[044] Wszystkie domy Tajlandii

Tak się złożyło, że nasz czas w Tajlandii zbliżał się ku końcowi. Spędziliśmy tu prawie dwa miesiące (nie ciągiem, ale kto by wnikał w takie szczegóły) i choć się tu dobrze urządziliśmy i zaczęliśmy nawet łapać dawno niedoświadczonej rutyny (no ile razy można wychodzić na tę plażę?), to nasza wyprawa nigdy nie była planowana na zostanie w jednej lokacji.

Wspomniane we wcześniejszym poście świątynie odwiedziliśmy drodze do Khao Sok – parku narodowego położonego na północ od Phuket, i na południe od Bangkoku. Co tam widzieliśmy i co doświadczyliśmy? A co Ci będę mówił – przeczytaj!

I było rzucać to wszystko i jechać w te Bieszczady?

Park Narodowo Khao Sok

Wspomniany park narodowy został uformowany w tym samym okresie, co Himalaje. Ale parkiem narodowym został dopiero w 1980 roku. Mamy tutaj dżunglę, góry, rzeki i jeziora – pełen przekrój dla każdego. Teren był obiektem zainteresowania już od czasów panowania Ramy II (dynastia Ramów – obecnie rządzący nosi numerek 10 i ma już czwartą żonę – rządzi już od początku XIX wieku. To właśnie Rama I przeniósł stolicę do Bangkoku), podczas konfliktu z Birmą (sporo tych konfliktów mają na przestrzeni wieków) wielu ludzi zaczęło uciekać w te rejony, by odkryć, że są one bogate w zwierzynę i żyzne ziemie wzdłuż rzek. To spowodowało spory napływ ludności, a przez to degradację środowiska. Na ratunek przyszła epidemia w 1944 roku, której ofiarami stało się sporo ludności, reszta zaś uciekła. Przez 20 lat wioski zostały porzucone, aż do czasu utworzenia pierwszej drogi 401 wiodącej przez te tereny. Zatem mamy czas 16 lat, nim tereny zostały ustanowione parkiem narodowym, przez który ludność znów zaczęła napływać.

Góry, lasy, rzeki – co więcej potrzeba?

I oto jesteśmy: obszar większy niż którykolwiek park narodowy w Polsce (739 km2), w którym można znaleźć pantery mgliste, tygrysy azjatyckie, słonie indyjskie, lamparty plamiste, pytony siatkowe, kobry królewskie i indyjskie, rzekotki drzewne, warany paskowe, boigi mangrowe czy gaury indyjskie. Poza tym makaki, gibony, langury, a także ptaki: rybołowy, wężojady czubate, dzoborożce fałdodziobowe i dłogoczube, a jakby tego było mało, to nawet jest ketupa płowa!

Szacuje się, że na każdy hektar przypada tam około 200 gatunków roślin.

Robi wrażenie, nie?

Ale Khao Sok, to nie tylko dżungla – to również jezioro Cheow Lan – stworzone przez człowieka podczas budowy zapory wodnej. Budowa takiej zapory na terenie parku narodowego wzbudziła (no niespodzianka) sporo kontrowersji – przynajmniej 5 wiosek zostało zatopionych, zaś niezliczone zwierzęta musiały opuścić swoje ekosystemy, nie wspominając o tych, które utknęły na tworzących się wyspach. Nawet były próby uratowania tych uwięzionych zwierząt, ale (niespodzianka) większość nie przeżyła takiej inicjatywy.

No ale jest piękne te jezioro… Ale o nim więcej informacji znajdzie się we wpisie Majestatyczni Trzej Bracia.

Wioska Khao Sok Village

To taka wioska przy drodze 401 (to ta sama droga wybudowana w 1964 roku, wspomniana we wcześniejszym podrozdziale), która sprawia wrażenie stworzonej dla turysty. Znajdziecie tu ogrom hotelów/domów gościnnych w niskiej zabudowie (tu na szczególne wyróżnienie zasługują domki na drzewie, które można sobie wynająć), barów, restauracji, punktów masażu i organizatorów wszelakich wypraw. Tutaj też znajdziecie wejście do parku narodowego – do dżungli.

Gdybym chciał, wszystko to by było moje

I choć faktycznie to jakieś 2 – 3 ulice na krzyż, zapełnione obiektami dla turystów, to… ma coś w sobie. Jakąś magię, energię, a jednocześnie nie czujesz tutaj Krupówek. Może to wynika z bardzo przyjaznego nastawienia lokalsów? Wszędzie uśmiechy (chociaż to również może być efekt Tamary, która – jeśli ma nastrój – potrafi rzucić takie spojrzenie że nie nikt nie ma szans przejść obojętnie).

Jak już zaczęliśmy zbliżać się do terenów parku i zaczęły nas otaczać góry to od razu wywołało to jakieś poruszenie w sercach. Ten pierwotny zew gór (nie koniecznie Bieszczad, chociaż nasze dzieciaczki już się ciągle dopytują czy na pewno w tym roku wrócimy do Ustrzyk) który tli się w nas bardzo mocno i chociaż kochany i morze, i jeziora, to góry jednak są nam najbliższe i grają w duszy. Zwłaszcza dla Niebieskiej, której to uśmiech nie schodził z twarzy od przyjazdu aż do wyjazdu.

Dżungla

Jak już wspomnieliśmy – w Khao Sok Village znajduje się wejście od parku narodowego – a jednocześnie jest to wejście do dżungli.

Wejście do dżungli? Raczej wjazd do dżungli!

Przed wejściem znajduje się tablica z informacjami, zawierająca informacje między innymi o tym, że można spotkać tam dzikie słonie, pająki, węże, wymieniała niebezpieczne rośliny (na przykład roślinka zwana ucho słonia). Znajduje się również tam informacja, że jedynie pierwsze 3 kilometry można sobie swobodnie chodzić, później zaś należy mieć przewodnika. Wynika to z faktu, że ten pierwszy odcinek to faktycznie szeroka ścieżka, zaś później wchodzi się w gęstwinę. Ale ten nakaz jest chyba czymś w miarę nowym, ponieważ nasi przyjaciele Blonka i Drzazga (i przy okazji rodzice chrzestni dwójki z naszej czwórki) byli tu kilka lat temu i nigdzie takiej informacji nie było (a może była ale instynkt oszczędnego gospodarowania funduszem był silniejszy? Nie pamiętamy tego dokładnie – potrzebujemy sprostowania Drzażdżewscy).

Wybrali się Oni zatem do kolejnego, oznaczonego na mapach, wodospadu. Szli sobie i szli, gdy dotarli do rozwidlenia. Hierarchia w ich związku została poddana ciężkiej próbie, ponieważ każde z nich miało inne zdanie na temat, którą ścieżkę obrać, a jak na złość nie było żadnego sfinksa czekającego z zagadką (i być może kierunkiem). Wtedy też padły słowa z ust zdesperowanego Drzazgi (robocze imię – Kamil): „Ola – ja Ci zawsze przyznaje rację, ale tu chodzi o moje życie!!!”. Pięknie zobrazowana dynamika szczęśliwego związku! W każdym razie przeżyli by opowiedzieć nam swoją historię i my nauczeni ich doświadczeniem wiedzieliśmy, żeby się tak głęboko nie zapuszczać.

Ja tu posiedzę i poczekam aż wrócicie

Do dżungli wybraliśmy się rodzinnie raz. Wzięliśmy ze sobą wózek i dało rady, choć nie jest to „spacer po parku” – są podejścia i zejścia, droga nie jest równiutka, więc momentami małą wytrząsło. Gdyby była jeszcze w gondoli, to mogłoby ją wykatapulcić. Ale dla wszystkich, poruszających się na dwóch nogach jest jak najbardziej do przejścia. Ja się wybrałem raz na przebiegnięcie tej trasy i było to bardzo przyjemne 6km.

Ścieżka oferuje kilka przystanków – można zboczyć by zejść do koryta płynącego wzdłuż drogi strumienia, by zobaczyć wodospady, lub zanurzyć sfatygowane stopy. My te przystanki pomijaliśmy, bo wózek by się tam nie zmieścił, a poza tym, to są aż 3 kilometry – nie ma co się rozpraszać.

Ważną kwestią jest, że na końcu drogi czeka nagroda. I tym razem było to, co obiecywaliśmy – możliwość kąpieli w rzece. Od czasu, gdy z wujkiem Mikołajem dzieci bawiły się na basenie, żywią one wielką radość na każdą możliwość zanurzenia się w wodzie (i w przypadku Baltazara – pokazania jak to potrafi nurkować). Gdy więc dotarliśmy na miejsce, znaleźliśmy sobie spokojną mini zatoczkę, gdzie w przezroczystej wodzie widać było rybki, a także najwyraźniej było miejscem spotkań okolicznych motyli. Woda była czysta i zimna – dokładnie taka, jaką można się spodziewać w górskim strumieniu. Spędziliśmy w tym miejscu sporo czasu, zmywając pot, znój i zmęczenie strasznie długimi trzema kilometrami.

Droga powrotna była o wiele szybsza – zastosowaliśmy wszelkie rodzicielskie sztuczki – od przekupstwa (za następnym wzgórzem zjemy kolejne ciasteczko), poprzez motywację (o nie, tata nas goni musimy uciekać!), pozytywne zachęcanie (pięknie dzieci, bijemy rekord prędkości), wzbudzanie współzawodnictwa (popatrzcie na rodzinę z tymi dziećmi przed nami – na pewno damy rady ich dogonić!), aż do obietnicy nagrody (zjemy pizzę jak wyjdziemy z parku!).

Koniec końców trasa do środka dżungli trwała jakieś 4 godziny, ta sama trasa w drugą stronę trwała 45 minut. Czyli podsumowując – dla dzietnych ludzi jest to całodniowa wyprawa. Pełna wzlotów i upadków (przewyższeń i przeniższeń), okraszona odrobiną dzikości (wypatrzyliśmy małpy, 3 rodzaje jaszczurek i węża), otulona słońcem i opleciona bambusami. Polecamy!

Największy kwiat świata

Ktoś wie? Może wam się przydać w Milionerach, lub 1 z 10! To Bukietnica Arnolda. Łatwa do zapamiętania nazwa. A jeszcze łatwiejsza, to Trupi kwiat.

Zacznijmy zatem od końca – trupi kwiat, ponieważ śmierdzi. I podobno okropnie – odór przypomina rozkładające się ciało (w celu przyciągnięcia muszek i innych owadów) – wypowiedzieć musi się w tej kwestii ktoś, kto faktycznie czuł ten kwiat, oraz rozkładające się ciało.

Oryginalny Trupi Kwiat jest większy

Jest to roślina pasożytnicza – nie wytwarza własnych korzeni, łodygi ani liści. A jednocześnie osiąga średnicę 1 metra i do 10 kg wagi! Pasożyt na miarę symbolu „madek” z MOPSu. Jest to roślina wieloletnia – to znaczy, że kwitnie przez 5-7 dni, raz na kilka lat.

Ale na jego podobizny można było napotkać w wielu miejscach – choćby na same wejściu do parku narodowego (co widać na zdjęciach). Mieliśmy nawet plan aby wybrać się na półdniową wyprawę ale uświadomili nas w biurze podróży, że niestety nie jest to sezon na Bukietnicę.

Ktoś kojarzy pokemony? Tak? To przypomnijcie sobie z pierwszych 151 pokemona o imieniu Vileplume.

Ale mniejszy niż ta wersja

Ognicho

Staramy się zapewnić dzieciom różnorodne rozrywki i dać możliwość spędzenia czasu w ciekawych okolicznościach przyrody. W końcu zabraliśmy wszystkie na tę wyprawę… Ale zanim się wybraliśmy, to co jakiś czas zdarzało nam się wyjechać pod namioty. Nieodłączną sprawą przy takich aktywnościach jest ognisko.

Gdy zatem siedliśmy sobie w najbliższej naszego ośrodka restauracji, by posilić się sałatką z papayi (najlepszą ze wszystkich próbowanych przez Niebieską) i poczuliśmy zapach ogniska, dzieci od razu zapytały, czy możemy iść na ognisko. W pierwszej chwili stwierdziliśmy, że takie wpraszanie się na czyjeś ognisko, to może być już nadużywanie tajskiej tolerancji wobec przyjezdnych, ale uznaliśmy, że kto nie pyta, ten nie je kiełbasek z ogniska. Ruszyliśmy jednak wcześniej na spacer, by wracając zrealizować plan – jeśli ognisko dalej będzie się tliło. Szybko jednak się okazało, że całe nasze planowanie było niepotrzebne – ognisko było w ramach działalności jednej z restauracji – pubów, które zapraszają na tej ulicy o zachęcającej nazwie Nirvana Cannabis&Bar. I choć nie udało nam się wybrać tego samego dnia, co poczuliśmy pierwszy dym, to już w kolejnych dniach zaglądaliśmy tam – tym bardziej, że dostępne było dużo zielonej przestrzeni i hamaki. Siedzieliśmy do późnego wieczoru a dzieciom i tak zawsze było mało. Było to też pierwsze miejsce od początku tej wyprawy w którym Niebieska stwierdziła „Tak, tutaj mogłabym zamieszkać”

Było magicznie – i znów to mówimy!

Głównie małpy i inne zwierzęta

Wspomnieliśmy już o ostrzeżeniach przed wejściem do parku o dzikich słoniach (nie słoniowych dzikach), ale na żadnego nie natrafiliśmy. Może to i dobrze – kto wie, jak takie dziecko by się zachowało przy takim słoniu i co by mu zrobiło. Ale napotkaliśmy małpy – skakały sobie po drzewach nad naszymi głowami. Nie było to pierwsze nasze spotkanie z tymi stworzeniami (patrz wpis Jaskinia małpami strzeżona), więc poziom ekscytacji można by określić jako umiarkowany.

Tak było, do następnego ranka.

Gdy się meldowaliśmy, nasza gospodyni wspomniała, by zamykać drzwi i nie zostawiać niczego na ganku, bo małpy wykradną. Niewiele o tym myśleliśmy, ale się dostosowaliśmy. Jedynie wózek, opróżniony ze wszystkich smoczków i zabawek był pod gankiem. I pierwsza nocka minęła bez incydentów. Jak się pewnie domyślacie, druga już taka nie była.

Szukasz problemów? Bo my z kolegami możemy Ci jakieś załatwić!

Obudziły nas dźwięki skoków po dachu naszego mieszkania i ogólnego małpiego gawędziastwa. Huk był tak wielki, że aż się poderwałem myśląc, że jakieś dziecko spadło z łóżka. Gdy Niebieska wyjrzała przez okno, zobaczyła przedstawicieli kuzynów po DNA zajadających się smakołykami dla Tamary. Ale jak to? Skąd one to wzięły? Otóż wzięły sobie z wózka. Wózka, który był opróżniony, ale te zręczne potwory dały sobie rady z zamkiem do kieszeni pod wózkiem, gdzie trzymaliśmy Standardowy Zestaw Awaryjny Dziecka (pampersy, ubrania do przebrania, płaszcze przeciwdeszczowe i właśnie suche smakołyki na sytuacje kryzysowe). Impreza zatem trwała na nasz koszt. Ja wypadłem w piżamie i próbowałem uratować co się dało (wszak jak może smakować folia przeciwdeszczowa?), ale robiłem to z odpowiednią dozą ostrożności – są to bowiem dzikie zwierzęta i do tego niebezpieczne. Cóż, lekcja przyszła i kosztowała nas zbieranie jej śladów dookoła naszego domku. Zresztą nie tylko nas bo widzieliśmy też jak zajadały smakołyki od innych ludzi, między innymi pałaszowały zupkę chińską na sucho (pewnie to były małpy-studenty). Dzieci były jednocześnie zafascynowane i przestraszone tymi małpiszonami, zwłaszcza Aurora po tym jak miała z nimi scysję w Malezji.

Innym razem złapały nas małpy, gdy wracaliśmy jeszcze z pobliskiego strumienia – wyrwały torbę, którą mieliśmy w rękach – zawierające zużyte pampersy. Niepotrzebnie o nią tak bardzo walczyliśmy (i wygraliśmy) – przegapiliśmy możliwość zaobserwowania tak zwanej natychmiastowej karmy.

Wszystkie domy Tajlandii

W zależności od regionu, wyglądy domów w Tajlandii będą się różnić. Najważniejszym aspektem jednak jest bliskość  wody – tradycyjne domy w mokrych terenach budowane są na palach – by chronić od wody i od szkodników. Skonstruowane są głównie z drewna oraz z bambusa. Są przewiewne, by w gorącym klimacie dać możliwość wymiany powietrza. W trakcie budowy często robiony jest dach przed zbudowaniem ścian.

A tutaj zrobimy małe podsumowanie domów, z których korzystaliśmy w Tajlandii. Nie próżnowaliśmy i łącznie spaliśmy w 7 różnych lokalizacjach. Nijak się ma to do 13 różnych miejscach które Blonka i Drzazga odwiedzili w ciągu 3 tygodni ale oni mają znacznie mniejszy bagaż 😉

1. Kamala Resort, Phuket – to resort, czyli taki hotel z wielu domów, położonych niedaleko od plaży Kamala w Phuket (jakieś 500 metrów). Zarówno lokalizacja, jak panujące warunki były bardzo dobre. Basen w ośrodku był naszym punktem odniesienia, miejscem odpoczynku i obietnicą dobrej zabawy dla dzieciaków. Z minusów należy wspomnieć sporą odległość do szpitala który odwiedzaliśmy dwukrotnie podczas tygodniowego pobytu w Kamali (choć to raczej nie powinno być argumentem dla większości z odbiorców). To chyba moja ulubiona miejscówka w Tajlandii bo jako jedyna miała cieplutki basen i trzy sypialnie do dyspozycji. Wychodzi na to, że jestem już w tym wieku kiedy wygoda jest najważniejsza.

Basen w Kamala Resort

2. Dong Moon, Bangkok – ośrodek w Bangkoku z domkami do wynajęcia. Istna oaza w miejskiej dżungli – bardzo fajna przestrzeń z ogrodem, gdzie nie było słyszeć hałasu miasta a wystarczyło wyjść za bramy ośrodka i od razu zanurzaliśmy się w wielkomiejski skwar, wilgoć i energię stolicy. Bardzo przyjazne domki i ekskluzywna restauracja tajsko-europejska prowadzona przez współwłaścicielkę. Minus to plac zabaw, który na drugie imię ma tężec i chyba był pierwowzorem Igrzysk Śmierci. Tutaj też poznaliśmy się z ptakiem Koel, o którym możecie przeczytać we wpisie Wychillowany Krab. Spośród wszystkich tajskich lokalizacji ta jest ulubiona Niebieskiej, mimo iż nie ma basenu ani nie ma żadnej plaży to stworzyliśmy tam fajny dom, a przy tym byliśmy w centrum miasta więc w dowolnej porze, bez zbędnego planowania mogliśmy iść coś zwiedzać. Do tego w kuchni był mały półwysep dzięki czemu dzieci aktywnie pomagały w przygotowaniu posiłków a jednocześnie miały przestrzeń gdzie Tamara nie mogła im przeszkadzać.

3. Chiang Rai – był to hostel z pokojami jako osobne „mieszkania” – to znaczy, nie było korytarza, a wychodziło się bezpośrednio na zewnątrz. Położenie było bardzo rewelacyjne – zasadniczo zaraz przy centrum, a jednocześnie nie było hałasu, a do tego do dyspozycji był wspólny ogródek – który był bardzo urokliwy z dużą ilością motyli. Sam pokój stanowiło 6 piętrowe łóżek. I to zasadniczo tyle.

Samiec alfa wyrusza o świcie na poszukiwanie jedzenia

4. Chiang Mai – to ośrodek z 3 domami, z których każdy oferował 3 pokoje do wynajęcia. W jaki sposób doprowadziło to do nieporozumienia opisaliśmy we wpisie Kolory północy – srebrny. Położone 13 km od centrum miasta uniemożliwiał spontaniczne wypady do centrum, więc przez to widzieliśmy mniej Chiang Mai, aniżeli byśmy chcieli ale za to był duży ogródek gdzie Aurora uwielbiała spędzać czas. Miejsce nadrabiało też faktem posiadania basenu, oraz (według Niebieskiej) najlepszego tajskiego jedzenia jakie próbowała w życiu (smażony ryż ale w stylu północnym). Basen, niestety był jednopoziomowy, więc dzieci wymagały asysty w pływaniu, ale do dyspozycji był wielki, dmuchany jednorożec, na którym z lubością każdy oddawał się wypoczynkowi. Pokoje były czyste, klimatyzacja działała, a łóżka były słusznego rozmiaru.

5. Wynajmowany domek na Panwa, niedaleko Plaży Ao Yon – zdecydowanie najwięcej przestrzeni, dwupiętrowy dom z ogromnymi podcieniami, który z łatwością pomieścił naszą rodzinę. Tutaj spędziliśmy urodziny Tamary, święta, Nowy Rok, Trzech Króli i zyskaliśmy najwięcej zwierząt domowych: gekony (w tym jeden, który zmarł na zawał w naszej kuchni), które nazwaliśmy Czesiek, Grzesiek i Matylda (Mario, tragicznie zmarły, kręcił się po naszym mieszkaniu więc był gekonem domowym). Oprócz tego znajdowaliśmy żaby (również jedna zmarła w nieużywanym przez nas pomieszczeniu, potem zaschła, a ostatecznie została obgryziona przez mrówki i stanowiła mocny punkt zainteresowania naszych dzieci), jeszcze niestety karaluchy, a na deser wielkie warany pływające w strumyku wiodący przez nasze podwórko. Raz odwiedziła nas także modliszka która sobie mnie upodobała i chyba obliczała czy da radę zjeść moją głowę.
Minusem był fakt, że każda sypialnia stanowiła osobny byt. Zatem by do nich się dostać, należało przejść przez otwartą przestrzeń, w tym wysokie schody. Dlatego też na ten czas podzieliliśmy rodzinę i spaliśmy w grupkach po różnych pokojach. Położenie domku na wyspie również nie było zbyt atrakcyjne – niecały kilometr do plaży, ale po ruchliwej drodze bez chodnika, z wzniesieniami, daleko od miasta – zmusiło nas to do wynajęcia samochodu (który okazał się bardzo użyteczny, ale był to dodatkowy koszt którego nie planowaliśmy wcześniej). Z drugiej strony to było totalnie zanurzenie w lokalnej kulturze, witaliśmy się z sąsiadami, o turystach w tym miejscu nie było mowy. Dodatkowym plusem w późniejszym czasie był fakt, że Mikołaj wynajął sobie pokój w hotelu na równoległej ulicy i miał do dyspozycji „najlepszy basen na świecie” – jak go ciągle wspominają dzieci. A i wspomniana wyżej najbliższa plaża była cudowna. Półwysep Panwa nie jest jeszcze skażony przez turystykę, dopiero się tam zaczynają budować jakieś resorty. Wielokrotnie byliśmy na plaży sami, a zazwyczaj było zaledwie kilkanaście osób poza nami. Plaża jest piaszczysta i nie ma praktycznie na niej fal, są to idealne warunki by nasze potworki mogły się samopaść tworząc zamki z piasku, kopiąc dziury czy po prostu siedzieć w wodzie (ulubiona technika morska Makarego).

6. Domek w Khao Sok – tutaj rzecz jasna nie jesteśmy obiektywni, ponieważ naszą wizję tego miejsca zaćmiła magia całego tego miejsca, o której już kilkakrotnie wspominaliśmy. No ale spróbujmy – z praktycznego punktu widzenia, położenie było świetne – nie w samym centrum wioski, gdzie każde miejsce próbuje być głośniejsze od sąsiada (chyba to jest ogólna tendencja Azji), ale wystarczająco blisko, że wystarczy wystawić głowę poza teren resortu i natrafi się na pierwsze restauracje, a 5 min spacerku daje dostęp do wszystkich udogodnień.

Domek jest jednoizbową konstrukcją, bez kuchni, z 4 łóżkami, małym biurkiem i zestawem wiatraków. Nie ma klimatyzacji i byliśmy przekonani, że będzie to spory problem, ale w sumie to nie był – w ciągu dnia nie zdążyło się nagrzać, by nie móc wytrzymać, zaś noce były chłodne – wszak to góry! Łazienka niestety pozostawiała wiele do życzenia – toaleta z prysznicem w jednym (bezkabinowym), do tego źle wypoziomowana podłoga, więc zamiast spływać do odpływu, woda stała po kątach. Taka trochę fujka. Do dyspozycji spory ganek, zaś otoczenie bardzo przyjemnie zarośnięte. Zaraz obok był strumień z małą huśtawką, więc w razie potrzeby było gdzie szukać ochłodzenia. Więc mimo wspomnianych niedogodnień, bardzo dobrze wspominamy to miejsce (czy już padło gdzieś we wpisie słowo „magiczne”?).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *