[034] Niepoprawne politycznie wyznania

List do Mikołaja wysłany? Czyli zamówienie już w drodze, zatem można przez chwilę być niegrzecznym dzieckiem – prezenty pod choinką na pewno się znajdą.

Dlatego dzisiaj będziemy trochę niegrzeczni i najpewniej kogoś obrazimy, być może przekroczymy jakieś granice. No ale to jest nasz blog, a my jesteśmy na wyprawie międzynarodowej, zatem przekraczanie granic jest dla nas czymś naturalnym.

Zacznijmy jednak od UNESCO.

Jak się starzeć to z UNESCO

A przynajmniej tak twierdzi Niebieska i w ramach swojej imprezy urodzinowej zażyczyła wyjazdu do Malakki.

Nim jednak tam dotrzemy, to mamy kilka wskazówek JAK tam dotrzeć. Najoptymalniejszą opcją jest przejazd samochodem lub autobusem. Z racji, że nie wynajmowaliśmy samochodu w Malezji, została opcja numer dwa.

Jak mówimy, że wstajemy skoro świt to skoro świt

Żeby spędzić cały dzień na miejscu musieliśmy wstać skoro świt. Odjazd był o godzinie 8 ze znanego nam już dworca TBS, o którym wspominaliśmy w poście Malezyjski Miszmasz. Sam dworzec rzuca wyzwania na każdym kroku – swoją porcję narzekania już wyrzuciliśmy, ale na tym się nie kończy.

Zatem jak już przejechaliśmy windą z rurą do tańca go-go, ruszyliśmy do kas biletowych.

Wszystkiego najlepszego!

Ale bilety już mieliśmy, więc w jakim celu? Otóż potrzebowaliśmy uzyskać bilety z kodem QR. Tak, to taki sposób realizacji procesu cyfryzacji, który można by oczekiwać w rosji (celowo z małej), albo kiedyś w Polsce. Żeby było ciekawiej, powrotne bilety już miały kod QR i nie było potrzeby odwiedzania okienka.

#TravelTip: Każdy kto podróżuje po Azji musi zaznajomić się ze stroną  www.12go.asia Jest to największy serwis zajmujący się pośrednictwem wszelkich środków transportu w Azji. Nam służy głównie jako informacja, bowiem znajdują się tam rozkłady wszelkich przewoźników.

Samo pakowanie się do autobusu ma przebieg przybliżony do tego, czego można się spodziewać na lotnisku – dostęp do peronów jest ograniczony jedynie dla pasażerów (są bramki do zejścia piętra niższe do platform, przy których ktoś może, ale nie musi być – jak to było w naszym przypadku). Nici zatem z rzewnym żegnaniem się i machaniem chusteczką ze łzami w oczach, biegiem za odjeżdżającym autobusem z ukochaną w środku.

Dziołszka numer 1

Teraz przypuszczamy, że cała ta zabawa z uzyskaniem kodu QR wynika z faktu, że na dworcu nie wiedzą zawczasu, z którego peronu odjeżdża autobus, a dostęp do danego peronu definiowany właśnie jest przez ten kod QR. W kwestii powrotnych biletów – dworzec w Melacce miał jedną bramkę do wszystkich peronów (chociaż był też człowiek sprawdzający bilety przy danej bramce), więc sprawa nie wymagała takiej gimnastyki.

Z perspektywy kogoś, komu programowanie nie jest obce, sprawę można by było załatwić o wiele prościej i zmniejszyć poziom skomplikowania całego procesu. Ale może zrobione jest to celowo, by uzasadnić miejsca pracy dla ludzi?

Dziołszka numer 2

Zatem:

#TravelTip: sprawdź, czy Twój bilet ma kod QR, jeśli nie ma, to wybierz się na dworzec z odpowiednim zapasem czasu na stanie w kolejce do okienka. U nas samo wygenerowanie biletów trwało 30 minut (a do okienka podeszliśmy bez kolejki).

Trasa zamknęła się w planowanych dwóch godzinach, w klimatyzowanym autobusie. Jedyny minus to był kierowca który najpierw, jeszcze wyjeżdżając z miasta, oglądał sobie rollsy na Facebooku, a potem puszczał głośną muzykę. Więc My, jak na prawdziwych Polaków przystało: zamiast zwrócić mu uwagę, to napisaliśmy skargę do firmy transportowej. Dodać jednak należy, że kierowca nie mówił po angielsku, a i podpisaliśmy się swoim imieniem i nazwiskiem.

Malakka

Po malajsku Melaka (மலாக்கா மாநகரம், po naszemu ma różne pisownie spotykane w tej opowieści), to miasto położone dwie godziny drogi autobusem na południe od Kuala Lumpur. Malakka jest wpisana wraz z Georgetown na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Pytacie – całe miasto? Ale co jest tam wyjątkowego? To samo pytanie zadaliśmy sobie, gdy już trochę tam pospacerowaliśmy. Ale to jak z wizytą w muzeum (szczególnie sztuki współczesnej), gdy patrzysz na obraz „Czarny Kwadrat na białym tle” i zastanawiasz się, czy Malewicz był geniuszem marketingu, że sprzedał ten koncept? A wiedząc, że to pierwszy obraz sztuki niereprezentatywnej, zaczynasz patrzeć inaczej na „to co sam bym mógł namalować”.

I podobnie jest z Malakką.

Melaka jest to miasto pokolonialne – to znaczy założone było przez lokalnych sułtanów, ale później zjawili się Portugalczycy. Ha! Myśleliście, że hiszpańska Inkwizycja, ale nie tym razem! Po Portugalczykach przybyli Holendrzy, którzy rozbudowali Malakkę, zaś później pojawili się Brytyjczycy. Rzecz jasna to taki mocny skrót wszystkich atrakcji, które zafundowali Malezyjczykom Europejczycy, jeśli ktoś jest zainteresowany szczegółami (a trochę ich jest), to odsyłamy do cioci Wikipedii (angielskojęzycznej, niestety artykuł po Polsku jest krótszy niż ten wpis).

Ruszyliśmy do Malakki bez większego planu (owszem, Niebieska miała kilka punktów, które chciała zobaczyć), więc przejechaliśmy taksówką pod pierwszego kesza (geocaching), który był w centrum. Nie jest to pierwszy, ani ostatni raz, jak polecamy geocaching, jako formę przewodnika!

Stamtąd ruszyliśmy wzdłuż kanałem, który był bardzo urokliwy, chociaż widać było wyższy poziom wody i dużą ilość rzeczy płynących w dół strumienia (opady w wyżej położonych rejonach?). Jednak co przyciągnęło nasz wzrok to pływające gady. Ogromne warany (chyba), które sunęły majestatycznie i bezczelnie wyglądały jak dinozaury, przyciągnęły naszą i dzieci uwagę na długi czas. Dobrze, że brzeg był wysoko, bo jakby takie coś zaczęłoby iść z naprzeciwka – nikt nie szkolił nas na taką sytuację.

Patrz no szwagier jaka franca

Wróćmy na chwile do UNESCO – doczytaliśmy dlaczego też wylądowało to miasto na tej liście. Otóż jest to (obok Georgetown) unikalne miasto kolonialne z zachowanymi, oryginalnymi, kolonialnymi zabudowaniami – w tej części świata. Kiedy czytaliśmy długie, oficjalne uzasadnienie umieszczenia tego miasta na tej liście, to cofnęliśmy się trochę do czasu licealnych kiedy każdy musiał napisać wypracowanie na 2 strony, ale kompletnie nie miał pomysłu na treść więc musiał „lać wodę”. Generalna argumentacja została wyjaśniona wyjaśniona powyżej, jeśli chodzi o szczegóły – to nie ma potrzeby się wczytywać w oficjalne dokumenty, bo właśnie wyjaśniliśmy wszystko w pierwszej części tego akapitu (nie ma za co). Być może długo zajęło nam zorientowanie się, że patrzymy na coś wyjątkowego, bo w Europie takie zabudowanie jest powszechne, ale tutaj jest ewenementem.

Z interesujących miejsc, które odwiedziliśmy należy wymienić wielokolorowe zabudowania wzdłuż kanału, pozostałości po forcie, czy ruiny kościoła otwartą kryptą, w której pochowany niegdyś był Święty Franciszek Ksawery (taki święty, co to przyniósł słowa biblii do Japonii i okolic – chyba nie trzeba tłumaczyć jak te słowo było propagowane). A do tego replika w skali 1:1 portugalskiego statku z początku XIV wieku.

Naszą wyprawę zakończymy na kulinarnej wyprawie do miejscowej jadłodajnii, odeszliśmy od McDonalna na wystarczającą odległość, by turyści zachodzili tu rzadko. Miejsce nazywało się Asam pedal seleran kampug i byli tu sami lokalsi. Był to ogromny lokal, wyglądający bardzo schludnie i działający na zasadzie otwartego bufetu. Przy wyłożonych potrawach asystował nam pracownik, tłumacząc, które będzie dobre dla dzieci (nie ostre) i jak się je poszczególne rzeczy. I po raz kolejny popełniliśmy błąd zawierzenia Azjatom i ich koncepcji jedzenia niepikantnego. Zatem z całego jedzenia, które zamówiliśmy (a które jeść się powinno rękami – również ryż – co pokazywali pozostali klienci przybytku), Tamara zjadała ryż z arbuzem, zaś starszym dzieciom do tego doszło kawałki ryby (które Niebieska wygrzebała – domawialiśmy dwa razy – oraz kurczak ze zjedzoną przez tatę pikantną panierką). Dla nas zaś było ciekawe spróbować malutkich małży w pikantnym sosie (nie polecamy – pikantność zabija odczuwanie smaków) i nieziemskich ryb zrobionych wprost idealnie. Jubilatka, która miała pierwszeństwo wyboru restauracji była bardzo zadowolona z ryby, dzieci też się w niej rozsmakowały, więc nie można tej kulinarnej przygody spisać na straty.

W planach mieliśmy jeszcze morze. Pomyślałby kto, że mamy go już w nadmiarze, ale im dłużej razem obcujemy, tym bardziej się przekonujemy, że za każdym razem jest inne i wyjątkowe. Takim smaczkiem na plaży jest tzw. Pływający meczet (Masjid Selak Melaka), który wdziera się w przestrzeń wody. Niestety, odległość była większa niż nam się wydawało, a droga dojścia do plaży była bardzo naokoło, więc musieliśmy porzucić te plany.

Wróciliśmy do Kuala Lumpur tego samego dnia i to chyba wystarczy – Malakka to miejsce, na które wystarczy jeden dzień.

Muzułmańska brać nie daje nam spać

Jeśli ktoś jest nadwrażliwy w tematach religijnych, sugerujemy opuścić ten rozdział.

Podczas naszego pobytu w KL, cierpieliśmy na rodzinną bezsenność. I to zsynchronizowaną. Nie zajęło nam dużo czasu, by znaleźć źródło naszych problemów – człowiek, który mógłby powiedzieć, że „uczciwej pracy nie Imam”. Pianie kogutów nie jest tak regularne jak jego śpiewy i dywagacje o świcie (normalnie jakby chciał chciał odczarować strzygę).

Pływanie z widokami i akompaniamentem

W Islamie modlitwa odbywa się 5 razy dziennie i czas jej trwania zależy od prowadzącego. Podczas wybierania noclegów kierowaliśmy się ceną, jakością i dodatkowymi usługami. Przez myśl wówczas nam nie przeszło sięgnąć dalej okiem i popatrzeć poza to, co widać na zdjęciach. A mianowicie – nasz apartamentowiec dosłownie przylegał do meczetu. Meczetu z najlepszym możliwym nagłośnieniem, które było dodatkowo wzmocnione, aby być głośniejszy niż samochody jeżdżące po dwóch okalających go autostradach.

Każdego dnia (i nocy) słuchaliśmy jak za oknem, z przybytku z księżycem, wydobywa się śpiew, który można tylko porównać do śpiewu wujka na weselu (końcówka). Co gorsze, na samym śpiewie się nie kończy. Wyobraźcie sobie tego samego wujka, który dopadł mikrofonu (orkiestra już dawno się zmyła) i zaczyna dawać rady młodej parze, opowiadać o swoim życiu przysypiając w międzyczasie. Nie przesadzamy – tak to brzmiało – mamrotanie pod nosem, przerwy na pięciominutową drzemkę, śpiewy, gdy się zapomniało lub nie znało tekstu (łakamafon) i to wszystko o 4 nad ranem, niejednokrotnie przez godzinę. Zauważyliśmy za to zależność, że jeśli poprzedniego dnia o 21 przemowa i śpiew trwały więcej jak pół godziny, to poranne pianie ograniczało się do kwadransa.

Przypominamy, że piszą to osoby, które od ładnych kilku lat mają niedobory i brak ciągłości snu, zatem każda skradziona minuta boli na dwójnasób.

Powyższy tekst jest oczywiście z przymrużeniem oka, ale rada jest złota: Sprawdźcie jak się ma wynajmowane miejsce względem meczetów.

Nasze rozważania nad naturą życia w kraju intensywniej muzułmańskim nie ograniczały się jedynie do niespełnionych piosenkarzy.

Rozważaliśmy również prawa fizyki i BHP. A dokładniej – skoro na basenach sugeruje się stroje kąpielowe przylegające do ciała (ze względów bezpieczeństwa), to jak skonstruowane są stroje kąpielowe typu „burka na całe ciało” – skoro muszą być luźne? Nie utrudnia to pływania? Niebieska miała naprawdę spore obawy wyjścia na basen, co prawda wszystko to było prywatne i zamknięte, ale widzieliśmy samych wyznawców islamu pluskających się w wodzie więc nie wiedziała jak zareagują na zwykły strój kąpielowy (nie bikini, ale zakrywająca brzuch góra i shorty zamiast majtek). Szczęśliwie stres okazał się niepotrzebny. Absolutnie nikt nie zwracał na nas uwagi, nikomu nie przeszkadzały „kuse” jak na ich standardy stroje, każdy sobie odpoczywał na własną rękę i po kilku dniach nawet zaczęliśmy machać głową na powitanie do innych rodzin, które w podobnych do nas godzinach przebywały na basenie.

Kolejną obawą była kwestia podchodzenia do karmienia piersią, w końcu to jest inny rodzaj obnażania się, ale i tu niepotrzebnie wyolbrzymialiśmy tę kwestię. Co prawda Niebieska nie machała gołą piersią na lewo i prawo ale i nie zasłanialiśmy malutkiej twarzy podczas karmienia. Nie szukaliśmy również specjalnie ustronnych miejsc, kiedy potrzebowała (a przy tamtejszych temperaturach potrzeby są duże) to jadła, nikt się czepiał, nie gapił, nikomu nie przeszkadzało, czuliśmy się w 100 % komfortowo.

Została nam jeszcze kwestia obserwacji toalet. W Chinach wszechobecne były dziury w ziemi, Tajlandia ma standardy europejskie i myśleliśmy, że to tyle jeśli chodzi o zaskoczenia łazienkowe ale i tutaj religia wpłynęła na wygląd/zaopatrzenie/wykorzystywanie toalet. Muzułmanie nie używają papieru toaletowego i dlatego zasadniczo nigdzie go nie ma na wyposażeniu łazienek. Do wycierania używają lewej ręki, jest ona uważana za nieczystą i z tego też powodu nie wolno się nią witać. Wraz z rozwojem standaryzacji higieny rozwiązali ten problem umieszczając szlaufy w łazienkach. O ile wcześniej widzieliśmy je w Tajlandii, o tyle zaskoczyła nas skala ich użycia. Szlauf nie brzmi dobrze, ale to jest genialny wynalazek!* Ciśnienie jest bardzo duże, można się podmyć lepiej niż w bidecie, bo nie potrzeba używać ręki. Jedynym „zarzutem” jest fakt, że publiczne toalety (ta w hotelu zresztą też) dosłownie pływają w wodzie. Wygląda to w takich sposób jakby każdy przemywał całą toaletę, łącznie ze ścianami, sedese i sufitem całej kabiny podczas podmywania się.

Jak to się mówi – co kraj to obyczaj.

*Już nawet zdecydowaliśmy, że w naszym przyszłym domu sobie taki bajer zamontujemy (póki co możemy siebie traktować jako bezdomnych albo wszędziedomnych; można też powiedzieć po prostu „kosmopolita”).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *