[019] Trzecia stolica

Chyba jesteśmy zbieraczami. Albo przynajmniej jakąś formą kolekcjonerów: zbieramy kesze (patrz: Zamknięte metro w celu usprawnienia komunikacji), zbieramy magnesy na lodówkę (chociaż ostatnim czasie, z powodu braku lodówki i nadmiaru małych rączek rozwalających te magnesy, tempo spadło), czy też, najwyraźniej, kolekcjonujemy wizyty z miejsc i obiektów na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

I tak się stało, że z decyzją, czy dany element powinien się na nim znaleźć, czy też nie (bądź dlaczego na niej nie jest) czasem się nie zgadzamy.

Jednak przy tym obiekcie nie mieliśmy wątpliwości. Miejsce, które szarpnęło właśnie tę strunę w duszy, zagrało na organach uczuciowości i sprawiło, że musieliśmy się zatrzymać i pomyśleć nad życiem, wszechświatem i tym wszystkim (42).

A i kolekcjonujemy wspomnienia i wrażenia!

Louyang

Z poprzedniego wpisu dowiedzieliście się już, że trafiliśmy do Louyang 洛阳市. I wbrew temu, co sobie wyobrażacie – Klasztor Shaolin nie był naszym głównym celem.

Spoiler alert!

Ale zacznijmy od samego Louyang. Nie przyszło nam się za dużo zapoznawać z tym miastem – nie zaglądnęliśmy nawet do centrum. Aczkolwiek jest to jedna z historycznych stolic Chin, położona w połowie drogi między Wyżyną Tybetańską, a Morzem Żółtym, zatem z trzech miast, w których się zatrzymaliśmy, wszystkie miały (lub mają) status stolicy.

Zatrzymaliśmy się w hotelu, które nie miało ani jednej opinii na Booking – mieliśmy zatem przyjemność być pierwszymi, którzy się o nim wypowiedzieli. A miejsce, chociaż nazywa się „Gemei Hotel Luoyang Longmen High-speed Railway Station” znajduje się 5 km od stacji, więc uważamy to za nieczyste zagranie. Jednocześnie warunki bardzo dobre, dostaliśmy nawet małe namioty-tipi do pokojów, gdyż w rezerwacji były małe dzieci. I mogliśmy zjeść coś co od biedy można było nazwać nieazjatyckim śniadaniem (dla naszych podróżniczych żołądków była to nie lada gratka).

Ale przecież nie wybraliśmy się tutaj dla hotelu.

Popatrz, nie widać mnie!

Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów

Znane także jako Jaskinie Smoczych Wrót 龍門石窟, to ciągnące się wzdłuż rzeki Yi He ściany wapienne z wydrążonymi jaskiniami i wnękami z płaskorzeźbami przedstawiających Buddę. Rzeźbienie rozpoczęło się w roku 494 i obecnie (według Wiki) liczba przedstawień Buddy to 142 289! Polska nazwa nie została póki co zaktualizowana.

Te krateczki po bokach to również Buddy

Wapień jest miękkim kamieniem, więc pozwala na stosunkowe łatwe rzeźbienie dużej ilości detali. W związku z tym można też znaleźć liczne inskrypcje, wraz z datami. Prowadzi to do ciekawych obserwacji: mianowicie jest kilka reprezentacji Buddy i można prześledzić, które przedstawienie było bardziej popularne w danym okresie. Ot taka prezentacja zjawiska mody na przykładzie wizerunków Buddy w Grotach Longmen (brzmi jak tytuł pracy naukowej – ktoś chętny?).

Zacznijmy jednak od początku.

Groty znajdują się 12km od centrum Louyang, więc dojazd jest stosunkowo prosty i tani. My dotarliśmy stosunkowo późno do Louyang, dlatego zdecydowaliśmy się na przejazd taksówką.

#TravelTip Od razu uprzedzamy, że zamawiane przez aplikację chińskiego ubera na dworzec kolejowy Loyuang-Longmen mają punkt odbioru w garażu podziemnym, więc jeśli ktoś jest zainteresowany taką formą przejażdżki niech kieruje się w stronę wejścia do metra, a tam zobaczy znaki kierujące na punkt postojowy dla taksówek zamawianych we własnym zakresie (a nie łapanych na ulicy).

Na miejscu – małe Krupówki, ale co ważne:

#TravelTip jest przechowywalnia bagażu! Czynna do godziny 19:30, więc trzeba mieć to na uwadze!

#TravelTip można też przechowywać zwierzęta. Ciekaw jestem, czy jest wykaz zwierząt jakie można tam przetrzymać.

Psy wrzucać do pudełka

Wrzuciliśmy nasz wielki plecak (pakowanie 6 osobowej rodziny na 2 dniowy wyjazd wymaga wielkiej torby podróżniczej, nie wiedzieliście?) i czas zamknięcia przechowywalni niestety definiował nasz czas zwiedzania.

Złapaliśmy mały busik, który podwiózł nas bliżej (polecamy, później i tak jest sporo chodzenia, a kosztuje 10yuanów od osoby – dzieci do 120cm nie płacą).

If you like it, you can put a ring on it

Po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa i wielką bramę zaczyna się prawdziwa zabawa. Pierwsza grupa rzeźb dostępna jest po wejściach po małych schodkach. Możecie się tam spodziewać sporych tłumów – wszak to pierwsza interakcja z tym, czego szukaliśmy. I mimo tłumów było na co popatrzeć – można szacować na około 100-200 reprezentacji Buddy.

Toleruję to, bo Was kocham. Ale w nocy nie będzie spania.

Jednak nie ma co zbyt długo się rozwodzić nad tym punktem, ponieważ tego jest OGROM! Wystarczy przejść 100 metrów dalej i już natrafimy na kolejne Buddziane Gromady (nazwa własna, może się przyjmie?).

I tak od jednej gruoy do drugiej – tutaj jeden Budda na wnękę, tutaj Budda we wnęce, ze ścianami pokrytymi małymi Buddami.

I tak chodziliśmy od jednego zgromadzenia do drugiego i zapadł zmierzch. Zostało włączone podświetlenie i efekt Wow (czytaj Łał) zadziałał od razu. Duża część tych wnęk jest podświetlona, więc ma się wrażenie, że patrzy się na jakiś dom, lub nawet blok mieszkalny zamieszkany przez samych Buddów (Buddevelopment – ktoś zakłada firmę budowlaną?).

Działka obok również wygląda kusząco

Chodziliśmy zachwyceni, nie sądziliśmy, że coś jeszcze nas może bardziej zaskoczyć. Ale wtedy wyskakuje On. Ten Budda. Najbuddastyczniejszy ze wszystkich. I ogromny.

Z brzegu rzeki z tymi płaskorzeźbami nie zobaczysz Go. Musisz wejść na dosyć strome schody, by zza wyższych stopni wyłaniał się On.

Przed Wami Słoneczny Budda (Vairocana Buddha), wysoki na 15m z uszami długimi na 2m. Trafiliśmy na niego już podświetlonego i gdy wyłonił się nad schodami zaparł dech w piersiach (nie, tych stopni nie było aż tyle, by to zmęczeniu przypisywać efekt).

Sam masz duże uszy!

Zatrzymaliśmy się tam na dłużej, by pokontemplować to co widzimy.

A widzieliśmy przeszłość, wytrwałość budowniczych, poświęcenie i cel, który powodował jego twórcami. Zobaczyliśmy spokój, harmonię i transcendencję ducha, bytu absolutnego poza granicą poznania.

#TravelTip Jeśli Wam starczy czasu – wybierzcie się na drugą stronę rzeki (most jest niedaleko), gdyż podświetlona całość musi tworzyć niesamowity widok.

Tutaj zakończyliśmy naszą wyprawę, nie zobaczyliśmy nawet połowy tego, co oferowało miejsce. Ale zobaczyliśmy Najbuddowatowego ze wszystkich i jesteśmy zadowoleni.

Wróciliśmy do wejściowych Krupówek i złapaliśmy coś do jedzenia (znów zupa z flakami! Aaaaaa!), a także upolowaliśmy poprzebierane Chinki – ich stroje również się różniły od tego co do tej pory widzieliśmy – miały takie futerko i sprawiały wrażenie, że jest tam jakaś wilcza nuta. A Baltazar nas wysłał, by kolejnej księżniczce powiedzieć, że jest beautiful.

Najbardziej śmierdzący owoc świata

Durian, niech przeklęty będzie Twój zapach, to taki duży kolczasty owoc, który spadając na głowę gwarantuje śmierć lub kalectwo. Jednak nie jego waga jest problemem. To zapach.

Ten zapach prześladował nas w od początku naszej wyprawy. Pierwsze lody, które kupiliśmy miały taki dziwny posmak, jak się okazało właśnie od duriana. Później jedna z najgorszych pizz, które przyszło nam jeść w życiu (albo raczej nie zjeść) najpewniej była z durianem.

Uważany jest za najbardziej śmierdzący owoc świata (wszak mówi się na niego Oddech Smoka) to przysmak w tej części Azji. Jednocześnie jest to owoc, który jest zakazany w miejscach publicznych. Obok palenia znajdziesz znaki zakaz duriana.

Co śmierdzi bardziej?

Jedna z rodzin w czasie naszego wylotu z Chin, całkowicie ten zakaz zignorowała i spowodowała, że cała poczekalnia na lotnisku zaczęła tak intensywnie śmierdzieć, że nagle dużo miejsc siedzących zostało zwolnionych. A skąd wiemy, że to była świadome łamanie zakazu? Ponieważ pani konsumująca tego potwora ubrała na tę okazję plastikowe rękawiczki, by ten zapach nie został przy niej przypadkiem na dłużej.

Żegnajcie Chiny

Wylatywaliśmy z lotniska w Xi’an. Lotnisko jest ogromne, ma bardzo dużą przepustowość, aczkolwiek lotów międzynarodowych jest tam kilka w ciągu dnia. Jest to interesująca świadomość, że kraj jest tak duży, że wylot za granicę oznacza wielogodzinny lot, zaś większość ludzi będzie się kierowało ku innym lokacjom wewnątrz kraju.

Niestety okazało się, że natrafiliśmy na serię średnio kompetentnych ludzi na swojej drodze z taksówki do samolotu. Zacznijmy od międzynarodowego stanowiska zakupu biletów – osoba sprzedająca nie mówiła po angielsku. Check-in (międzynarodowego lotu, przypominam) – osoba ucząca się, a do tego, tak zgadliście, niemówiąca po angielsku. Na panią uczącą straciliśmy dużo czasu – bilety drukowała przynajmniej 3 razy. Później zdanie wózka na bagaż nadgabarytowy – nikogo na stanowisku nie było i trzeba było długo szukać kogoś, kto puści dalej wózek. Następnie kontrola bezpieczeństwa – tutaj niespodzianka – byliśmy jedynymi osobami na stanowisku. Notabene – wejście podpisane było jako: loty międzynarodowe, Hong-Kong/Tajwan/Makao – jak widać Chińczycy sami nie mogą się zdecydować jaki nadać status tym quasi-chińskim terytoriom. Następnie kontrola paszportowa – każde dziecko musiała rozpoznać kamera, więc trzeba było je podnosić na wysokość głowy dorosłego zaś swoją twarz schować, bo kamera nie była w stanie się rozpoznać. Później kolejna kontrola biletów, gdzie pani kazała każdemu dziecku wręczyć jego paszport i bilet i podchodzić po kolei – no kto normalny daje takie rzeczy trzylatkowi, który nie wie co się dzieje i nie rozumie poleceń wydawanych po Chińsku?

Koniec końców, mimo iż byliśmy na 5 godzin przed odlotem samolotu na lotnisku – do samolotu udało się wejść na 15 min przed jego odlotem. Oto skala opieszałości i narosłości proceduralnej.

Przypuszczamy, że to wszystko od nadmiaru duriana.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *