชประภา) to sztucznie utworzone jezioro, które powstało podczas budowy tamy do pozyskania energii elektrycznej. Jezioro ma 185 km2 ze średnią głębokością 40 m, z najgłębszym punktem osiągającym 90 m.

Jak już wspominaliśmy w poprzednim wpisie, utworzenie tego jeziora wiązało się z potrzebą wysiedlenia 385 osób, poświęcenie 3 wiosek i przeprowadzki wielu zwierząt (według cioci Wiki udało się uratować 1364 zwierzęta ze 116 równych gatunków, z czego 44 niedługo potem zmarło) za pomocą łodzi i helikopterów z nowo utworzonych wysepek.
No i powstało jezioro. Dlaczego więc się tam warto wybrać?
Zdecydowanie dla widoków. Wyspy, które wcześniej były wzgórzami, strome pasma górskie okalające jezioro, czy sama tafla wody rozciągająca się niemal po horyzont, to kolejna porcja zachwytów, które zostają z człowiekiem na dłużej. Jest to Solina na sterydach jak to określiła Blonka (czyli postać z historii o zagubieniu w dżungli z Wszystkie Domy Tajlandii)
Teraz jak się tam dostać? Jak zawsze – można skorzystać ze zorganizowanej wycieczki, a można wybrać się samemu. Koszt wyjazdu na osobę z wykorzystaniem pośredników zaczyna się od 500-600 pln. W ofercie jest przejazd z Khao Sok, przepłynięcie łodzią po jeziorze i transport powrotny.

Jeśli jednak ma się swój środek transportu, to jezioro znajduje się około godziny jazdy od Khao Sok Village (w nawigację trzeba wklepać „Pier Ratchaprapha”) i koszty spadają dramatycznie! Otóż za 250 PLN można wynająć CAŁĄ łódź, więc w zależności ile sobie dobierzesz współpasażerów, cena na głowę leci proporcjonalnie w dół.
Są jednak pewne ALE (no bo co to za życie by było, gdyby nie było tych ALE).
Największą przeszkodą jest zakupienie biletów (lub też wykupienie łodzi). Jest to kwestia organizacyjna, ale spróbujemy nakreślić sytuację.
Jezioro jest na tyle duże, że docelowych miejsc do odwiedzenia jest sporo. Kompania oferuje aż 18 kierunków, które są opisane dosyć zdawkowo (jak na przykład Guilin – Nang Prai, Guilin – Sai Choon, Guilin – 500 Rai i tak dalej). Jeśli zatem jesteś nieprzygotowanym turystą, który po prostu chce sobie popłynąć łódką, to przydałoby się rozszyfrować te nazwy i zorientować się, czego można oczekiwać w przypadku poszczególnych kierunków. Innymi słowy – przydał by się punkt informacji.

I taki się znajduje. W tym samym miejscu co kasa. I to wszystko obsługuje jedna osoba. Zaczynacie widzieć problem?
Zatem ta biedna, samotna pani w kasie musi: informować turystów o trasach i odpowiadać na pytania (których odpowiedzi zapewne już słyszeli), musi gromadzić grupy ludzi do zapełnienia łodzi w różnych kierunkach (bo jak przyjedzie jakaś parka, to całą łódź na ich dwójkę jest marnotrawieniem miejsc), obsłużenie grup zorganizowanych, przyjmowanie płatności i wydawanie biletów. A to wszystko z wiszącymi nad jej głowami tłumami zniecierpliwionych turystów (ilość rosyjskich turystów i sposób osaczenia oddaje sytuację na Ukrainie).

I tu trafiliśmy my. Niebieska zajmowała się pertraktacją, ja zajmowałem się dziećmi. I oto jak to z jej perspektywy wyglądało:
Narzuca się tu porównanie do photoshopa (program graficzny), gdzie można osiągnąć jakiś efekt na kilka różnych sposobów. Tak samo tutaj: można wybrać się na rejs rezerwując całą łódź, doczepiając się do kogoś kto już zarezerwował rejs, można wybrać się ze zorganizowaną wycieczką (aczkolwiek tutaj obłożenie łodzi dochodzi do 20 pasażerów). Gdy zatem pojawiłam się przed okienkiem, pani poinformowała mnie, że wszystkie łodzie są obecnie zarezerwowane i by przyjść o 14 (czyli za jakieś 1,5 h). Na pytanie o listę oczekujących stwierdziła, że nie ma czegoś takiego. O 14 podeszłam ponownie, by dostać informację, by przyjść o 15. Tutaj zaczęły się taktyki negocjacyjne, bo pojawiła się lista oczekujących (najwyraźniej jednak istniała) i pani z okienka zaczęła wywoływać kolejne numerki z listy. Nie odpuściłam i przywołałam, że miałam pojawić się o tej godzinie i oto tu jestem. Miałam Tamarę na rękach, a wiadomo, że to zawsze jakoś przyspiesza proces pertraktacji. W czasie, gdy ja próbowałam przekonać, że na pewno jest jakaś łódź, kolejka zniecierpliwionych turystów zaczęła rosnąć i stawała się coraz bardziej natarczywa. Ja jednak, nauczona doświadczeniem, wiedziałam, że targując się z Tajami w sposób roszczeniowy, osiągnie się niewiele. Ale zachowując dobre maniery i pozytywne nastawienie, sukces majaczy w bliższej perspektywie. Dlatego też, w odróżnieniu od nacierających moskali, dziękowałam na głos podkreślając jak to jest ciężka praca tak wszystko ogarniać w takim chaosie, kiedy ludzie dookoła tylko coś chcą… i udało mi się zdobyć łódź!

Ale była to huśtawka nastrojów, bo nawet jak już zbliżyłam się do etapu płatności, moje pieniądze, już wydane do okienka, cudownym trafem wróciły do moich rąk, zaś pani zajęła się przybijaniem jakichś pieczątek. A gdy już dostałam bilety do ręki, uwaga oczekujących skupiła się na mnie i byłam niczym objawienie – zostałam zasypana pytaniami „jak mi się to udało zrobić? Zdradź nam swoje tajemne sposoby”.
Kupowanie tych biletów to niemal jak przeżywanie żałoby: etapy smutku, frustracji, złości, zrezygnowania, nadziei przeplatały się w nieskończonym cyklu. Jeśli ten opis wydawał się wam chaotyczny, to znaczy, że dobrze oddałam cały ten proces. Dodać należy, że były tam osoby, które czekały długo dłużej – jeden człowiek od 9 rano tam był i się nie mógł zarezerwować łodzi.

Z mojej perspektywy, który czekał w poczekalni z dzieciakami, wyglądało to jak z obrazów sądu ostatecznego renesansowych malarzy – kadry utrwalone na płótnie pełne chaotycznej mieszaniny ciał, rąk i wyrazów twarzy, z głównym sędzią siedzącym w okienku biletowym. Kocioł, zamęt i miszmasz, po raz kolejny.
Dołączyła do nas para – postępując zgodnie z jednym z przedstawionych sposobów wypłynięcia – więc koszty wynajem podzieliły się między nas.
Zatem, od momentu przyjazdu do przystani do wypłynięcia minęło kilka godzin. Wypadło na porę obiadową – na szczęście jest tu restauracja i kilka sklepów z przekąskami i pamiątkami. Jedyny mankament, to brak bankomatu na miejscu! Najbliższy bankomat był przy 7-eleven, kilka kilometrów dalej – dlatego dobrze, że mieliśmy samochód – można było szybko podjechać i wybrać odpowiednią kwotę.


Longboatem w letni rejs
I tak, w składzie Ja, 4 dzieci, jedna bohaterka i 2 obcych ruszyliśmy do łodzi. Łódź typu longboat, która ma około 10 rzędów, przypuszczalnie po 4 osoby maks. Do dyspozycji były dziecięce kapoki, chociaż nie na tak małe dzieci jak nasze (szczególnie Tamara). Przez to, że nasza ekipa miała jedynie 8 pasażerów, miejsca było pod dostatkiem. Każdy wybrał ławkę dla siebie i wygodnie się rozłożył. Nie minęła chwila, gdy zorientowaliśmy się, że Makary i Baltazar śpią. O ile z Makarym nie jest to niespodzianka (wszak to ucieleśnienie Hobbita), to w przypadku Baltazara było to zaskoczenie. Po niespodziance przyszła spodzianka, gdy Baltazar się szybko obudził i stwierdził, że taka drzemka mu wystarczy.



Jezioro było bardzo spokojne, więc nasza taktyka siadania na tyle łodzi aby uniknąć bujania była tutaj zbędna.
Trasa obejmowała urocze zakątki, gdzie płynie się między wystającymi wyspami-kiedyś-szczytami. A że tutaj te góry mają bardzo strome ściany, to wygląda niczym manewrowanie po jakimś kanionie z Gwiezdnych Wojen.


Dopłynęliśmy w końcu do miejsca, gdzie wystają trzy szczyty – nazwane właśnie Trzema Braćmi. Jest to niejako kulminacja tego, co do tej pory widzieliśmy. Tutaj też urządziliśmy małą sesję, chociaż słońce było blokowane przez otaczające wzniesienia.



Niedługo później ruszyliśmy w stronę jednego z brzegów. Tam był pływający ośrodek. Może nie ośrodek, ale nie wiem jak to nazwać – było kilkanaście pływających domków (można sobie wynająć na nockę), coś w stylu restauracji i wyznaczonego miejsca do pływania. Zaznaczyć należy, że to nie było przy samym brzegu, więc dna w tych miejscach też nie było widać. Ale było widać rybki! I to nie mało! Jeszcze w porcie napotkaliśmy sporo osób sprzedających „karmę dla ryb”, co było zasadniczo ziarnami kukurydzy. Kupiliśmy po woreczku dla każdego z dzieci, bo kto nie lubi rzucać jedzenia ławicy szalejących ryb? Gdy zatem dotarliśmy od wspomnianego pływającego ośrodka, dostaliśmy jakieś pół godziny na wskoczenie do wody i nakarmienie rybek. Nie za wiele czasu. Wstępnie rozdzieliliśmy się i ja się zaopiekowałem chętnymi do pływania, zaś Niebieska zajęła się grupą karmiącą. Gdy tylko wskoczyliśmy z Baltazarem do wody (boska temperatura), Aurora stwierdziła, że karmienia rybek dość i dołączyła do nas. Z racji braku dna pod stopami, kąpaliśmy się w kapokach, a jeśli kapok jest zbyt duży, to człowiek wygląda jak boja – z wystającymi po bokach rękami i głową schowaną w środku – widok iście komediowy. Ale kapoki zrobiły robotę – utrzymały użytkowników na powierzchni. Chwilę później Makary dołączył do grupy i nawet jak przyszedł czas ewakuacji, to nikt nie chciał wychodzić. To pokazuje jak bardzo brakuje plaży nad tym jeziorem (może jest, ale nie od strony portu, z którego wypływaliśmy).





Najprawdopodobniej nasze ciągłe powtarzanie, jak to jest super woda wyzwoliło ukrytą (ale wcale nie tak głęboko) dzikość naszej bohaterki, bo jak tylko przejąłem Tamarę, ku zaskoczeniu dzieci i uciesze męża rzuciła się do wody w ubraniu. Nie trzeba chyba dodawać, że również uznała okoliczności i temperaturę za najlepsze do pływania (mimo iż miała bardzo ograniczony czas). Dlatego, jeśli kiedyś przyjdzie Wam skorzystać z takich atrakcji, warto rozważyć nocleg w tych domkach (chociaż z bandą dzieciaków to brzmi jak jeden wielki stres i panika. A że Aurora pokazała, że czasem lubi lunatykować, to stres razy milion). No ale było bosko!
Po tym wszystkim przyszedł czas na powrót. Słońce powoli kierujące się do spania, zapierające dech w piersiach widoki i wiatr we włosach od pędzącej łodzi utrwala się w pamięci jako obraz wręcz z Instagrama z przesadną ilością filtrów upiększających.
Jak to ktoś określił Park Narodowy Khao Sok i Jezioro Chaow to będzie przyszłe Phuket. Póki co nieskażone jest jeszcze masową turystyką Europejczyków i naprawdę można się napawać ciszą, spokojem, majestatycznymi widokami i niższymi cenami. To miejsce zdobywa jednak co raz większą popularność i my także je polecamy z całego serca.













Ukraść piorun
„To steal the thunder” – ukraść piorun, to angielskie wyrażenie określa sytuację, gdy jedna osoba ściąga uwagę z jednej osoby (pozytywnego bohatera) na siebie, kradnąc sławę i uważanie. Innymi słowy – drugi bohater. I tak się stało, że ja ukradłem piorun Niebieskiej, kiedy znalazłem długo poszukiwaną piosenkę.
Ale od początku. Około pół roku temu byliśmy z dziećmi na Nocy Kultury w Lublinie (magiczna noc, wszystkim polecamy – wspomnieliśmy już o tym we wpisie festiwal Światła). Wychodząc z mieszkania natrafiliśmy na niewpisany w oficjalny program mini koncert przy salonie męskim fryzjerskim (albo jak to się współcześnie określa – barbera). Grał tam dwuosobowy zespół z repertuarem muzyki irlandzkiej i szantów. Gdy więc barber pracował nad klientem na fotelu wystawionym na chodniku, zespól dawał czadu wygrywając jeden hit za drugim. Nie obejrzeliśmy się, jak wszystkie nasze dzieciaki śpiewały w zespół refren, przy okazji pokazując swoje najlepsze ruchy taneczne. Kolejny raz użyję tego określenia, ale atmosfera była magiczna. I nie tylko my tak uważaliśmy, bo dzieci często do tego wydarzenia wracały – przyśpiewując sobie właśnie refren tegoż utworu. Tytułu nie wspomnę (zaraz napiszę dlaczego), ale był to cover irlandzkiego zespołu z tłumaczeniem słów na język polski. I było to autorskie tłumaczenie, więc znalezienie tegoż utworu na youtube było po prostu niemożliwe.

Aż postanowiłem zabrać się do tego tak, jak należy. I tu pojawia się potęga Internetu. Pół roku po Nocy Kultury znalazłem za pomocą map wspomniany salon fryzjerski. Na ich Facebooku odnalazłem wpisy z okolic Nocy Kultury, gdzie wspominane zostały zespoły, które grały tego dnia (swoją drogą, to właśnie jest piękno tej nocy – każda forma sztuki jest tu witana z ramionami szeroko otwartymi, nawet jeśli nie znajduje się w oficjalnym programie wydarzenia). Tam też udało się odkryć wykonawcę z tamtego dnia, do którego odezwałem się na Facebooku. Tutaj okazało się, że wspomniany utwór nie znajduje się na YouTube, ale niebawem zostaje wydana płyta ze wspomnianym utworem na liście! Jakby tego było mało, płyta nagrywana w m.in. w Bieszczadach i to we współpracy z kumpelą Niebieskiej, która jest główną osią innego irlandzkiego zespołu grywającego w Lublinie (pozdrawiam cudowny Sauin).
Zatem, po przedstawieniu sytuacji o dzieciach dopominających się utworu, dostałem go na email z prośbą by jeszcze go nie publikować w Internecie. Z tego też powodu nie zdradzimy Wam (jeszcze), co za utwór, ale Baltazar już umie prawie całość na pamięć, a nikt się nie może oprzeć, by nie wyśpiewać refrenu.



Punkt widokowy
Wracając do Tajlandii i Parku Narodowego Khao Sok: Gdy już stwierdziliśmy, że to, co widzieliśmy wyczerpało znamiona pięknych widoków na ten dzień (lub tydzień, a może i miesiąc), to zdecydowaliśmy, że mamy czas odwiedzić punkt widokowy, który jest zasadniczo obok (należy przejechać po tamie).
Czy słowo „sielankowość” coś Wam mówi? Jeśli tak, to się mamy tu zmodyfikowaną definicję: to zachód słońca na punkcie widokowym z panoramą na tamę i jezioro Chaow Lak.

Miejsce to leży dosłownie 5 minut drogi od portu samochodem i położony jest powyżej tamy. Bardzo zadbany teren z małą salą ku czci panującego króla i dużą ilością zieleni stanowiło miejsce, gdzie dzieci mogły się swobodnie wybiegać, a nawet poznać lokalną młodzież – jedna dziewczyna podjechała na rowerze i dała się przejechać Baltazarowi, a później woziła jego i Aurorę na ramie roweru. Było turlanie się na trawie, zabawa w policjantów i złodziei (wiadomo – każdy chce być złodziejem więc tacie przypadła „niewdzięczna” rola policjanta), podrzucanie, przytulanie i wspólne podziwianie zachodzącego słońca. SIELANKA. Mówię Wam!

I o ile w trakcie takiej podróży zdarzają się dni, gdy dzieci nie słuchają, a siły i cierpliwość się kończy, to trafiają się dni takie jak te – i one umacniają więź rodzinną. Spędzamy z dziećmi cały czas i o ile wymagało to odłożenie kariery na bok, to wynagrodzeniem jest właśnie to, że jesteśmy razem i wspólnie budujemy mocniejsze, rodzinne fundamenty. Ten dzień na pewno będzie na podium najpiękniejszych dni z naszej azjatyckiej wyprawy.







Inne wiejskie atrakcje
Khao Sok oferuje nie tylko spacer po dżungli i pływanie łodzią po jeziorze. Oferty biur turystycznych są bogate w różne aktywności, szczególnie jeśli się nie ma dzieci. Można zatem spłynąć rzeką na takich donatach (ja bym to nazwał dętką z ciągnika), można przejść się po dżungli po zapadnięciu zmroku – podglądanie nocnego życia fauny. Można też wybrać się na całodniowy trekking, a nawet taki dłuższy z noclegiem gdzieś w dżungli. Jest wspomniane poszukiwanie największego kwiatu świata, ale tu trzeba trafić w termin. Spływ kajakowy, odwiedzenie sanktuarium słoni, a nawet gotowanie w dżungli! Do wyboru do koloru! I tu mała podpowiedź – nie zawsze najbardziej opłaca się kupować zawczasu wycieczki – na miejscu jest sporo konkurencyjnych firm, które mogą zaoferować odpowiednio niższą cenę!



Może więcej wody?
Przyszedł czas by wyjechać z Khao Sok. Robiliśmy to z ciężkim sercem, bo spędziliśmy tu tylko 4 dni i było to zdecydowanie za mało. Ale jednocześnie jest to końcówka naszego czasu w Tajlandii i nie było już miejsca by przedłużyć czas tam spędzony, wszak bilety na dalszą podróż już od dawna czekały.

W drodze powrotnej zdecydowaliśmy skorzystać z faktu, że mamy samochód i możemy zajechać w różne miejsca. I niecały kilometr za Khao Sok Village znajdował się jeden z punktów widokowych, który chcieliśmy odwiedzić. Dawał panoramę na park narodowy i dolinę ciągnącą się wiele kilometrów, aż do morza (choć tego już nie było widać). A do tego był zaraz obok kesza (geocaching – tutaj znów zachęcamy do spróbowania). Ukryty skarb został obok małego wodospadu, schowanego przed oczami podróżujących wzdłuż drogi. To był dosłownie przystanek na 10 minut, by poszukać kesza, ale właśnie takie momenty przypominają o tym, dlaczego jest to takie fajne. Inaczej nigdy byśmy się nie zatrzymali w tym miejscu, nie zobaczylibyśmy nieznanego i imponującego wodospadu. Kesz nie został znaleziony ale było miejsce by usiąść, no i by zamoczyć stopy – jakbyśmy mieli więcej czasu, urządzilibyśmy sobie tu mały piknik. A kto nie lubi wejść do strumienia, gdy słońce praży, a temperatura przekracza 30 stopni?

Zgłodnieli?
To może coś zjemy? Oto lista potraw, które sobie upodobaliśmy, albo wydają nam się warte spróbowania, na które natrafiliśmy w Tajlandii. Wspominaliśmy o tym trochę wcześniej ale bardziej w kontekście czego nie jeść by się nie pochorować. Teraz mamy już swoich faworytów i zachęcamy każdego do spróbowania.
Ulubionym zestawem Niebieskiej obecnie są: Sałatka z papai oraz Morning Glory.

Ta pierwsza, to taka pikantna (no nawet jak się poprosi o brak papryczek i NO SPICY, to samo naczynie, w którym są miażdżone warzywa przesiąknięte jest tak pikantnością, że dla Europejczyka wchodzimy w terytorium Matko-Bosko-Jak-Parzy!) sałatka warzywna z niedojrzałej, zielonej papai jako głównego bohatera, z pastą tamarandową i sosem rybnym (albo po prostu sosem z ryb). Do tego orzechy nerkowca, pomidorki, świeża (niegotowana) zielona fasolka bardzo chrupiąca, chilli, czosnek i limonka (sok z limonki, a poza tym wrzucają połówki w dużych kawałkach). To danie próbowaliśmy już wielokrotnie w Tajlandii, potem w Laosie i Kambodży. Niebieska zarzeka się, że będzie to jadła tak długo jak długo będzie ją spotykać na straganach. Ale królowa wszystkich wersji, niedościgniona papaya salad, to ta którą spróbowała właśnie w Khao Sok Village.

Drugi faworyt jedzeniowy to Morning Glory (dosłowne tłumaczenie to „Poranna Chwała” ale nie udało nam się znaleźć informacji skąd taka nazwa), to przygotowane warzywa strączkowe, taki azjatycki szpinak wodny w aromatycznym ostrygowym sosie. Po prostu góra zieleniny na talerzu, smażona w woku z dodatkiem chilli. Danie tak proste jak i pyszne.

Ja z kolei rozkochałem się w Suki Soup – lekko pikantno-słodkiej zupie z makaronem ryżowym i dużą ilością warzyw pływających. Usta są dobrze rozgrzane po wyjedzeniu treści, by dobić gwoździa właśnie „wodą” z zupy. Zdecydowanie najlepszą wersję jadłem w Chiang Rai (obok Białej Świątyni) i od tamtej pory porównuję wszystkie inne suki z tamtą pierwszą, póki co każde kolejne wypadają gorzej.

Z innych ciekawostek spróbować warto smażony ryż w ananasie, chociaż to trochę jak z żurkiem w bułce – fajny koncept, ale sam żurek jest w zupełności klasą samą w sobie, że nie potrzeba udziwniania. Podobnie jest z tym ananasem – do smaku niewiele to wnosi, ale wygląda fajnie. I trzeba oddać, że Tamarze bardzo posmakowało chociaż jest to danie dość mocno okraszone curry.
Z dań do spróbowania wymienić należy jeszcze garlic and pepper – czosnek i pieprz: to mięso (do wyboru świnka, krówka, kurczak, kalmary albo krewetki) przyrządzone ze smażonym czosnkiem i pieprzem. Żaden z tych składników nie wybija się, a jednocześnie tworzą bardzo smaczną kombinację, której nie da się oprzeć. Nie brzmi to może jakoś zniewalająco ale efekt jest fantastyczny. Jak podczas urodzin Tamary zamówiliśmy sobie wszyscy coś do jedzenia to Agata nie mogła wyjść z podziwu, że „my zawsze wiemy co zamówić”. Sama jadła przez większość czasu na Phuket smażony ryż i miała go powoli dość. A tutaj na sam koniec wyjazdu poznała garlic & pepper i też się w nim rozsmakowała.

Holy Basil – Święta Bazylia – to smażony ryż z mięsem, gdzie głównym dodatkiem jest wspomniana odmiana bazylii. Jest ona bardziej agresywna i pieprzna od tego co znamy z kuchni włoskiej, ale po podaniu obróbce cieplnej łagodnieje, chociaż ciągle pokazuje tego pazura w tym daniu. Kolejne z dań, których nie da się przestać jeść.
A na koniec przysmak, w którym dzieci się rozsmakowały (szczególnie Baltazar) – kalmary w panierce. Mieliśmy okazje spróbować najlepszych kalmarów w naszym życiu – okazuje się, że wcale nie muszą być gumowate i trudne do przegryzienia – mogą być delikatne! Znikały z talerza szybciej niż mogliśmy się zorientować!

Mniami!


Dodaj komentarz