[043] O co koko?

Na chwilę wyjedziemy z Phuket. Można by rzec, że wystarczy tego odpoczynku (bo odpoczywaliśmy, całkiem sporo, chociaż poprzednie wpisy mogą tego nie sugerować), czas przywołać znów motto „nie śpimy, zwiedzamy” i zawołać „DAJCIE MI TU JAKIEŚ ŚWIĄTYNIE!”

Wat Bang Thong

Albo, jak ktoś woli prościej Wat Mahathat Wachiramongkol, to całkiem świeża świątynia, położona w obszarze Phang Nga, jakieś 120 km od centrum Phuket. Obszar został przeznaczony na świątynię już w 1940 roku, ale budowę rozpoczęto w 1997 roku. Należy wspomnieć, że świątynia jest w całości sfinansowana z pieniędzy darczyńców, z czego większość to po okoliczni mieszkańcy, Jak widać, priorytety społeczności są niezmienne, niezależnie od miejsca na globie.

Słoneczko świeci, należy zakryć głowy

Główny budynek (Chedi) skonstruowany został na wzór Maha Chedi Phutthakhaya w Gaya w Indiach – miejsca, gdzie Budda doznał Objawienia. Jego konstrukcja rozpoczęła się w 2002 roku i została dedykowana obecnemu królowi Ramy X w jego 50. urodziny. Mierzące ponad 95 metrów chedi zostało oficjalnie otwarte w 2018 roku (świeżynka!), zaś król przemianował ją z Wat Bang Thong (nazwa dawnej miejscowości) na właśnie Wat Mahathat Wachiramongkol.

Jak ktoś spojrzy sobie na mapę Tajlandii to zastanowi się pewnie „Co Wy tam robiliście?”, nie jest to ani przy dużych ośrodkach miejskich, ani w okolicach miejsc, w których przebywaliśmy, ale jest prawie po drodze do naszego nowego celu (dżungli!). Kiedyś naszym sposobem przemieszczania się było jak najszybsze dotarcie z punktu A do punktu B, ale przy dzieciach niekoniecznie sprawdza się ta taktyka. Nie straszne nam są już zatem przesiadki (zwłaszcza samolotowe, te wręcz bardzo lubimy, bo jest możliwość rozprostowania nóg – dla starszych –  i przebieżki/zrzucenie nadmiaru energii – dla młodszych) i robienie przerw podczas podróży samochodem. A jeśli ktoś bardziej dociekliwy zastanawia się jak się teleportować z wyspy autem, to wystarczy przejechać króciutkim mostem, Phuket bowiem ma połączenie drogowe z kontynentem.

Pojdechaliśmy tam i faktycznie – stoi taki wielki stożek po środku niczego. I robi wrażenie. Jest cały w złocie (ulubiony kolor wszelkich religii oraz Baltazara), ale dolna część ma również piękną, zieloną fasadę. Nie spotkaliśmy jeszcze takiego odcienia na żadnej z odwiedzanych przez nas świątyń i zgodnie uznaliśmy, że jest to bardzo elegancki i dobrze wybrany kolor.

Świątynia nie jest na szlaku typowych turystów, więc większość odwiedzających stanowią Tajowie, którzy przybyli tu na różne religijne obrzędy. Wydaje mi się, że to właśnie z powodu braku zbyt dużej ilości zagranicznych turystów (no, może poza chińczykami – oni są wszędzie), przestrzeń dawała wrażenie „oddechu”. Tutaj też po raz pierwszy mieliśmy okazję oglądać coś w stylu procesji z długą, złotą szarfą, którą obchodziło się cokół wewnątrz chedi, by zawiązać ją później niczym wielki szalik.

Co jest najfajniejsze przy zwiedzaniu świątyń? Oczywiście możliwość chodzenia bez butów, Aurora jest wielką fanką takiego rozwiązania i najchętniej przemierzałaby całą Tajlandię w samych skarpetkach. Z racji, że miejsce jest nowe to jeszcze się błyszczy i całkiem dobrze ślizga, do tego ma galerię dookoła, więc dla potworków jest to gotowy plac zabaw. No ale właśnie – toż to świątynia. Tajowie (ogólnie Azjaci) bardzo lubią dzieci, więc nasze im nie przeszkadzały, ale staramy się egzekwować podstawy zachowania szacunku, a tutaj dzieci szalały jak kurczaki bez głowy. Skończyło się na tym, że zabroniliśmy im wejść do wnętrza bo produkowały za dużo hałasu, co samo w sobie było karą, ale nie daliśmy się przebłagać mimo ich krokodylich łez.

Po wyjściu z głównego chedi, spojrzawszy na lewą stronę, dostrzec można kolejną świątynię w budowie, która ewidentnie będzie w przyszłości dedykowana smokom (czy tam innym jaszczurowatym, które tu się czci), a obecnie nasuwa skojarzenie azjatyckiego statku kosmicznego. Z boku zaś znaleźć można niewielki, sztuczny staw, w okól którego zrobiliśmy mały spacer.

Na prawo od wspomnianego chedi zobaczycie wielki posąg jakiegoś mnicha. Z wyglądu stary, że mózg się marszczy. W tamtym czasie nie za bardzo wiedzieliśmy na co patrzymy, ale teraz, po doczytaniu, okazuje się, że to jeden z najbardziej znanych mnichów w Tajlandii. Luang Pu Thuad siedzący na Królewskiej Kobrze – żyjący ponad 400 lat temu mnich, u schyłku okresu Ayutthaya’i (zapraszamy do przeczytania więcej we wpisie Ayutthaya – UNESCO w ruinie), znany był z czynionych cudów. Potrafił uchronić ludzi od różnych katastrof, a także odczyniać uroki znane jako „zły wzrok” (to chyba coś w stylu sycylijskiego uroku złego wzorku, od którego miało chronić ułożenie rąk w „diabła” – przeniesione później przez Ronniego Jamesa Dio do świata heavy metalu \m/ ). Noszenie jego podobizny ma chronić od różnych galimatiasów i niebezpieczeństw.

Nie ukrywając – dla nas wyglądał trochę śmiesznie – ale to taka klasyczna, europejska ignorancja.

Wat Rat Uppatham

Zaledwie 20 kilometrów dalej znaleźć można świątynię Wat Rat Uppatham, znaną także jako Wat Bang Riang. Jest to chyba najbardziej malowniczo położona świątynia, jakie przyszło nam odwiedzić. Nie dość, że jest to chedi położone na szczycie góry – co już samo w sobie daje niesamowite wrażenie, to jeszcze z tarasów widokowych można zobaczyć kilka ogromnych posągów.

Jeśli ktoś gra w scrabble i dopuszcza nazwy własne, to nazwa tego chedi powinna wam zagwarantować wygraną: Wszystkie dzieci powtarzają razem „Phutthathambanlue”.

Ścieżka prowadząca od parkingu do Phutthathambanlue ma na murkach-barierkach wijące się wężosmoki, co daje wrażenie, że wstępuje się do boskiego miejsca. Na szczycie, oprócz chedi znajduje się taras widokowy na okolicę. U podnóża zobaczyć można posąg bogini Guan Yin – bogini współczucia (Tajowie zwą ją Kuan Im). Nieco dalej dostrzec można złotego buddę, który wzorkiem obejmuje okolicę.

A okolica jest piękna – głownie zieleń, brak wielkich miast, rzadka zabudowa – można tu znaleźć miejsce na wyciszenie i medytację (jak się nie ma małych, uciekających dzieciaków, rzecz jasna).

Dzieci chwyciły aparaty w dłoń i chciały fotografować wężosmoka, buddów i inne świecące elementy. Ale to się skończyło jak weszliśmy do środka i tutaj dzieci już zachowywały się jak powinny: były spokojne, siedziały cichutko w jednym miejscu. No właśnie cichutko, bardzo cichutko… Coś tu zdecydowanie nie gra. Każdy kto ma dzieci wie, że TA cisza jest zdecydowanie bardziej niepokojąca niż największe krzyki. Okazało się, że modlący zostawiają monety przy różnych bóstwach a nasi je po prostu „znajdowali” i przygarniali by monetkom nie było smutno. Udało się ich na szczęście powstrzymać w odpowiednim momencie zanim mnisi nad przydybali, a modlitwy poszły w las.

Kukuryku?

No dobra, to skąd ten tytuł?

Wchodząc wężową ścieżką na Phutthathambanlue, po prawej dojrzeć można mały domek-ołtarzyk, którego wejścia strzegą dwa wielkie koguty. Po dokładniejszemu przyglądnięciu się, okazuje się, że to ołtarz koguci. Oprócz wspomnianych dwóch wielkich kogutów, znaleźć tam można całą gromadę kogutowatych – figurki każdego rozmiaru i w sporych ilościach. Swoista Kurza Straż (ave Rembrandt!).

Wat Rat Uppatham

Nie mogliśmy dłużej ignorować tej drobiowej kwestii na tajskiej ziemi która nam towarzyszy od początku wyprawy, musieliśmy to w końcu sprawdzić i dowiedzieć się O co koko? I oto mamy odpowiedź dlaczego można je znaleźć wszędzie w Syjamie.

Zacząć należy od buddyzmu, w którym to kogut symbolizuje pewność siebie, dobre szczęście i ochronę. Kogut znajduje się w centrum „koła życia”, reprezentując przywiązanie, pragnienie i przywiązanie. Wierzy się, że koguty pomagają w egzorcyzmach, dlatego, jak się zobaczy jakiegoś złego ducha, należy zapiać jak kogut!

Wat Rat Uppatham – sami swoi?

Z kolei w Ayuttahaya’i kogut ma szczególne znaczenie, ponieważ król Nareusan założył się o ziemię z księciem Birmy, zamiast prowadzić wojnę. Jego kogut wygrał i tym bardziej był (i jest) tam czczony.

Niektóre świątynie trzymają koguty na swoich posiadłościach, by te, swoim pianiem, odganiały złe duchy. A wszechobecną jest kwestia używania kogutów jako strażników przy wejściach do świątyń i umieszczania ich jako elementy dekoracyjne.

Może warto zastanowić się nad inwestycją na swoim podwórku?

Różowe jaja

Skoro jesteśmy już przy drobiowych sprawach, wspomnimy naszą małą kulinarną przygodę.

Robiąc zakupy zobaczyłem różowe jajka obok zwykłych. Pomyślałem, że to fajna sprawa, takie pomalowane, dzieci się ucieszą, jak będą mogły na śniadanie zjeść gotowane jajko z różowej skorupki.

Niewiele myśląc, zakupiłem 30 sztuk (dwa śniadania dla tej bandy) i na następny dzień wrzuciłem do wrzątku.

Zdjęcie przed i po

Dopiero uwaga Niebieskiej, że chyba są te jajka zepsute, spowodowało, że poświęciłem im trochę więcej uwagi.

Okazało się, że nie są zepsute. To znaczy, są, technicznie rzecz ujmując, ale jest to przypadek. Otóż różowe jajka, to tajska wersja chińskich „tysiącletnich jajek”, które to zakopuje się w wapnie i zostawia na jakiś czas, by sobie w ten sposób przemieniły.

Zawartość jest brązowa. W smaku… charakterystyczna. Raczej nie nadaje się na śniadanie, ale jest smakołykiem, który z ostrym sosem jest bardzo lubiana. Te, po gotowaniu, raczej się nie nadawały, my zaś nie byliśmy gotowi by nasze żołądki wystawić na taką próbę zaraz po przebudzeniu.

A Wy byście coś takiego zjedli?

Mniami!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *