[024] Mniszek lekarski

Kim jest mnich buddyjski? Jakie są jego obowiązki? Czy zna wszystkie sztuki walki? Czy zniesie wszystkie obelgi tego świata z uśmiechniętą miną? I jaki właściwie ma status w Tajlandii?

Na te i różne inne pytania nie będziemy w stanie odpowiadać, ponieważ jedyne, co mamy to domysły. Ale domysłami lubimy się dzielić.

Wat Saket – Złota Góra

A dokładniej Wat Saket Ratchawora Mahawihan (วัดสระเกศราชวรมหาวิหาร), to świątynia położona w Bangkoku, której nazwa tłumaczy się jako „mycie włosów” – mów się, że król Rama I wracając z wojny postanowił się w tym miejscu wyczyścić i umyć włosy (jak widać częste mycie włosów musiało być anomalią).

W końcu małpa, co nos zatyka

Kilka Ramów później, król Rama III postanowił zbudować w tym miejscu chedi (taka spiczasta konstrukcja, jak wspomniana we wpisie Miasto Popcorn), jednak outsourcingował pracę (najpewniej do Indii) i konstrukcja się zawaliła (nie sprawdzili gleby). Powstała całkiem spora góra gruzu i ludzie zaczęli to miejsce nazywać górą. Jego syn Rama IV postanowił na szczycie postawić małe chedi, zaś syn Ramy IV, Rama V dorzucił warstwę złota, sankcjonując to miejsce jako świątynię. Później sprowadzili ze Sri Lanki relikt Buddy, zaś w 1940 góra została obmurowana, by zapobiec jej dalszej erozji.

Bożyszcze, obiekt uwielbienia. Obok posąg Buddy.

Mamy więc zasadniczo coś jak kopiec Kościuszki, tylko zabetonowane ze złotym czubeczkiem. Ale jest faktycznie wysoki (340 schodków) i roztacza się z góry świetny widok na Bangkok. By umilić wchodzenie, wzdłuż schodów pozawieszane są większe i mniejsze dzwony, więc można z radością uszkodzić sobie słuch i umilić wspinaczkę. Dorzućmy do tego gong o średnicy 4 metrów i mamy pełnię zabawy.

Czy wszystkimi zadzwoniliśmy?
Niech płonie…

Na szczycie znajdziemy kilka, większych i mniejszych, posążków Buddy (a jest to pierwsze miejsce, gdzie kazali nam nie ściągać butów z nóg), można nawet zakupić przygotowaną paczkę dla mnichów i złożyć ją w ofierze. Nie wspomnieliśmy o tym, ale sporo ich się tam kręci – główne zdjęcie z tego wpisu pokazuje ichniejsze akademiki, które położone są u podnóża świątyni.

W takiej paczce znajduje się przede wszystkim ich oranżowa szata (bardzo kusi, by sobie taką jedną zakupić), oraz jakiś zestaw arbitralnie dobranych potrzebnych rzeczy (klapeczki, kremy, maszynki do golenia – zgaduję, że głowy i inne rzeczy sugerujące życie od zera).

Mnisi, gdy wydaje mi się, że wymyśliłem śmieszny podpis pod zdjęciem

Schodząc z góry można skręcić na rozwidleniu by poznać inną twarz i istotny fragment historii tej świątyni.

Trafimy na wystawę zatytułowaną „Sępy Wat Saket”.

Jest to podsumowanie historii związanej z epidemiami cholery, które nawiedzały Bangkok każdej pory suchej począwszy od czasów Ramy II aż do 1881 roku, kiedy to nastąpił ostatni epizod tej epidemii.

Szacuje się, że zginęło ponad 30 tysięcy ludzi. Jak wiadomo, choroba, która zabrała nam Adama Mickiewicza (aczkolwiek w Stambule, nie w Bangkoku), przenoszona jest przez zanieczyszczoną ekskrementami wodę pitną, więc nie można się dziwić, że w XVIII i XIX wieku te problemy się pojawiały. Tutaj jednak należy wspomnieć, że ówczesne wierzenia zabraniały kremowania ludzi wewnątrz murów miasta (co, o ironio, mogłoby przyczynić się do niepomyślności miastu), a Wat Saket było wtedy poza obrębem murów miasta i z racji bliskości tychże, zostało wybrane jako miejsce kremacji i składowania zmarłych. Jednak, gdy tempo jest rzędu setek zmarłych dziennie, a pojemności kremacyjne nie dościgały tych hitlerowskich, to zmarłych trzymano również na otwartym powietrzu. Przyciągało to padlinożerców – sępy w ilościach masowych. Ich krzyki i walki o padlinę nadało raczej nieprzyjemny nastrój okolicy, na długo po tym, jak sępy już nie miały czego tutaj szukać.

A teraz cytat z tablicy przy poświęconej temu epizodowi wystawce:

„Piętrząca się góra zwłok przyciągnęła sławnych Medytujących Mnichów oraz notabla Somdej Phra Phutthachan, którzy przbyli by tu kontemplować nad kruchością ludzkiej egzystencji”. No dzięki za pomoc, szczególnie nieoceniona, gdy w epidemii z 1881 ginęły setki ludzi dziennie.

Mnisi

Stąd też pytanie – czy zastanawianie się nad kruchością ludzkiej egzystencji jest jedynym czego można się spodziewać po mnichach?

Spotykamy ich na swojej drodze sporo – nie tylko mnichów, ale i mniszki (polski język jest rozczulająco uprzejmy, jeśli chodzi o odmianę przez przypadki i osoby). Sprawiają wrażenie osób uśmiechniętych, spokojnych i życzliwych. Z uśmiechem na ustach pomagają zorientować się w buddyjskich rytuałach i zachwycają się naszą czwórką pociech (spróbowali by się nie zachwycać).

Są też niezwykle uprzywilejowaną grupą społeczną. A przynajmniej w takich codziennych sprawach – wymieniani są jako osoby, którym należy ustąpić miejsca w komunikacji publicznej obok starców, niepełnosprawnych, kobiet w ciąży, czy dzieci (i to chyba w takiej kolejności priorytetów, ale to może być jedynie nasze wyobrażenie). Mają swoje osobne toalety, wygodne kanapy na lotniskach otoczone wieńcami kwiatów czy pierwszeństwo obsługi w sklepie (chociaż na to nie mamy zdjęcia na dowód). Jednocześnie żyją z tego, co inni im oferują – dając w zamian błogosławieństwo i oferując modlitwę.

Kim zatem jest więc mnich? Może jest to trzecia płeć, jak sugerują tajskie koleje, gdzie przy zakupie biletów należy wskazać płeć i opcji jest trzy.

Identyfikuję się jako łóżko. Moje zaimki to Spać, Śnić i Jeszcze5minut

Bo sztuczna inteligencja nie zna istoty mnicha, ba! Nie potrafi rozróżnić mnicha od mniszka lekarskiego, więc tutaj pomocy nie znajdziemy.

Może ktoś z Was może coś więcej na ten temat powiedzieć?

Tak sztuczna inteligencja rozumie Mniszek Lekarski. Inteligencja? Na pewno?

Dom Jima Thompsona

Jim Thompson, był to Amerykanin, który nie załapał się na drugą wojnę światową, ale zaraz po niej został wysłany, by stacjonować w Bangkoku. Zakochał się w Tajlandii i postanowił, że już tutaj pozostanie. Założył firmę zajmującą się wytwarzaniem oraz obróbką jedwabiu, a serce poświęcił kolekcjonowaniu sztuki i pamięci o lokalnych tradycjach. Stworzył sporą kolekcję z krajów ościennych i samej Tajlandii. Postanowił, z racji, że tu już pozostanie, zbudować sobie dom. Ale nie taki zwyczajny – kilka budynków, ponad dwustuletnich ściągnął z dawnej stolicy – Ayudhyi, do tego wybudował domy na podwyższeniu, co miało nawiązywać do tradycyjnego budownictwa przewidującego powodzie. Do budowy wykorzystywał drewno tekowe, zaś belki opalał w Ayudhyi, czego się już od jakiegoś czasu nie robiło.

Innymi słowy – chciał zachować jak najwięcej tradycji budowlanych z tych rejonów.

I przechadzając się pomiędzy tymi czerwonymi budynkami dokładnie to widać. Główne belki nośne sa nachylone pod kątem, dzięki czemu wzmacnia się całą konstrukcję, jednocześnie konsekwencją są nachylone ściany, czy trapezowate drzwi i okna. Całość przywodzi na myśl tajską wersję Nory z Harrego Potttera (taki krzywy dom, dla niewtajemniczonych).

Ściany to ze szwagrem w weekend postawiliśmy

Jim Thompson zaginął w Malezji w 1967 roku podczas wyprawy po kolejne eksponaty – nie wiadomo co się z nim stało, zaś dom przejęła fundacja jego imienia i funkcjonuje teraz jako muzeum.

#TravelTip Na miejsce proponujemy dostać się taksówką kanałową – taką motorówką, co to zasuwa kanałami, zaś po zwiedzaniu muzeum oferuje darmową podwózkę wózkiem golfowym do stacji metra.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *