Jest rok 2567. Technologia wyskoczyła na przód: coraz więcej pojazdów elektrycznych pojawia się w otoczeniu, w urządzeniu nie większym niż dłoń znajdziesz całą wiedzę ludzkości. Medycyna zapobiega coraz to większej ilości chorób – nie straszna już jest czarna zaraza, katar jelit, dychawica, lumbago czy zimnica. Potrafimy przeprowadzać operacje serca na nienarodzonych dzieciach, pierwsze próby połączenia mózgu z komputerem przynoszą sukcesy, lada dzień wyślemy człowieka na Marsa…

Momencik, coś tutaj się nie zgadza…
Pamiętacie, jak wspomnieliśmy, że 92% społeczeństwa wyznaje buddyzm? Dlaczego więc mieliby brać urodziny jakiegoś ziomka z Afryki północnej za punkt odniesienia?
Zatem za rok zerowy uważa się rok narodzenia Buddy. W prawdzie w kontekście administracyjnym stosuje się kalendarz gregoriański, jednak w kwestiach religijnych i tradycyjnych kalendarz buddyjski jest ciągle w użyciu. Musicie sobie wyobrazić nasze zdziwienie, gdy widzieliśmy plakaty z wydarzeniami zaplanowanymi na 543 lata do przodu…
Świątynia Szmaragdowego Buddy
Wat Phra Kaeo (วัดพระแก้ว) jest to najważniejsza świątynia Tajlandii, znajduje się na terenie Pałacu Królewskiego – wielkiego kompleksu w centrum Bangkoku. Konstrukcja zaczęła się za czasu Ramy I w roku 2326 Anno Buddini.

Zacznijmy od tego, żeby się tam dostać, trzeba przebyć szereg prób i wyzwań.
Po pierwsze – stacja metra jest przynajmniej dwa kilometry od celu, więc jeśli chcemy mieć dzieci chętne do ruszania nóżkami na terenie pałacu – musieliśmy zorganizować transport. I tak też się stało – złapaliśmy tuktuka!

Pytacie – czy ktoś widział tuktuka, jak wygląda tuktuk? Jest to pojazd trójkołowy, w teorii 3 osobowy, w praktyce ma pojemność przeciętnego malucha – tyle ile się wciśnie, tyle przejedzie. Zasilany jest gazem i podczas działania wydaje dźwięk, który jest wręcz definicją słowa turkoczący (może stąd nazwa?). Udało nam się wcisnąć (razem z wózkiem) do jednego i, za zdecydowanie ceny dla turystów, dostaliśmy się bliżej.
Drugim wyzwaniem są temperatury – słońce daje bezlitośnie, zaś godziny otwarcia kompleksu (do 15:30) nie pozwalają przybyć na miejsce, gdy słońce już odpuści. Dlatego też nabyliśmy nakrycia głowy przy wyzwaniu numer 3:

Obwoźni sprzedawcy. Jest ich więcej jak dużo i sprzedają ubrania. Tak, do świątyni należy wchodzić odzianym skromnie, aczkolwiek mieliśmy swoje patenty, które chcieliśmy wypróbować (przepaska z kocyka dziecięcego dla Niebieskiej i totalna ignorancja dla Adama). W każdym razie, byliśmy celem i szybko zostaliśmy otoczeni ludźmi, którzy próbowali nam sprzedać słoniowe spodnie i koszule. Dzień wcześniej wypożyczyliśmy strój na miejscu, więc nie chcąc kupować bez potrzeby niczego, ładnie się uśmiechnęliśmy, podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. Szybko się wróciliśmy po kapelusze, ale potem naprawdę poszliśmy dalej.

Kolejnym wyzwaniem było przejście do wejścia na teren pałacu – droga, która idzie wzdłuż ściany z wejściem jest zamknięta, ale nie można było przez nią przejść – należało skorzystać z przejścia podziemnego, które okazało się wielką halą, niemalże poczekalnią na metro, które nie istnieje. Przynajmniej było klimatyzowane i miało toaletę – tyle wygrać. Miało też dużo schodów i żadnej działającej windy – tyle przegrać.
Gdy w końcu dotarliśmy do wejścia, potwierdziły się przewidywania jeśli chodzi o odzienek – musieliśmy sobie dokupić po parze spodni. Co ciekawe cena wcale nie była wyższa, niż oferowana przez obwoźnych sprzedawców (300 bathów), a do tego była przebieralnia, więc mimo nie wspierania lokalnych przedsiębiorców, nie wyszliśmy na tym tak źle.

Teren pałacu jest naprawdę spory. Świątynia i otaczające ją budynki zajmują jedynie ósmą część powierzchni, a jednocześnie są miejscem skupienia 90% odwiedzających.

Teren zapełniony konstrukcjami, które charakteryzują się typową pełnią szczegółów i zdobień. Jednocześnie trzeba przyznać, że dobór kolorystyczny jest świetny – tutaj niemal pastelowy niebieski, tam połączenie granatu z pomarańczą, a wszystko bardzo spójne.

Sam Szmaragdowy Budda znajduje się w głównej świątyni na tym terenie. Jest całkiem mały (66 cm) i posadzony raczej wyżej, więc nie ma możliwości przyglądnięcia mu się zbyt dokładnie. Ale z ciekawych rzeczy jest fakt, że trzy razy w roku, na lato, porę deszczową i zimę, król zmienia mu ubranko (każde jedno w złocie, na bogato!).

Tak, król Rama X, korowany w 2562 roku, absolwent Królewskiej szkoły wojskowej w Australii, oficer tajskiej armii i najbogatszy monarcha na świecie (majątek 30 miliardów dolarów), w ramach swoich obowiązków ma zmienianie lalce odzienia (jeśli kogoś obraziłem, to nie było to moją intencją i jest mi z tego powodu bardzo przykro). Swoją drogą, król woli mieszkać za granicą (w Niemczech) niż w Tajlandii – spędza za granicą większość roku i, powodując niemałe kontrowersje, podejmuje ważne decyzje będąc na obczyźnie. Obecnie ma czwartą żonę, ale ma taki brzydki zwyczaj, że nie śpieszy się z rozwodem z poprzednią. Póki co syn trzeciej żony jest kandydatem na następcę, ale z czwartą nie ma jeszcze męskiego potomka. Cóż, kto królowi zabroni? Materiał na spin-off Gry o Tron sam się tworzy…
Wizerunki króla są wszędzie – coś jak Papież (TEN Papież) w Polsce, więc nie omieszkaliśmy i uwieczniliśmy nasze twarze w jego towarzystwie.










Dodaj komentarz