„Nie śpimy, zwiedzamy!” – aż dziw, że taka dewiza nie widnieje na naszej głównej stronie. Bez wątpienia jest dewizą, która nam niejednokrotnie przyświecała podczas tej wyprawy i tym razem będzie nie inaczej.
Ogrody u wybrzeża
Albo Gardens by the Bay – bo tak brzmi ich nazwa po angielsku i w tym też języku porozumiewają się singapurczycy.
Ogrody te zostały otwarte w 2012 roku i stworzono z myślą by zmienić „miejski ogród” na „miasto w ogrodzie” – zgodnie z planem urbanistycznym zwiększenia ilości terenów zielonych w mieście.

Szybko stało się głównym miejscem spotkań, a zarazem ogromną atrakcją turystyczną. Obecnie na TripAdvisorze zajmuje 8. miejsce na świecie pośród atrakcji turystycznych (podium składa się z Empire State Building, Wieży Eiffle i Domu Anny Frank (serio?)), a jednocześnie ma pierwszą pozycję w Azji. Tak, dobrze czytacie – nie Wielki Mur, nie Taj Mahal – a jakieś tam ogrody w Singapurze.
Zaintrygowani? No to zapraszamy na 105 hektarów zielonej przestrzeni w centrum Wrót Azji.

Pierwszy raz zobaczyliśmy je jeszcze tego samego dnia, którego przylecieliśmy. Przypominamy, że życie w Singapurze przypomina patrzenie na wskaźnik całkowitej ceny na dystrybutorze paliwa – już przy połowie baku masz ochotę chwycić się za głowę i rwać włosy. Dlatego nie traciliśmy ani chwile cennego czasu który tam mieliśmy i ruszyliśmy zaraz po porzuceniu bagaży w hostelu.
Garden Rhapsody
Ruszyliśmy, by zdążyć przed zmrokiem, ponieważ wieczorem odbywa się pokaz świetlny.
Rzecz jasna, ja (Adam), nie miałem pojęcia gdzie się wybieramy i dlaczego. Ale taka jest dynamika naszego wypadu – Niebieska planuje – reszta realizuje (mi to bardzo odpowiada). Dlatego, gdy dotarliśmy przed Marina Bay Sands* z wybrzeżem wypełnionym różnymi architektonicznymi dziwami, byłem przekonany, że to już tutaj i że nie ma się co śpieszyć. Ale Niebieska, na szczęście, wiedziała lepiej, więc ciągnęliśmy wspólnymi siłami wyczerpane dzieciaki dalej, byleby zdążyć na czas.
Znaleźliśmy przejście pod ruchliwą ulicą i dotarliśmy do ogrodów, przeszliśmy przez Most Ważki (po angielsku ta nazwa brzmi lepiej – Dragonfly Bridge) – i wtedy do mnie doszło, że nie wiem nic.

Light Show (pokaz świetlny) zaczął się, gdy zbliżaliśmy się do wielkich, stalowych drzew – muzyka klasyczna zaczęła wybrzmiewać z głośników. Na pół biegu udało nam się dobiec do podstawy tych drzew i położyć się na chodniku, by z tej perspektywy podziwiać pokaz.

A było co podziwiać. Superdrzewa (taki potencjał do nazwania zmarnowany) mierzą od 25 do 50 metrów wysokości i mają ogrom punktów świetlnych wzdłuż pnia jak i na całej koronie. Zsynchronizowane z muzyką klasyczną tworzą nieziemski klimat, a sama muzyka odtwarzana jest z niebywałą jakością (wybaczcie, ale można skończyć akustykę, jednocześnie nie kończyć z akustyką), więc przyjemność jest wzmocniona. Baltazar powoli przechodzi na klasyczną stronę muzyki i również docenił wybór muzyczny, chociaż było dla niego trochę za głośno. Tamara za to miała oczy jak szklanki, oglądała pokaz z otwartą buźką. Pozostałe dwie sztuki chciały już zostać w pozycji leżącej, muzyka im nawet za bardzo nie przeszkadzała.
Garden Rhapsody odbywa się dwa razy w ciągu doby – o 19:45 i 20:45, więc jeśli ktoś z was będzie miał możliwość, to wybierzcie się dwukrotnie – by podziwiać z poziomu gruntu, jak i będąc na ścieżce pomiędzy tymi superdrzewami (gdyż istnieje taka możliwość, ale jest to przyjemność biletowana i zależna od pogody!).
*jedna z wizytówek Singapuru, jest to hotel składający się z trzech budynków połączonych u góry wspólnym dachem który ma przywodzić na myśl swoją konstrukcją statek







Flower Dome
Następnego dnia wróciliśmy do Gardens by the Bay. Tym razem naszym celem była północna część ogrodów – by odwiedzić między innymi Flower Dome – czyli największą na świecie szklarnię.
Kopuła obejmująca 1.2 hektara ogrodów, w której utrzymywany jest klimat śródziemnomorski, jest niewątpliwie drogą imprezą. Ale również jest tego warta – różnorodność prezentowanej fauny robi ogromne wrażenie. Dość powiedzieć, że gdy daliśmy Baltazarowi telefon, by zrobił zdjęcia interesujących go obiektów, nastukał ponad 250 fotek w 15 minut (to by było na tyle z miejsca na iCloud).

Ale nie tylko on intensywnie fotografował i podziwiał to miejsce. Ogromne kaktusy, przeróżne baobaby, kilkudziesięciometrowe drzewa oliwne, to tylko mały ułamek tego, co ta przestrzeń prezentowała.
A na samej florze się nie skończyło. Począwszy od rzeźb z drewna, a może bardziej dużej ilości kawałków drewna, które wspólnie tworzą przeróżne kształty, aż po czasowe wystawy. Z racji okresu świątecznego centralną przestrzeń zajmowały rośliny i konstrukcje poświęcone temu – jakże obco brzmiącego w egzotycznych warunkach – zimowemu świętu.

Ale to, co spowodowało, że Niebieska zaczęła podskakiwać, to budynek poświęcony Claude’owi Monetowi. Wejście do niego odbywało się przez fasadę stworzoną na podobieństwo domu Moneta w Giverny. A w środku wystawy inspirowane jego obrazami prezentujące roślinność. Ogrody Moneta – tak można by nazwać tę wystawę. A to, co można było tam zobaczyć, przedstawiamy w galerii poniżej. Dla Blu była to sama przyjemność pełnić rolę przewodnika (w końcu każdy lubi impresjonistów), a jak na koniec zwiedzania Baltazar stwierdził, że „Claude Monet to najlepszy malarz na świecie” to duma nas rozpierała.







Cloud Forest
#TravelTrip Weźcie ze sobą coś ciepłego do ubrania, by nie zmarznąć w tym tropikalnym kraju. Nie żartujemy!

A przynajmniej na 0.8 ha jego powierzchni skrytej pod szklaną kopułą. Tak się i nam zdarzyło, że po i tak chłodnym Flower Dome (do którego dotarliśmy lekko przemoczeni ulewą, która nas złapała), wybraliśmy się do wspomnianego Lasu w Chmurach i mocno się zdziwiliśmy warunkami tam panującymi.
Klimat panujący wewnątrz miał odwzorowywać ten, który można doświadczyć w południowo-wschodnich azjatyckich górach na wysokości pomiędzy 1000-3000 m n.p.m. I chyba im to się udało, bo zimno nam było niemiłosiernie.
O klimacie już wiemy, ale co tam można zobaczyć?

A choćby wodospad wysoki na 50 metrów (najwyższy zadaszony na świecie), a także ścieżkę, która wijąc się dookoła i pod wodospadem daje wrażenie spaceru w chmurach (czyżby z tego wynikał wybór nazwy?). Do tego całą gamę roślinności występującej we wspomnianym wcześniej obszarze i do tego małą przestrzeń, gdzie jest interaktywna gra polegająca na skakaniu z miejsca na miejsce po punktach wyświetlanych na podłodze. Tak, tam dzieci wrzuciliśmy na pół godziny, by mogły się wyżyć (Baltazar wyszedł bardziej mokry, niż po ulewie, której uciekliśmy).
Po Flower Dome, Cloud Forest nie zrobił na nas aż takiego efektu, ale wciąż uważamy, że warto się tam wybrać, gdy już się człowiek wybrał do Singapuru. Szczególnie, że łączone bilety są tańsze, ale obowiązują tylko na ten sam dzień.
#TravelTip Nie rozdzielajcie się jeśli jesteście grupą! Wraz z Aurorą wybrałyśmy się na poszukiwanie toalety, zjechałyśmy poziom niżej do łazienki i z niej już nie było powrotu, dosłownie! Trzeba było przejść ścieżkę jednostronną, która nas doprowadziła 4 piętra w dół. W ostatniej chwili udało się nam znaleźć windę która nas doprowadziła z powrotem na górę.




Ogród dziecięcy
Zaraz obok wspomnianych wcześniej atrakcji znaleźć można przestrzeń dla dzieci. Tutaj ważna informacja – nie wejdziesz bez dziecka, więc polecamy sobie jakieś wynająć, czy coś.
Jednym ze sposobów podróżowania z małymi dziećmi jest kierowanie się ku placom zabaw (tudzież ich unikanie). I bardzo często jest to niezawodne remedium na chorobę niedziałających nóżek.
Naszym planem było zaglądnięcie tam zaraz po odwiedzonych szklanych kopułach, jednak przy niekorzystnej pogodzie, obszar ten jest nieczynny. I tak znaleźliśmy się trzeci raz w Gardens by the Bay.

A czy warto się tam wybrać? Rzecz jasna, odpowiedź brzmi: tak. Dla dzieci udostępniony jest spory obszar, gdzie ciągle leje się woda, więc przy panujących w Singapurze upałach, jest wysoce pożądaną możliwość wbiegnięcia w strumień wody.
Zaraz obok jest domek (albo raczej apartamentowiec) na drzewie ze zjeżdżalniami, miejscami do wspinaczki, skakania i czego tam jeszcze młody organizm potrzebuje do wyszalenia się. A jeśli ktoś zgłodnieje, to przylega do tego obszaru mała restauracja serwująca potrawy z myślą o dzieciach (nie skorzystaliśmy, ale warto mieć to na uwadze, gdyż nikt w Azji nie rozumie, że „Not spicy” nie oznacza lekko pikantnego, by szczypało końcówkę języka).


Reszta atrakcji
To nie wszystko, co te tereny oferują zwiedzającym. My poświęciliśmy trzy dni na kręcenie się po okolicy i mimo to nie widzieliśmy wszystkiego. Wystarczy wspomnieć o darmowym, zadaszonym ogrodzie Floral Fantasty, gdzie odbywają się czasowe wystawy z kwiatów (obecnie zbudowane są postacie z bajek Disneya), restaurację z motywem Parku Jurajskiego czy pozostałe dwa skupiska z superdrzewami (skupisk jest łącznie 3), czyli Silver Garden i Golden Garden.
W naszej opinii Gardens by the Bay zasługują na zdecydowanie wyższe miejsce na liście światowych atrakcji i te trzy dni, które je eksplorowaliśmy to dalej za mało.









Dodaj komentarz